Skip to content

Jak to napisać, żeby nie wyjść na…, czyli o „Handlarzu tlenem” Marcina Araszczuka

Kłopoty z przedpremierową recenzją 🙄

Recenzja „Handlarza tlenem” Marcina Araszczuka nie przyszła mi łatwo. Jest po temu przynajmniej kilka powodów.

  • Po pierwsze, nie lubię pisania, że książka w całości mi się nie podoba. Jak widzicie – zero suspensu.
  • Po drugie, mam słabość do ludzi, którzy w ogóle porywają się do pisania i którzy swoje dzieło kończą, innymi słowy – z definicji lubię wszystkie Autorki i Autorów, aczkolwiek nie zawsze lubię ich książki. Zawsze mam jednak nadzieję, że znajdę kogoś, kto pisze ja Aleksandra Konefał, czyli dobrze.
  • Po trzecie książka, która SF porusza temat ekologii byłaby dziś w punkt. Patrzcie, większość miast ogłasza alarmy smogowe a w socialu pokazujemy sobie u kogo bardziej śmierdziało. Czas idealny na taką pozycję.
  • Po czwarte, wydawnictwo ładnie zapowiedziało książkę, a ja się dałam złapać na zapowiedź. Tak, to mówi więcej o mnie, niż o książce, zgoda. Skreślam zatem ten punkt.

Tak czy inaczej – powinno być dobrze.
Nie jest.

O czym jest „Handlarz tlenem” Marcina Araszczuka?

Fabuły oczywiście opowiadać nie będę, powiem tylko, że Ziemię zdążyliśmy doprowadzić do stanu w którym tlen trzeba dostarczać do domów i za niego płacić. (Czemu tlen?, takie retoryczne pytanie) Im masz więcej kasy, tym lepszy stuff kupujesz, tu zaskoczeń nie ma. Tytułowy handlarz tlenem, Adam, ma kłopoty w domu i w biznesie, ma kilkoro przyjaciół i przeżywa kryzys egzystencjalny, a raczej ekologiczno-egzystencjalny.

W dodatku sprzedaje cały zapas tlenu, jaki ma, a fabryki tegoż gazu płoną. Oczywiście jest to spisek wielkiego biznesu. Grupka straceńców, czyli założony przez sztuczną inteligencję, zaprzyjaźnioną z Adamem Instytut Badań Międzywymiarowych, szuka drogi wyjścia z kupy, w która się znaleźliśmy. Są dramaty rodzinne, dramaty społeczne, rozdroża i w ogóle – warstwa psychologiczna.

Oczywiście, że spłyciłam, ale nie jestem w szkole podstawowej, żeby pisać plan akcji książki w punktach i podpunktach. Zresztą to nie akcja jest słabą stroną książki.

Co jest nie tak i na co narzekam?

Nie byłam w stanie przegryźć się przez język, którym pisze Araszczuk. Nie byłam. Kojarzy mi się z XIX wiecznymi polskimi powieściami SF trzeciego sortu, które męczyłam za studiach, bo promotorka powiedziała mi, że to nie jest literatura, a ja chciałam jej udowodnić, że jednak jest. Nie, nie mówię o Prusie czy innych tuzach, mówię o wyrobnikach literatury, których czytać się autentycznie nie da. Tak czy inaczej rozeszłyśmy się (ja i polska, XIX wieczna SF) w ciszy, udając, że się nie spotkałyśmy.

I oto, na progu trzeciego dziesięciolecia XXI wieku dostaję do ręki językowego pogrobowca tychże. Może przesadzam, ale dawno nie czytałam książki napisanej współcześnie, w której fraza opisuje z absolutną powagą, jak to mąż „objąwszy połowicę ramieniem, ruszył z nią w kierunku wyjścia” [s.262].

Nie, to nie chodzi o to, że język powieści jest niestaranny, niechlujny, nie. Jest staranny, przesadnie. Czasem miała wrażenie, że przebijałam się przez słownik wyrazów bliskoznacznych. Zamiast użyć „normalnego” i powszechnie używanego słowa Autor sięga po jego dalekiego kuzyna, rzadko widywanego w takim kontekście.

Co więcej, Marcin Araszczuk pisze raczej bombastycznym językiem pełnym poezji, fraza jest skomplikowana, rozbudowana, pełna porównań i przenośni. I składnia, i słownik są nie tyle bogate, co rozbuchane. Nie ciskam kamieniem, bo to jest po prostu wybór Autora, pewnie świadomy, pewnie mający sens, ale mimo wszystko. Zobaczcie taki fragment:

„Podczas zmywania piany, dokonał kartografii gry sił między frakcjami mięśni napiętych za sprawą stresu, a tymi zwiotczałymi z powodu braku ćwiczeń. Od kilku miesięcy coraz trudniej i rzadziej zmuszał się do gimnastyki. Nadal uważał siebie za atrakcyjnego mężczyznę w dobrej kondycji, jednakże w tym momencie sprawiało mu trudność przywołanie myśli cieplejszych niż żal do samego siebie z powodu powiększającego się brzucha. Bliższe oględziny ujawniały dwie półkule tłuszczu, uwypuklające się po obu stronach pępka, zaś obrys bioder zapuszczał się w szerokości dotąd zarezerwowane dla inni ud. Bastionem tym większej dumy pozostawała wklęsłość na wysokości pasa, choć ta, w połączeniu ze wspomnianymi mankamentami, nadawała środkowemu rejonowi jego ciała pewnej nieforemności”. [s. 11-12]

I albo jest to świadomie wybrana stylizacja literacka, albo wyłażąca z podświadomości fascynacja historycznoliteracka, albo ja nie wiem co.

A tak, może to być i środek literacki, o czym później.

Żeby nie być gołosłownym i żeby czepianie się Autora było podbudowane konkretami:

„Dym bezwolnych rekolekcji upokorzeń dnia zasnuł przytomność otoczenia. Po kryjomu znalazł spełnienie nieuświadomiony impuls; w siwej zawierusze ręce bezwiednie uwolniły głowę od hełmu i upuściły go. Dopiero głuchy dźwięk uderzenia o posadzkę wyrwał nowo przybyłego z apatii, uprzytomniając skryte w niej niebezpieczeństwo”. [s. 7]

 

„Doświadczana przez nas codzienność przeistoczyła się w wirtualny świat. Prawdziwą rzeczywistość zakryliśmy nierealnym wymiarem a teraz posiadamy dostęp wyłącznie do kalekiej iluzji, której nierzeczywistość objawia się też w niemożliwość istnienia dużo dłużej. Stworzona przez nas krótkowzroczna wizja człowieczeństwa we mgle urojeń władzy, pustej rozrywki i codziennego znoju odpowiada za tę niknącą projekcję naszej własnej nędzy. Nie dziwi zatem, że dzieciaki sięgają po bardziej kolorową wirtualność komputerową, bo w tym sensie posiada ona więcej realności niż ta zwykła, szara”. [s. 15]

 

„- Wybieramy śmierć! – Wśród łez ściekających po rynsztokach twarzy jak martwy szczur płynęły te słowa, mało przypominające głos Adama. Ognisty pocałunek zajął knot, zapalniczka zgasła.
– Ja nie chcę wybrać śmierci – Przerażenie zmieniało twarz jego żony w rozpostartą na czaszce skórę.
– Nikt nie chce, ale cały czas to robimy. Zycie obracamy w śmierć – mówił w zapamiętaniu. Krople wosku z potrząsanej gromnicy opadały na podłogę – Czy więcej sensu nie miałaby przemiana śmierci w życie? Jak wyglądałaby nasza egzystencja? Nasza kultura i cywilizacja? A ta planeta?” [s. 150]

 

„- Nigdy nie wybaczę sobie tego, jak z mojej winy w ciągu najkrótszej chwili niecierpliwa radość na twarzy mojego syna i blask jego oczu nie tylko zgasły, ale i zawiniły się w swe kompletne przeciwieństwo, które zupełnie nie pasowało do tak młodej twarzy”. [s. 158]

No dobrze, wystarczy o języku.

Język jak powietrze – czyli hipoteza środka literackiego

A nie, miało być o tym, co mogłoby być jakimś wyjaśnieniem dla faktu, skąd wzięła się tak rozbuchana i niekontrolowana fraza. Otóż, jeśliby bohaterowie powieści Araszczuka wyjrzeli za okno, zobaczyliby tylko szarą mgłę, w której z rzadka migną światła samochodów. Mają smog, który bije na głowę wszystkie nasze smogi. To zatrute, nienadające się do oddychania powietrze jest kolejnym, wiecznie obecnym bohaterem „Handlarza tlenem”. Nie da się o nim zapomnieć.

Może zatem język: duszny, gęsty, prawie nieprzezroczysty, narzucający się i porażający ciężarem bez gracji jest po prostu odzwierciedleniem warunków istniejących poza zamkniętymi i szczelnymi mieszkaniami? Na zewnątrz zupa i mgły, w bohaterach mgła języka??
Może. Trzymam się nadziei, że jest to środek artystyczny, który przenika książkę.

Niestety – dusi on powieść, jak powietrze na Ziemi z „Handlarza tlenem” dusi ludzi.

Postaci i świat przedstawiony

Postaci są równie irytujące, jak język.
Główny bohater, Adam, imię znaczące i ciężkie od znaczeń, jest rozmemłany, a staje się zelotą. Jego wirtualny przyjaciel, mentor i terapeuta, Robert, mówi jak ci coache z netu. Żona Adama jest przerysowana i można się zastanawiać, co na Chaos, zmusiło tę dwójkę do bycia razem. I tak dalej, i tak dalej.

Przepraszam, ale prócz samej koncepcji tak zniszczonego świata i kilku niezłych metafor, jak ta: „skurczył się do rozmiaru odbić swojej twarzy w zimnych szkłach separujących go od jej duszy” [s.20] – nic mi się w „Handlarzu tlenem” nie podobało. Albo nie zrozumiałam świata przedstawionego, albo język odciął mnie od sensów, albo sama nie wiem.

Tematyka, którą książka Araszczuka porusza jest ważna, aktualna i niezwykle nośna. Pewnie dlatego tak łatwo ją „położyć” i pewnie dlatego wkurzam się na wykonanie.

Sorry, „Handlarza tlenem” Marcina Araszkiewicza nie polecam. 😢 Aczkolwiek nie udaję nawet, że mój gust czytelniczy jest i powinien być gustem wszystkich

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *