Skip to content

„Kobieta w czerni. Rączka” Susan Hill, czyli dwie horror-stories w stylu retro

No dobrze

Horror nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim, ale nie unikam go i obchodzę go szerokim łukiem. Lubię bardzo klasyków gatunku i lubię ghost stories, dlatego po Susan Hill po polsku sięgnęłam z ciekawością.

Tomik, który dostałam do ręki, to de facto dwa opowiadania: „Kobieta w czerni” i „Rączka”.

Pierwsze z nich zostało zekranizowane i jeśli lubicie Daniela Radcliffa, to możecie sięgnąć po film z 2012, w którym zagrał główną rolę. Tu jest zwiastun po polsku.

„Kobieta w czerni” to takie dziecko wiktoriańskiej literatury grozy. Mamy tu wszystko, co ten gatunek charakteryzuje: opuszczony dom na bagnach, tajemnicę sprzed lat, współczesne tragedie, małe miasteczko, w którym ludzie wolą milczeć niż mówić i młodego bohatera, który musi, po prostu musi rozwiązać tajemnicę.

Więcej o akcji nie powiem, bo to byłby spoiler. Nie wiem, czy jest coś gorszego dla horroru, chyba nie ma.

Opowiem jednak trochę

o języku „Kobiety w czerni”, bo to on jest prawdziwym bohaterem tego opowiadania.

„Nigdzie nie było żadnej pochyłości gruntu, bowiem Crythin Gifford okazało się zupełnie płaskie, a tymczasem u końca wąziutkiej uliczki nieoczekiwanie zobaczyłem przed sobą odkryty teren, gdzie pola ciągnęły się za polami aż po blady horyzont. Zrozumiałem, co miał na myśli pan Daily, mówiąc, że mieszkańcy tulą się do siebie, plecami zwracając się do wiatru, gdy się bowiem odwróciłem, miałem za sobą jedynie tylne ściany domów i sklepów oraz najważniejszych budynków na rynku.
Jesienne słońce trochę grzało, a wszystkie drzewa, które dostrzegłem, a które lekko się kłaniały pod dotykiem wiatru, wciąż zachowywały trochę rdzawych i złotawych liści, wczepionych w koniuszki gałęzi. Ja jednak wyobrażałem sobie to miejsce jako ponure, szare i niemiłe przy siąpiącym deszczu i mgle, schlastane i wytarmoszone przez wichury całymi dniami dmące nad płaską, odsłoniętą równiną, kompletnie odgrodzone od reszty świata przez śnieżyce”.

Czytając „Kobietę w czerni”, czułam się jakbym wróciła do Poego, do Dickensa, do George Elliot i nie wiem, czy był to powrót całkowicie udany. Za ambiwalencję odbioru winię po części tłumacza.
Tłumacz stara się oddać język Susan Hill, to da się wyczuć. Język jest delikatnie archaizowany, melodia i tempo zdań wielokrotnie złożonych, które stosuje Hill, jest niezła, ale raz po raz pojawia się jakiś babol, który zgrzyta mi w zębach.

Jak napisałam wcześniej:

Susan Hill buduje napięcie nie samą historią

Umówmy się: to nie pierwszy w literaturze straszny dom na bagnach i nie ostatni (nawet jeśli nazywany jest klimatycznie Domem na Wężowych Mokradłach).

Autorka buduje napięcie za pomocą opisów (dlatego tłumaczenie irytuje), za pomocą atmosfery, którą tworzą. Język kłębi się, kumuluje w sobie emocje, narasta i zdania puchną, prawie dusząc werbozą, by w innym miejscu – dać czytelnikowi przestrzeń.

To ładnie napisane opowiadanie, naprawdę.

Przyroda i jej opisy grają w „Kobiecie w czerni” prawie tak dużą rolę jak sami bohaterowie. Mgła, drzewa, morze i jego rożne oblicza, ptaki… Narrator ma oko ornitologa i ptaki widzi szczególnie dobrze, jakby był jednym z tych Anglików, dla których birdwatching jest ulubionym hobby.

Pamiętajmy, że narrator opowiada własną historię, własne przeżycia. Nie wszystkie emocje chce nazwać, niektórych może nawet nie jest w stanie zdefiniować, posługuje się zatem takimi pomocami jak opisy przyrody. To taka proteza, za pomocą której łatwiej, bezpieczniej jest wyrazić siebie, to co się czuje. Dlatego ten gęsty i prawie duszący składnią język jest tak ważny dla odbioru „Kobiety w czerni”.

Bohater opowiada swoją historię z perspektywy, po kilkudziesięciu latach wyrzuca ją z siebie, zapisuje. Noszący w sobie wyrzuty sumienia i dawną traumę starzec patrzy na pełnego nadziei młodzieńca, którym kiedyś był, i nie może się nadziwić, jak szybko los się odmienia…

Ale prawda jest taka, że „Kobieta w czerni” nie przypadła mi do gustu

Może ze względu na tę wiktoriańską konwencję? Intelektualnie odczytuję ją i rozumiem, ale emocjonalnie – niespecjalnie do mnie dociera. Bohatera nie polubiłam i jego zachowanie budziło moją irytację, tak że nie mogłam się bać, kiedy on się boi, i cierpieć, kiedy on cierpi.

„Rączka” jest o wiele lepsza!

Historia przedstawiona w tym opowiadaniu także „już była”, ale bardziej ze mną rezonuje. Jest tu miejsce i na ciepło, i na zagubienie, i na przerażenie. Na skomplikowane uczucia rodzinne i tak dalej.

W „Rączce” Susan Hill postawiła na coś więcej, niż na „straszny i tajemniczy dom na bagnach”, jako na oś narracji. W „Rączce mamy do czynienia z połączeniem psychologii i horroru, zagadka wciąga i jej rozwiązanie jeży włos na głowie. Autorka daje nam i duchy, i opuszczone domostwo i zagubiony na odludziu klasztor, ale to wszystko jest mniej zużyte literacko, świeższe.

Język opowiadania także jest ciekawy

I tu narratorem jest bohater, ale nie mamy piętrowych okresów zdaniowych rodem z XIX wiecznej literatury angielskiej, tylko krótsze frazy, w których rzeczywiście da się odczuć emocje bohatera. Jego strach i jego żal.

Czytając „Rączkę”, zwróćcie uwagę na powtarzające się jak refren zdanie: „Powinienem był wtedy wrócić”. Pojawia się kilka razy i pięknie stopniuje napięcie. i Tak, powinien był wtedy wrócić.

Podsumowując – ciekawa pozycja, ale czy straszna?  Hmmm…. Nie, odwołuję wahanie. „Rączka” była przerażająca.

 

Książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta portalu nakanapie.pl

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *