Skip to content

Językowy kameleon, czyli „Miasto niesamowitości” Huberta Smolarka

Dostałam „Miasto niesamowitości” Huberta Smolarka i muszę przyznać, że nie paliłam niespecjalnie, żeby sięgnąć po tę książkę.

Ale kiedy już ją otworzyłam, wsiąkłam dokumentnie.

Nie, nie dlatego, że jak napisano na okładce „to zbiór opowiadań z pogranicza weird fiction, fantastyki oraz thrillera, które łączy tytułowe miasto – Toruń”. Nie. Dlatego, że uświadomiłam sobie, że mam do czynienia z językowym kameleonem! Ale o tym, duuużo szerzej, za chwilę.

Wydawca, prezentując tę pozycję, zachęca czytelnika przywołaniem wielkich gatunku: Poego, Lovecrafta, Doyle.

To prawda, wpływy czuć i słychać w narracji, w kreacji świata przedstawionego, w wydarzeniach i sposobie ich przedstawienia. Ale nie dajcie się zwieść: Hubert Smolarek mówi/pisze swoim własnym głosem!

Wszystkim czytelnikom i potencjalnym czytelnikom, powiem od razu, obcinając suspens:

warto przeczytać „Miasto niesamowitości”!

O, jak warto! Dla samych historii, które pojawiają się w opowiadaniach, a które wciągają, fascynują, ciekawią. Jeśli byliście w Toruniu, to poczujecie smak tego miasta.

Napisanie, że sam Toruń jest w pewnym sensie bohaterem zbioru „Miasto niesamowitości” jest truizmem. Halooo! Przecież po coś jest w tytule, prawda?

Ciężar dziejów miasta, wieki istnienia, tysiące ludzi, które w nim umarły i urodziły się zdają się wisieć nad każdą kartką opowiadań i dokładać swoje do ich ciężaru gatunkowego. Toruń jest jak niedopowiedziany bohater, który pojawia się tu, przypomni tam, zirytuje gdzieś indziej, tu przerazi, a tam oczaruje. Nie dostaniemy spaceru i wykładu z dziejów Torunia, ale z pokazanych fragmentów będziemy mogli dla siebie zrekonstruować atmosferę tego miasta.

Warto przeczytać „Miasto niesamowitości” Huberta Smolarka „dla akcji”, ale muszę przyznać, że czytałam opowiadania zawarte w tym cyklu

przede wszystkim dla języka, jakim zostały napisane.

Podam Wam kilka przykładów, kilka powodów mojego zauroczenia tym, jak Smolarek pisze.

Weźmy pierwsze opowiadanie, „Najlepszy przyjaciel”.

Mamy klasyczną historyjkę: dwóch nastolatków eksploruje ruiny zamku i kiedy odkrywają nieznany tunel, wbrew logice, a raczej – zgodnie z logiką nastoletniości – ładują się w niego i idą do przodu. Jak się domyślacie, skoro historia znalazła się w zbiorze opowiadań, któremu patronuje m.in Poe, to cała eskapada nie może się skończyć dobrze. Sprawdźcie sami.

Powiem tylko, że narracja jest poprowadzona w formie listu, napisanego prawie na łożu śmierci. Z listu i z opowieści patrzy na nas starszy człowiek, który posługuje się językiem dość nieudolnie, ale bardzo się stara. Wiele lat spędził poza Polską, dlatego czuć pewną obcość w tym, jak pisze i opowiada. Starzec stara się jednak pisać językiem, który ludziom z jego pokolenia kojarzył się ze staranną polszczyzną, z wysokim językiem. Jak się pewnie domyślacie, efekt czasem jest groteskowy, czasem koniczny, czasem łapiący za gardło. Mamy zatem „otwór w krzakach”[s.15], mamy „Stanisław jak zawsze nie odpuszczał, lecz i jemu udzieliła się coraz mniej przyjazna pogoda” [s. 12], mamy „zdecydował się podążać moim krokiem” [s. 18], mamy te wszystkie subtelnie rozsiane przez autora sugestie, że narrator stara się opowiedzieć swoją historię takim językiem, jakim pisane są, czytane pewnie przez niego, powieści grozy za kilka centów.

„Mimo przerażającej aury, wszechogarniającego mroku, ciszy przerywanej tylko kapiącą wodą, wilgotnego, sprawiającego trudności w oddychaniu powietrza część mnie chciała iść dalej” [s.18]

Drugie z opowiadań, „Historia kilku znajomości”,

zaprasza nas do głowy/świadomości niesamowitego zadufka, któremu wydaje się, że zjadł wszystkie rozumy. Narratorem jest student, który pozostał w głębi duszy osobą prostą mentalnie i intelektualnie.
I znowu – język! Język, który wydaje się być prawdziwym bohaterem „Miasta niesamowitości” Huberta Smolarka.
Język narratora tego opowiadania jest bombastyczny, odzwierciedla nierefleksyjną naturę bohatera, jest irytujący w jego świętoszkowatości. Jest smakowity.
Pokażę wam tylko kilka przykładów, które powinny zachęcić do czytania, wejścia w kontakt z tekstem.

„Szczególnie ojciec mojej misi, podburzany przez jej matkę, brzydził się na samą myśl o mojej skromnej osobie. Od niemal pierwszej chwili, gdy zostaliśmy sobie przedstawieni, patrzył na mnie spode łba i trącał tylko wszystkich pod stołem podczas każdego wspólnego posiłku i innych okoliczności, sugerując marność mego istnienia” [s. 32]

„Zawsze płacę kartą. Zbliżeniowo, Daremne są wasze wysiłki, by wycyganić ode mnie choć nędzne grosze. Następnym razem ubiorę chyba koszulkę z napisem „Nie mam drobnych” na przedzie i „Rowerzysto, nie dzwoń bezmyślnie” na plecach, by zawczasu zakomunikować, że pragnę spokoju. To nawet dobry pomysł. Zanotowałem w telefonie, by zamówić takową w jednym ze sklepów z dedykowanymi T-shirtami.
Niestety, w skutek powyższych sytuacji utraciłem przyjemność z podziwiania Torunia”. [s. 37]

Piękne, prawda?

Kolejne z opowiadań, „Pewnego chłopca niezwykłe przygody”,

to urocza, pogodna bajeczka, przywodząca mi na myśl „Bajki robotów” Lema. Uroczo archaizujący język, z orzeczeniem, jak przystało, na końcu zdania. Warto się w nie zanurzyć, bo autor zbiera w jedno wszystkie chyba podania dotyczące Torunia. Świetna zabawa, właściwie bardziej parodia, niż cokolwiek innego. A może nie, może spłycam?

„Bestia” jest językowo równie ciekawa jak pozostałe opowiadania.

Bohaterem i narratorem jest młody, gładki pracownik mediów, operator kamery. Jego polszczyzna płynie sobie swobodnie i jest jak jedzenie z fast-fooda: bez smaku. Narrator jest wielkomiejski, jest logiczny, albo stara się takim być. Ciekawe są takie drobiazgi, jak źle użyte wyrazy, które często znajdują się w portalach na listach „10 wyrazów, których znaczenia nie znasz” lub „10 wyrazów, których używasz nieprawidłowo”. Wiecie, jaki to język? Gładziuśki i pozornie poprawny, także pozornie politycznie-poprawny. Pełen jednak pogardy dla tytułowej bestii i uwielbienia dla „charyzmatycznego” dziennikarza. Kto jest bestią? Nie powiem, przeczytajcie. To opowiadanie jest jednym z lepszych w zbiorze.

Nie będę przeprowadzać dokładnej i głębokiej analizy języka pozostałych opowiadań.

Powiem tylko: sięgnijcie po „Miasto niesamowitości” Huberta Smolarka i wyjdźcie – czytając je i analizując – poza zapowiadanych na okładce mistrzów, poza Poego, Grabińskiego, Wellsa, których przywołanie ogranicza i zawęża odbiór.

Posmakujcie, jak pisze Hubert Smolarek.

Nie zawiedziecie się. Autor ma ucho do języka, jest wrażliwy na niuanse, słucha też miasta, jego zaułków i legend.
Wow, przeczytam „Miasto niesamowitości” Huberta Smolarka raz jeszcze, dla czystej przyjemności czytania!

Published inInspiracje i dezinspiracje, nie tylko literackieLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *