Skip to content

„Jedyny samolot na niebie. Historia mówiona zamachów z 11 września” Garretta M. Graffa. Czyli – po prostu dokument

„Niemal każdy Amerykanin powyżej pewnego wieku dokładnie pamięta, co robił 11 września 2001”. [s.11]

Takim stwierdzeniem zaczyna się książka Graffa

A Wy?

Wiecie, co wtedy robiliście – jeśli byliście już na świecie – pamiętacie, gdzie byliście? To w ogóle było wydarzenie w jakoś znaczące? Nie, nie musicie odpowiadać, pytam z ciekawości, do której chyba nie mam prawa.

„Jedyny samolot na niebie. Historia mówiona zamachów z 11 września” to dokument

„Przez trzy lata zbierałem relacje tych, którzy przeżyli zamachy – próbowałem dowiedzieć się, gdzie wtedy byli, co zapamiętali, jak zmieniło się ich życie. Niniejsza książka bazuje na przeszło 500 ustnych przekazach spisanych przeze mnie lub innych dziennikarzy i historyków w ciągu ostatnich 17 lat. […]
– Zauważyłam, że nie słuchamy siebie nawzajem. Pragniemy opowiedzieć swoją historię. Ktoś zacznie „No, zajmowałem się wtedy tym i tym…”, ale zaraz ktoś inny się wetnie, mówiąc „A ja zajmowałem się tamtym i tamtym…”. Na wiele sposobów wciąż jesteśmy wstrząśnięci, że coś takiego mogło się wydarzyć na naszym podwórku, w miejscach, gdzie czuliśmy się najbezpieczniej [cytat z Eve Butler-Gee, archiwistki Izby Reprezentantów USA, odpisem mój, ML”. [s.12-13]

Autor zebrał wypowiedzi świadków zamachów. Tych, którzy przeżyli, członków rodzin ofiar, agentów Serce Service, żołnierzy z Pentagonu, policjantów, strażaków, Straży Wybrzeża, polityków różnego szczebla, dziennikarzy, pilotów wojskowych i cywilnych, kontrolerów lotów.

To z nich oraz z transkrypcji rozmów telefonicznych pasażerów samolotów z rodzinami i przemówień telewizyjnych utkana jest materia tej książki. I tylko z tego materiału. Nie ma historycznych dodatków, nie ma rzeczy, które mogłyby mnie, Czytelniczkę, zdystansować wobec tego, o czym mówią świadkowie.

Jestem ja i ci ludzie, ich przeżycia. Oni się nie chowają i opowiadają, ja nie mam jak uciec przed tym, co mówią.

I wywarło to na mnie wstrząsające wrażenie. W pracy dziennikarskiej byłam „zapośredniczonym świadkiem” wielu dramatów. Ten śledziłam na bieżąco w telewizji. Byłam także na Ground Zero, widziałam miejsce, gdzie stały bliźniacze wierze WTC. Ale nie sądziłam, że książka będzie takim uderzeniem.

Prawdę mówiąc myślałam, że przeczytam ją, pokiwam głowa, przypomnę sobie „tamte czasy” i tyle. Nie sądziłam, że książka Graffa mnie dotknie. Inne nie dotknęły. „Przywództwo” Giulianiego i owszem, byłam pod wrażeniem, ale na chłodno.

Tu nie dałam rady.

Może kontekst był inny? Może pandemia dała inną perspektywę? Nie wiem, w każdym razie książka chwyciła mnie i nie puszczała, nie pozwalała się odłożyć na półkę. A to potężną pozycja, 620 stron tekstu, bez przypisów. SIedziałam nad nią osiem albo dziewięć godzin bez przerwy, a kiedy z czerwonymi ze zmęczenia oczami ją odkładałam, miałam w głowie jedno: nie wiem, jak ludzie są wstanie przetrwać taką tragedię. Nie mam pojęcia.

„Frederick Terna, ocalały z Holocaustu mieszkaniec Brooklynu: Gdy opadały popioły, momentalnie przeniosłem się do Auschwitz. W Auschwitz wiedziałem, czym tak naprawdę są popioły. Tutaj zakładałem, że wiem – były to pozostałości budynku i znajdujących się w nim ludzi”. [s. 285]

Książka Graffa to prawie 500 głosów

„Dań Potter, strażak, zastęp gaśnicza ratowniczy 10, FDNY: Brzmiało to jak pociąg towarowy, jak łoskot grzmotu. Skuliliśmy się pod Deutsche Bankiem, bo stwierdziliśmy, że nie uciekniemy przed tą nadciągającą masą syfu. Jak cię rypnie, to koniec – kaplica”. [s.361]

Niektóre słyszymy przez cała książkę, inne pojawiają się, opowiadają swój kawałek historii i znikają. Graff mógł ułożyć swoją książkę, mógł pozwolić wypowiadać się świadkom na wiele sposobów. Każdego mogliśmy słyszeć w całości, jak opowiada to, co pamięta z tamtego 11 września. Mielibyśmy mnóstwo perspektyw, danych i emocji.

Tylko – przyznaję – nie wiem, czy przeczytałabym tę książkę do końca.

Wiecie, 500 narratorów to ogrom słów i perspektyw. Zastanawiam się, kiedy znudziłabym się czytając je w ten sposób. Owszem, na początku wzruszenie i empatia trzymałyby mnie na miejscu, ale z czasem chciałabym, żeby to się skończyło. W końcu to historia i wszyscy wiemy, co było dalej.
Tak, tak bym czuła.

Autor zrobił jednak coś innego: z głosów i świadectw ułożył mapę zdarzeń.

„Por. Mickey Kross: […] – Mam twoje nazwisko na liście.
Wpisali mnie do rubryki „zaginieni, uznani za zmarłych”. Odparłem:
– Nie, jestem. Proszę mnie skreślić z tej listy.
Mieli tam chyba przeszło 400 nazwisk. Pamiętam, że spojrzałem na zegarek i była 14.10″. [s. 481]

Mapę czasoprzestrzeni sięgającej od 10 września do dni początku „wojny z terrorem”. Od WTC po Pensylwanię.

Podzielił relacje świadków na fragmenty, ułożył je „geograficznie”: Word Trade Center, Pentagon, Pensylwania, potem każdy z tych rejonów jest pokazany chronologicznie. Mogłam zobaczyć, jakby mi autor wskazywał reflektorem konkretne miejsca, konkretne zdarzenia, przenosząc się – jak na filmie – z jednego miejsca na drugie. Ten zabieg narracyjny sprawił, że cieżko było mi się od książki Graffa oderwać. Jak napisała na okładce Magdalena Rigamonti: „czyta się ją i marzy, żeby wszystko dobrze się skończyło…”

Ciekawe – choć bardzo amerykańskie – jest otwarcie książki

To relacja bardzo specyficznego świadka 11 września, komandora Franka Culbertsona, astronauty, jedynego w tamtym czasie Amerykanina poza Ziemią. Culbertson dokumentował, z każdym przelotem Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, co widać z wysokości 650 km nad Ziemią. Bo 11 września widać było z kosmosu.
Mówiłam, że to bardzo amerykańskie w taki symboliczny, dość łopatologiczny sposób?
Na szczęście później jest mniej patosu, choć znacznie więcej emocji.

Ciekawe w „Jedynym samolocie na niebie” Garretta M. Graffa jest jeszcze jedno:

Dla autora świadkami wydarzeń są także ci, których nazwał „pokoleniem Ninę Eleven”. Pokazał perspektywę młodych i bardzo młodych Amerykanów, poczynając od tych, którzy w dniu zamachów mieli rok, skończywszy na studentach.

Joanne Fischetti, Staten Island: […] Niesamowite, jak łatwo było stracić poczucie bezpieczeństwa”. [s. 499]
Michael Szwaja, [Uniwersytet Illinois, Urbana-Champaign, uzup. ML]: […] Po raz pierwszy, odkąd przyjechałem do college’u, poczułem, że potrzebuję mamy i taty, a ich tam nie było”. [s.501]

Graff pokazuje także – oczywiście – polityków

Buch, Rumsfeld, Rice, Cheney, kongresmani, pracownicy obu izb Kongresu USA. Wszyscy oni byli poza bezpośrednią strefą rażenia, prócz Donalda Rumsfelda, który był i trwał w Pentagonie. Widać w tej partii książki inną bezradność – bezradność tych, którzy mają za dużo zbyt małowartościowych informacje, a muszą podejmować decyzje. Tam, na miejscu, czy to na Manhattanie, czy w Pentagonie sprawa jest w bojowy sposób prosta: chodzi o przeżycie. Twoje lub innych. Uciekasz, walczysz, decyzje podejmowane są tu i teraz.

W bunkrze pod Białym Domem, w ukrytych miejscówkach, dokąd wywieziono prominentnych polityków, na pokładzie Air Force One – musisz podejmować decyzje, ale one są innego rodzaju. Są dalekosiężne. Nie wiesz, co się stało. Nie wiesz jak. Nie wiesz czemu. Nie wiesz, ile jest ofiar. Jesteś ślepy, a zagrożeniem jakie cię czeka, jest osąd historii.

I jeszcze jedno

Trudno w tej wstrząsającej książce znaleźć najbardziej i najmniej ulubione miejsce, ale kibicowałam szczególnie dwójce ludzi: Danowi i Jean Potterom.

On jest strażakiem, który 11 września miał być poza Manhattanem, bo miał zdawać próbny egzamin oficerski. Ona pracowała w WIeży Północnej i świadomość, że jej mąż jest bezpieczny, trzymała ją w kupię, kiedy uciekała śmierci. On znalazł się na Manhattanie, jak wszyscy strażacy. W cytatach z nieco powtarza się jak refren jedno zdanie: muszę znaleźć żonę.
Oboje przeżyli. Ona dowlokła się do strażnicy straży pożarnej w Chinatown i stamtąd dała znać rodzinie, że żyje. Później została, miała tyle sił, by zbierać telefony i przekazywać informacje. On po kilkunastu godzinach walki o ludzkie życie i szukaniu Jean, poddał się i zadzwonił do rodziców, żeby im powiedzieć, że Jean… Od nich dowiedział się, że nie stracił żony.
Wow, kibicowałam im. Ich głosy pięknie przeplatają się przez książkę, nigdy nie są daleko od siebie, bo faktycznie – byli czasem bardzo blisko, w przestrzeni.

To, co się powtarza, to poczucie winy u tych, którzy przeżyli

I to wstrząsające, kiedy się o tym czyta. Ale szczególne poczucie winy ma człowiek, który odprawił w ostatnim momencie grupę Arabów. Cieszył się, że zdążyli na samolot, był zadowolony, że dobrze wykonał swoją pracę i pasażerowie dotarli na pokład. Później okazało się, że to byli terroryści.

Vaughn Allex: Miałem szaloną myśl, że wszystko, co się wydarzyło 11 września było moją winą, bezpośrednio moją. Że mogłem to zmienić. Czułem, że nie ma dla mnie miejsca na świecie. Istniały różne grupy wsparcia, ale do żadnej nie pasowałem, bo jak mógłbym usiąść w jednym pokoju z ludźmi, którzy przechodzą żałobę i płacząc, pytają:
– A jaką ty rolę odegrałeś w tym wszystkim?
– No, w sumie to odprawiłem paru porywaczy i dopilnowałem, żeby zdążyli na samolot”. [s.613]

Mocne?

Przeczytajcie całość. „Jedyny samolot na niebie. Historia mówiona zamachów z 11 września” Garretta M. Graffa wydało Wydawnictwo SQN. Warto.

 

 

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *