Kiedy dorosły czyta książkę YA…

„Dziewczyna o chabrowych oczach” Catherine Cachée to zdecydowanie powieść YA.

Gdybym miała ją przypisać do jakiegoś gatunku, powiedziałabym, że to raczej baśń niż fantasy.
Akcja powieści dzieje się prawdopodobnie współcześnie, w okolicach Strasbourga, trochę w lasach regionu, trochę w samym mieście.

Główna bohaterka, Iris, zdecydowanie nie jest człowiekiem. Jej lud, a raczej jej siostry mieszkają od wieków w ukrytym przed ludźmi miasteczku Paix. Iris, jak każda z jej magicznych sióstr, ma unikalne umiejętności i talenty. Podobnie jak jej siostry ceni sobie wspólnotę, spokój i piękno. I podobnie jak jej siostry – boi się ludzi, o których zresztą niewiele wie.

Jej obawa jest uzasadniona. Kiedy bowiem do Paix dostaje się człowiek, w dodatku mężczyzna, wypadki zaczynają toczyć się bardzo szybko i kończą się tragedią. Miasteczko zostaje zniszczone, jego mieszkanki – zabite, a trzy kobiety, które katastrofę przeżyły, muszą uciekać i kryć się, bo człowiek, który był przyczyną tej destrukcji, idzie ich śladem. Albert pożąda tajemnic Paix i Albert je zdobędzie. Koszt? Nieważny.

Iris prawie traci życie, ale na swojej drodze spotyka Maxa, a później – chorą na raka siostrę Maxa, Francine. Jej życie zaczyna się zmieniać.
Dlaczego Paix zostało zniszczone? Kto i dlaczego poluje na kobiety? Co połączy Iris i Maxa? Na te pytania znajdziecie odpowiedź w książce Catherine Cachée „Dziewczyna o chabrowych oczach”.

Rzadko czytam YA… są po temu powody

Nie ma we mnie tej czystości i naiwności, która pozwoliłaby mi po prostu zanurzyć się w świecie przedstawionym i cieszyć się nim, smakować go. „Dziewczynę o chabrowych oczach” przeczytałam, bo rzuciłam sobie wyzwanie. Sobie i swojemu zblazowaniu.
Nie uważam, że to zła książka.

Co więcej, uważam, że autorka (przypuszczam, że jest młodą osobą) ma ogromną wyobraźnię i talent, który będzie się z czasem rozwijałi dojrzewał. Resztę da się poprawić. Chciałabym kiedyś przeczytać kolejną książkę pani Katarzyny.

No właśnie… Zastanawiam się, dlaczego Autorka wybrała pisanie pod pseudonimem? Zwłaszcza takim! Katarzyna Ukryta:). Bardzo ciekawie to brzmi. Zupełnie, jakby Autorka chciała delikatnie skazać czytelnikowi, że jest jedną z tych istot, które ukrywały się przed ludźmi w Paix. Jeśli tak właśnie trzeba było odczytać ten pseudonim – dobra robota!

Do rzeczy: plusy książki.

Po pierwsze: konwencja baśni. Owszem, dla dorosłych może ona być irytująca, jeśli jest podana wprost, jak tutaj. Jednak trzeba przyznać uczciwie, że wszystkie składowe baśni zostały wykorzystane bardzo starannie.

  1. Mamy trójkąt dramatyczny: Iris, Max i Albert.
  2. Mamy istoty, które rodzą się z kwiatów, mamy kobiecość w bardzo tradycyjny sposób powiązaną z naturą i troską o życie, z ekologią i pacyfizmem.
  3. Mamy artefakty: czarodziejskie naszyjniki, które są źródłem siły i jednocześnie słabością istot z Paix.
  4. Mamy napoje magiczne, które ratują życie.
  5. Mamy las, z jego głębią i tajemnicami, który zestawiony jest z cywilizacją Strasbourga i Paryża.
  6. Mamy dziewczynę i chłopca, i wiadomo od początku, że historia skończy się pocałunkiem.
  7. Mamy poświęcenie, które prawie kończy się śmiercią.
  8. W „Dziewczynie o chabrowych oczach” Catherine Cachée nie może zabraknąć i czarnego kota, który nie jest tym, na co wygląda, babci, która…
  9. nie, już nie spoileruję 😉
  10. Albo jeszcze trochę: Iris i jej siostry chodzą w płaszczach z dużymi kapturami, co byłoby nawet urocze, gdyby nie to, że zwraca na nie uwagę ludzi.

Wystarczy, pr

awda? Jak widzicie, elementów kreujących świat baśniowy jest naprawdę sporo, a wszystkich nawet nie wymieniłam.

Kolejną zaletą jest sama akcja.

Dobrze skonst

ruowana, wątki są nieźle pospinane i poukładane. Autorka nie każe swoim bohaterom gnać przed siebie, jakby ich goniło stado demonów, a akcja nie pędzi do przodu na złamanie karku. Autorka pozwala wydarzeniom się toczyć, a bohaterom rozwijać w takim zakresie, w jakim pozwala im na to konwencja. Autorka „Dziewczyny…” przedkłada dialogi nad opisy, uprzedzam tych, którzy lubią poczytać o stanach duszy bohaterów.

Po trzecie: Catherine Cachée używa muzyki jako środka wyrazu pozwalającego Maxowi na „oswojenie” Iris, umożliwiającego jej stopniowe porzucenie strachu przed ludźmi i zaciekawienie się chłopakiem. Czytelnik zyskuje, ponieważ może wyjść ze swojej strefy muzycznego komfortu, i czytając „Dziewczynę…”, może posłuchać na przykład Lary Fabian. Polecam. I nie, nie uważam, żeby cytatów i odwołań do muzyki było za dużo.

Po czwarte: język jest naprawdę niezły i staranny, co nie zawsze jest regułą. Usunęłabym parę pleonazmów (jak sędziwa staruszka) i kilkanaście zaimków, ale kto nie nadużywa tej części mowy, niechaj rzuci we mnie emotikonem.

Z ciekawością zanurzałam się w świat przedstawiony „Dziewczyny o chabrowych oczach” Catherine Cachée.

Mój niedosyt i pojawiająca się irytacja były związane z głównie z tym, co definiuje YA jako swego rodzaju gatunek literacki: naiwnością dialogów, krystaliczną czystością bohaterów i ich jednowymiarowością.

Rozumiem, czym jest Young Adult, ale kto mi zabroni powkurzać się na konwencję, zwłaszcza na łamach mojego bloga?

Największa wada książki nie ma jednak nic wspólnego z gatunkiem literackim czy konwencją. W książce nie znalazłam niczego, co można by było uznać za poczucie humoru. Ani jednego przejawu lekkości. Wszystko jest wygrywane na wysokim C, prawie operowo.

A wracając do konwencji:

irytowała mnie baśniowa płytkość bohaterów.

Max jest jak typowy „chłopak z gitarą”. Tak długonogi, szczupły, z roziskrzonymi oczami, jakby wyszedł wprost z marzeń dziewczęcia, które nie ma jeszcze szesnastu lat. Jest romantyczny, utalentowany, opiekuńczy, wspaniały, ani przez chwilę chuci nie czuje. Oprócz tego jest pełen poświęcenia i w ogóle to idealny chłopiec. Bard, w którym kochają się księżniczki i o którym marzą baronówny.

Max muzykuje, opiekuje się śmiertelnie chorą siostrą, kocha swoją babcię, a ja się, choroba, zastanawiam, gdzie oni wszyscy pracują? Jedyną osobą obarczoną nieszczęściem pracy zarobkowej jest Albert, negatywny bohater. Niech fakt, że to zauważyłam, będzie wyznacznikiem mojej zgrzybiałości, materializmu i zblazowania.

Iris, z jej wyjątkowością, kruchością i talentami też jest nieco jednowymiarowa i praw∂ę mówiąc – irytująca. Jej emocje są nieukształtowane i dziewczynkowate.

Pamiętam, że czytając „Dziewczynę o chabrowych oczach” Catherine Cachée, starałam się przypasować zachowanie Iris do zachowania moich nastoletnich siostrzenic. Wyszło mi, że bohaterka „Dziewczyny” ma tak pi razy oko… czternaście lat. Mniej więcej w tym wieku była pewnie szekspirowska Julia.

O! Właśnie. Max i Iris to tacy Romeo i Julia tylko bez cmentarza w nieodległej przyszłości. Ostrzegałam, że to bajka? Ostrzegałam. To proszę nie marudzić.
Przyjaciółki Iris są raczej postaciami niż charakterami, ale taka ich rola w książce. Negatywny bohater podobnie, jest jak wycięty z kartki ciemnego papieru.

Jest jeszcze jedna, mała rzecz, z której śmiałam się do łez.

W nocy, w lesie, nie widać kolorów. Za chiny ludowe nie da się powiedzieć jakiego koloru są czyjeś oczy, nie da się zauważyć, że krew nie jest czerwona, a chabry są chabrowe. No nie da się. Podobnie jak nie da się przedzierać przez gęste zarośla z kimś na rękach. Zachęcam do wejścia do prawdziwego lasu i do podjęcia próby przedarcia się przez gęstwinę. Jeśli nie jest się leśniczym albo Navy Seal, to sorry.

Mimo mojego marudzenia uważam, że nie straciłam czasu czytając „Dziewczynę o chabrowych oczach” Catherine Cachée. To książka, którą mogę z czystym sumieniem podsunąć moim nieletnim siostrzenicom, tym młodszym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *