Jak przestać być zranioną sarną?

Człowiek, który pisze, nawet jeśli z pisania się nie utrzymuje, jest równie wrażliwy, jak kiedyś bywały panny na wydaniu. Czytelniczki i Czytelnicy romansów mnie zrozumieją. W niczym, ale to w niczym nie różnię się od „przeciętnej osoby piszącej”. Jestem wrażliwa.

A krytyka mnie boli. Niedawno dostałam recenzję jednej z rzeczy, które napisałam.

Jak można się już domyślić, recenzja łagodna nie była.

Osoba oceniająca, której bardzo za jej uwagę podziękowałam, zrobiła kawał dobrej roboty. Znalazła błędy stylistyczne, nieznośności interpunkcyjne i zwykłe literówki. Opisała je rzeczowo i nawet dowcipnie. Podoba mi się zwłaszcza takie coś: w tekście napisałam „X podniósł oczy”. Uwaga oceniającej osoby „a co, upadły mu?”. Fajne, prawda? Idealny sposób, żebym zapamiętała i pozbyła się jednego z moich manieryzmów.

Wskazanie błędów i pokazanie, jak powinny być poprawione nie boli. Ocena tego co i jak napisałam – bardzo.

Osoba oceniająca mój tekst, to ktoś, przez kogo ręce przechodzi mnóstwo tekstów, ktoś z naprawdę dużym doświadczeniem, wiedzą i znajomością tematu, ktoś kogo ocenom ufam, mimo iż osobiście się nie znamy. Dlatego to, co zostało napisane, jest dla mnie tak ważne.

Recenzja była krótka: ledwo udało mi się dotrzeć do drugiej części. Nie wiem do kogo piszesz, nie wiem o czym i nie chcę wiedzieć. To jest najzwyczajniej w świecie nieciekawe.

Siedziałam i gapiłam się w te słowa

I miałam ochotę wywalić wszystko, co napisałam do kosza.

Tak, taka dojrzała byłam. Poużalałam się nad sobą trochę (co dalej robię tym wpisem), poszłam pobiegać i wróciłam zastanowić się, czy jeszcze mam ochotę pisać.

Bieganie musiało mnie otrzeźwić. Bardzo prawdopodobne, że to, że się walnęłam w znak drogowy (nie pytajcie jak) i kolano mnie dalej bolało, pomogło mi nawiązać porozumienie z moim mózgiem. Niektóre procesy myślowe chodzą po krętych ścieżkach.

Zadałam sobie pytanie, po co piszę?

I dla kogo.

Pewnie, że chciałabym być połączeniem Tolkiena, Franka Herberta, Barbary Cartland i JK Rowlings. Kto by nie chciał? Ale nie piszę, żeby uzyskać „niegasnącą chwałę” i ekranizacje.

Pewnie, że chciałabym, żeby moje książki były czytane i lubiane. I są. Mam maleńką grupę stałych Czytelników, którzy dają mi wiele radości i dumy. To jest ważne.

Ważne jest też to, że piszę, bo chcę. Chcę, lubię, kocham to robić. Nie męczy mnie to, innych w moim otoczeniu (mężu przepraszam) pewnie czasem tak, ale nie mnie. Nigdy.

Dawno nie czułam się tak dobrze, jak teraz, kiedy piszę.

Nie mam dwunastu lat, wiem, że nie wszyscy muszą lubić, to co robię

Napisałam to, bo ktoś mógłby pomyśleć, że myślałam, że świat padnie przede mną na kolana i teraz płaczę, że życie jest niesprawiedliwe.

Nic z tych rzeczy. Sama czasem piszę recenzje książek. Nie wszystkie są pozytywne. Nie wszystkie książki mi się podobają, nie wszyscy autorzy trafiają do mnie swoim językiem. To normalne. Normalnym jest także to, że komuś nie podobała się rzecz, którą napisałam.

Dostałam rzeczową, uzasadnioną opinię, z przykładami

Co niezwykle ważne, kultura słowa osoby oceniającej była wysoka. Zero niestaranności, bylejakości, zero lekceważenia. Jestem szczęściarą, bo ktoś zadał sobie trud, żeby mi napisać, co mu się nie podoba. Ilu piszących ma takie szczęście, że może się poprawić, że wie, co zmienić? No właśnie.

A jednak, boli.

Podobno psychologia twierdzi, że uczucie z którym radzimy sobie najsłabiej, to odrzucenie. Odczuwam na własnej skórze, że nie jest to nieprawdą. I podziwiam prawdziwych pisarzy i wszystkich tych, którzy poddają się ocenie ze względu na ich pracę. Czy przestanę pisać? A skąd. Będę pisać, tylko lepiej i ciekawiej, po prostu.

Najgorsze jest to, że przypomniałam sobie, że fantastyczny serwis nakanapie.pl udostępnił „Morze krwi” do recenzji 0_0

I że opinia, która mnie zabolała, to dopiero początek rzeczy, które mogą boleć.

Uświadomiłam sobie jednak także to, że mama mojej przyjaciółki Oli dostała czytnik i poprosiła właśnie o kolejną część „Drogi Smoka”. Że inna moja przyjaciółka zbywana do tej pory ogólnikami przycisnęła mnie do muru i dostała jedną z nowych rzeczy. Że przyszedł mi do głowy szalony pomysł, który przelewam właśnie do edytora tekstów.

I wyobraziłam sobie, że tego nie robię, że nie piszę.

Nie spodobał mi się ten świat równoległy. A skoro tak, to muszę zacząć żyć tym, czego uczę innych: rób swoje. Wyciągaj z ocen to, co Ci pomoże iść do przodu, zapomnij o tym, co Cię niepotrzebnie hamuje. Nie zwracaj uwagi na złośliwości.

Czy lubię, kiedy ktoś ocenia to co piszę?

Nie wiem. No, dobrze powiem to: to zależy. Jeśli ocena jest dobra, to sure. Jeśli zła, o już nie tak bardzo. No co? jestem człowiekiem, nie pomnikiem ze spiżu.

Ale wiecie co?  Najważniejsze jest to: jeśli ktoś ocenia, to znaczy że czytał! (ok, to może być naiwne, ale…) I to jest ważne.

I powzięłam decyzję: jeśli trafi się początkujący Autor, który nie wie, czy to, co pisze ma sens, pomogę mu. Przeczytam. Powiem co mi odpowiada, co nie. Delikatnie, rzeczowo, kulturalnie, bez ocen ad personam. Najważniejsze: zrobię to f2f via mail, żeby można było swoje próby literackie poprawić przed pokazaniem ich innym.

Znacie kogoś, kto potrzebuje przyjaznego rzucenia okiem na próby literackie? Dajcie znać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *