Skip to content

„Imię Boga” Michała Dąbrowskiego, czyli debiut jak cię mogę!

„Dwóch mężczyzn siedziało na moście, rozciągniętym nad przepaścią wypełnionym pulsującym ogniem, pijąc wino i karmiąc latającego kota macą. Obok nich przebiegła ciemnoskóra dziewczyna; ktoś ją ścigał, postać w czarnym płaszczu z mieczem utkanym ze słów w dłoni. Wbiegli do świątyni z tysiącem strzaskanych kolumn, do komnaty, w której z sufitu zwisał olbrzymi gad ze skrzydłami. Pomieszczenia pełnego książek, które otwierały się, jedna po drugiej, a na stronice z białych kotar bryzgała krew, szumiąc jak rwąca rzeka. Był znów z nimi, z tymi dwoma, wokół nich rój milionów much, które nuciły jakąś piosenkę. […] Chłopiec kulony w kącie, jego oczy roziskrzone błękitnym płomieniem, ciemnoskóra dziewczyna klęcząca nad nim z wyrazem troski i przerażenia na twarzy. Jeden z mężczyzn pochylony nad pulpitem przy pełgającym świetle świecy, przyglądający się rozszerzonymi źrenicami czemuś w szklanym słoju, czemuś, co wyglądało jak olbrzymi sum pożerający młodą dziewczynę”.

No dobrze, wystarczy! Przecież nie mogę opowiedzieć całej fabuły „Imienia Boga”, bo byłby to straszliwy spoiler!

Prolog jako spis treści

Z tym cytatem otwierającym i spoilerowaniem wcale nie żartowałam.

Wizja, którą czytelnik poznaje w otwarciu powieści Dąbrowskiego, w Prologu, jest staranie rozpisanym, acz na tym etapie niełatwym do zrozumienia scenopisem książki. Czytałam kolejne rozdziały „Imienia Boga” i co chwila było „Aha! To tak to wmontował! Aaaa… to takie buty!!! O? O tym myślał, kiedy napisał o mieczu?!”

Muszę przyznać, że kiedy skończyłam, wróciłam do początku i raz jeszcze, z prawdziwą przyjemnością przeczytałam Prolog, układając sobie powieść Dąbrowskiego w głowie

Bo nie jest to prościutka książczyna

Po pierwsze – to ponad 11 godzin czytania. Duża rzecz, rozbudowana.

Po drugie – akcja jest skomplikowana i wielowątkowa. Intrygi się przeplatają, bohaterowie pojawiają się i znikają. Nie da się „łyknąć” „Imienia Boga” ot tak, na szybciocha. Za dużo się traci. 

Po trzecie – wchodzimy nowy świat, jesteśmy na planecie oświetlanej dwoma słońcami, nie na Ziemi. Czy to ważne? Religijnie i historycznie – tak! Cała scenografia została wykreowana w głowie autora i musimy ją dobrze poznać. Polityka, religia i zwyczaje, fauna i flora, historia – trzeba się zanurzyć w starannie nakreśloną obcość i z każdą stroną uczynić ten świat naszym.

Brzmię, jakby mi się podobało? Bo podobało się, to prawda i chętnie sięgnę po kolejne części.

Zacznijmy od akcji

Spoilerów nie będzie, ale nakreślę z czym mamy do czynienia.

Chodzi o – tadam – władzę. Bo o cóż by innego?

W stolicy Cesarstwa, Aazh, pod dywanem brytany walczą o władzę.

”- […] Pamiętaj jednak: to, co czynimy, jak bardzo podłym i straszliwym by nie było, jest czynione w Imię Boga. Dla dobra wszystkich. Także tych, których na naszej drodze krzywdzimy. Znajdą oni miejsce w sercu ciepłego słońca, ich dusze zawędrują do Ter.

– A nasze?

– Nasze nie”.

Chwiejna równowaga Kościoła i Cesarstwa kruszy się, a jej fundamenty są podmywane przez siły, których nie widać, których nie widzimy. Niepokoje związane z przekazaniem władzy religijnej mają potężne reperkusje, a w środku polityczno-religijnego tornada znajduje się grupa szpiegów, chora dziewczyna i dwójka młodych lekarzy. W zasadzie to jeden lekarz, ale więcej nie powiem, co to byłby spoiler.

Lekarze są o krok od odkrycia czegoś, co odkryte być nie powinno, bo nie zgadza się z tym, co głosi kościół.

Poznajemy i wysokie kręgi władzy i podbrzusze miasta, a raczej jego podziemia.

Docieramy do miejsca, w którym rozumiemy, dlaczego ludzie tak podobni do nas mieszkają w miejscu tak niepodobnym do Ziemi.

Jest trochę twarzoobijania, jest wątek miłosny, jest trochę mistycyzmu.

Jest dobrze 😉.

Nowy, wspaniały świat?

No nie wiem. Nie chciałabym mieszkać w miejscu, które jest połączeniem Arabii Saudyjskiej (stosunek do kobiet), Polski (duszność religijna) i średniowiecznego Paryża (uniwersytet i slumsy. Odpowiednik Dziedzińca Cudów jest jednak w „Imieniu Boga” o wiele większy niż ten paryski, i znajduje się w ogromnych katakumbach).

Dąbrowski stworzył świat skomplikowanych zależności, niedomówień, decyzji podejmowanych po kryjomu i pod płaszczykiem wiary. Świat, gdzie nie przekonuje się, tylko manipuluje. Ma się w dodatku na każdą manipulację i na każdą zbrodnię doskonałe uzasadnienie.

„Człowiek chce być wolny tyle o tyle, o ile umożliwia mu to bycie szczęśliwym. A wolność pełna, nieskrępowana wolność, uniemożliwia szczęście. Za dużo tej wolności! Za dużo wyborów, co dobre, a co złe, co słuszne, a co niesłuszne! Za dużo szarości, za mało czerni i bieli. A człowiek nie potrafi i nie chce tych wszystkich wyborów dokonywać, tych wszystkich subtelności na co dzień roztrząsać! Człowiek chce jasnych i prostych definicji: to jest dobre, a to jest złe, to jest białe, a to jest czarne. To porządkuje jego życie, pozwala funkcjonować w chaotycznym, zmieniającym się i okrutnym świecie. Człowiek chce tradycji, uświęconej przez jej powszechność i stałość, która to tradycja zapewnia mu te definicje i wytycza ścieżki, po których łatwiej mu się poruszać, bez konieczności ciągłego zastanawiania się, czy ma skręcić w prawo, czy w lewo”.

Dąbrowski bardzo konsekwentnie rysuje świat przedstawiony. Z detalami. Widać, że przemyślał wszystko, nic nie wisi narracyjnie, wszystko się spina. Muszę przyznać, że świat przedstawiony powieści jest ciekawszy niż jej bohaterowie. I – co dziwne – nie jest to wskazaniem tego, co w książce mi się nie podoba. Nie. To najnormalniej w świecie komplement dla kreacji rzeczywistości w powieści.

Bohaterowie

Oj, jest ich sporo. Bardzo dużo. Począwszy od dwójki lekarzy, Ethona i Lheiama, jest waleczna Lori, jest słaba, ale silna Thea, jest tajemniczy, zakapturzony morderca, jest mój ulubiony Drigher, jest młody Vheroon, jest szpieg Martias i jest wreszcie Enrosz, którego wizja spina wszystko i który uważa, że to, co widział jest jedyną możliwą prawdą.

Do żadnej postaci się nie przywiązałam, ani nie polubiłam. Żadna mnie także nie odrzucała. Jedynie stary wojak Drigher ma coś z osobowości, reszta jest i służy swojemu celowi narracyjnemu. Kropka.

Nie będę marszczyć na to nosa. Jak już wspomniałam – to świat przedstawiony jest najważniejszym bohaterem, a mechanizmy nim rządzące są tym, co naprawdę fascynuje. Kiedy się ma w ręku epopeję, całokształt jest ważniejszy niż indywidualności.

Język!

Ach, jak ta książka jest dobrze napisana! Język – gęsty i skondensowany, a jednocześnie potoczysty – doskonale oddaje duszną atmosferę Aazh. No i to, jak napisane są fragmenty, w których rzeczywistość przenika się z nierzeczywistością, ze snem, z przepowiednią, z koszmarem. W nich widać w pełni, jak Dąbrowski pisze. Jest w tym i poezja, i horror. Wow. Mocna rzecz.

„Ściany falowały. W głebokiej, ciężkiej, duszącej ciemności rozlegał się szloch, płacz i krzyk. Ból wibrował w w powietrzu, równie namacalny jak ciemność, jak śmierć gdzieś w nieprzeniknionej czerni.  Szloch przeradzał się w skowyt, skowyt w jęk, jęk w krzyk, a ściany pulsowały wraz z dźwiękiem, drgały w ciemności, biły mu pokłony, szepcąc cicho, zbyt niewyraźnie, zbyt delikatnie, aby przebić się przez udręczony głos, błagający już tylko o śmierć.

Ściany czuły zapach krwi, krwi, którą widział przez cienką szparę w drzwiach, zza których dobiegał szloch i wrzask, w ciemność wlewały się ból i cierpienie, rozpacz i śmierć, wypełniając ją, dotykając swoimi cienkimi, czarnymi pacami jego twarzy, sycząc mu do ucha, podczas gdy ściany falowały w rytm spazmatycznego szlochu”.

Walka o władzę

Wszyscy w Aazh zdają się walczyć ze wszystkimi o władzę. Każdy chce mieć tyle, ile zdoła wyrwać. Manipulacja, przemoc, fanatyzm religijny, ludzie przestawiani jak pionki na szachownicy dziejów. Przyjaciele, wrogowie, sojusznicy, rodzina? Pojęcia stają się płynne, gdy stawka jest wysoka. Co się dzieje, gdy doda się do tego miksu młodych idealistów, którzy chcą pomagać i ratować życie?

Nie powiem. „Imię Boga” Michała Dąbrowskiego najlepiej odpowie na to pytanie. To kawał dobrej fantastyki. Warto po nią sięgnąć.

Książkę otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *