Jak autor, który inspirował może stać się dezinspiracją, czyli żal, żal, żal.

Przyznawałam się już nie raz i nie dwa do inspiracji literackich. Książki kocham, może niezbyt odwzajemnioną miłością, ale jednak. Zawsze, ale to zawsze ceniłam Thomasa Harrisa za jego „Milczenie owiec”.

Pamiętam, że „Milczenie…” czytałam, siedząc pod kocem, uważnie rozglądając się, czy Hannibal Lecter gdzieś na mnie nie czyha. Dlaczego miałby na mnie się czaić, tego nie wiedziałam, ale byłam tak zafascynowana i przerażona jednocześnie, że nawet zastanawiać się nad tym nie chciałam. Cenię sposób, w jaki Harris zbudował każdą z postaci w tej książce, nawet taką, która pojawia się raz i znika. Lubię jego język, budowanie napięcia, przywiązanie do szczegółu. Lubie suspens, który buduje słowami.

Dlatego, gdy dostałam do ręki jego „Cari Mora”

ucieszyłam się. W końcu po tylu latach przeczytam pierwszorzędną literaturę popularną; książkę, której okładki nie trzeba się wstydzić w metrze.

Niestety, zawiodłam się srodze.

Powiem od razu, żeby oszczędzić czas innych: „Cari Mora” Thomasa Harrisa to bardzo zła książka. 

Teraz rozwinę i wytłumaczę się z tych dwóch słów „bardzo zła”. 

Pierwszą rzeczą, która mnie zirytowała, zanim jeszcze zaczęłam czytać, była forma książki. Owszem, tom jest pokaźny i wygląda dostojnie, ale czcionka i odstępy między liniami są takie, że moja mama mogłaby czytać „Cari Mora” bez okularów. Książka ma ponad 350 stron, mogłaby mieć 200. Mniej zadęcia, mniej drzew, no wiadomo. Jednak złośliwości na bok, może to akurat ułatwiło czytanie? Krótkie rozdziały, duży druk, szerokie marginesy stron, czyta się jak tabloid. Niecałe popołudnie i już, „Cari Mora” przeczytana. Nie tego oczekiwałam.

Później moja irytacja na Thomasa Harrisa i jego najnowszą powieść tylko się powiększała. 


Akcja jest słabiutka. 


Dwie bandy oprychów chcą dostać złoto, które Pablo Escobar zostawił w Miami. Nie wiem, czy pamiętacie „Gang Olsena”, ale tak właśnie wygląda dobieranie się do tego skarbu, jest tylko o wiele bardziej okrutne. Scena, w której dwoje bohaterów (nie powiem kto, bo może ktoś przeczyta „Cari Morę”) ostatecznie otwiera sejf jest żenująca. Było mi głupio, kiedy ją czytałam. Było mi przykro, że ktoś, kto napisał scenę spotkania Clarice i Lectera w więzieniu, napisał także to. 
A, zapomniałabym dodać, że „ważnym komponentem” akcji jest to, że jeden oprych chcę tytułową bohaterkę, ową Cari Mora, złapać i sprzedać dewiantom w Mauretanii.

Nie mam także pojęcia, dlaczego to Cari Mora jest tytułową bohaterką? 


Gdyby Harris zatytułował swoją nową powieść „Don Ernesto” pewnie widziałabym w tym sens, ale Cari Mora? Jeśli to tylko dlatego, że „fajnie” jest mieć silną kobiecą bohaterkę w tytule, to moim zdaniem nie trzeba się było starać. Nie zadziałało. Owszem, bohaterka jest ciekawa, ale jak inni bohaterowie „Cari Mory” jest słabo napisana, chociaż muszę przyznać uczciwie, że w zalewie postaci, które upchnął Harris w swojej książce i tak Cari wybija się na plus. 

No właśnie, bohaterowie. Nie chce mi się tracić czasu, ale chętnie policzyłabym, ilu ich się pojawia. Jest ich dużo, za dużo. Słabo napisanej akcji nie uratuje ranny glina, którego żona… (nie powiem, bo to spoiler), ani Benito, ani nikt. (patrz moje dywagacje a propos serialu poniżej)

A propos głównych bohaterów

Jakim cudem człowiek, który potrafi tak, jak Thomas Harris kreować postaci potworów w ludzkiej skórze, stworzył Hansa-Petera Schneidera, bezwłosego Paragwajczyka, to nie mam pojęcia. Owszem, człowiek/postać jest obrzydliwy, ale napisano go tak, że jest karykaturą negatywnych bohaterów, policzkiem dla Lectera, groteskowym zlepkiem wszystkiego tego, jak możemy sobie wyobrażać Zło. Postać, jak z komiksu gore, tylko narysowana jeszcze grubszą kreską.

Sama książka sprawia wrażenie scenariusza dla serialu, 

czegoś w typie „Narcos”. 
Nawet obrazowanie jest podobne. Autor sugeruje nam grę świateł, pojawia się tu i tam ćma, krokodyl słodkowodny, który ma swój własny rozdział (krótki, ale ma), dym, ptak szamocący się, limonki na trawniku. Tu znowu dźwięk, chlupnięcie, wybuch czaszki, wiercenie, bulgotanie ługu (nie pytajcie). To nie są opisy, to są sugestie, I wszystko jest niebywale plastyczne. Dlatego właśnie i to obrazowanie, i dialogi kazały mi myśleć, że Harris napisał scenariusz serialu, ktoś scenariusz odrzucił ł i autor postanowił nie marnować materiału, tylko wydać go w formie książki. 

I jeszcze tłumaczenie.

Miejscami bardzo dobre, miejscami niechlujne i irytujące. „Ukryć stopy pod koją, udać oposa i zagrać na czas?”. „Udać oposa”??? Amerykańskie „play possum” znaczy udać, że się śpi, lub że straciło się przytomność, nie wiem, czemu nie dało się tego tak przetłumaczyć. 

Tak, czepiam się. Tak, jestem zła. Zła, że „Cari Mora” to książka na jeden łyk, słaba, nie zostawiająca śladów, niedorównująca innym książkom Thomasa Harrisa. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *