Skip to content

„I contain multitudes” Eda Yonga, czyli fascynująca opowieść o świecie, który zawsze jest z nami

Po straszliwie męczącym „Splątanym drzewie życia” Davida Quammena, które wiele obiecywało, ale niewiele dostarczyło, postanowiłam nie opuszczać mikrokosmosu, który nam towarzyszy, ale którego nie zauważamy, i przeczytać wreszcie książkę, którą od dawna miałam na Kindlu: „I contain multitudes” Eda Yonga.

Nie ukrywam – miałam obawy!

W posłowiu do „I contain multitudes” Ed Yong wyraża się w superlatywach o Quammenie, który mnie nie zachwycił, a i sam autor „Splątanego drzewa życia” w w swojej książce dobrze pisze o „I contain multitudes”… wiec wiecie… mogło być różnie.

Ale skoro książkę i tak kupiłam, mam ją od jakiegoś czasu i za późno na jej wymianę, skoro nie lubię niedoczytanych książek, więc – do roboty!

”The latest estimates suggest that we have around 30 trillion human cells and 39 trillion microbial ones – a roughly even split. Even these numbers are inexact, but that does not really matter: by any reckoning, we contain multitudes.”

“Perhaps it is less that I contain multitudes and more that I am multitudes.”

to dwa cytaty z książki Yonga, wybrałam je na początek, żeby dobitniej pokazać, że…

…to jest bardzo dobra książka!

Powiedziałabym nawet, że kawał dobrego popularyzatorstwa! Ed Yong zdecydowanie wie, o czym pisze. Jak sam informuje w posłowiu: pisaniem o mikrobach zajmuje się od dziesięciu lat i w tym czasie rozmawiał z setkami badaczy, przeczytał tysiące artykułów. Dodatkowo – to już moja opinia – posiada lekkie pióro, niezbędne do przybliżania wiedzy laikom. Ale nie jeżyk jest ważny, tylko meritum.

„I contain multitudes” – czyli właściwie co?

Co to znaczy „składam się z wielości”?

Otóż Ed Yong zwraca uwagę na fakt, że każdy organizm jest o wiele bardziej skomplikowany, niż wydaje się to na pierwszy rzut oka. Nawet jednokomórkowiec to nie jest błona komórkowa, jądro, jakaś glutowata masa i kilka organelli. Nie. Nasze ciała to miejsce życia „mikroskopijnej menażerii”, czyli mikrobiomu (uwaga, czasem używa się określenia „mikrobiota”).

Jego przedstawiciele żyją na powierzchni naszej skóry, zasiedlają wnętrze naszych ciał, niektóre żyją w naszych komórkach. Nie są czymś obcym, nie są także nami. Mają wpływ na to, jak się czujemy i jak się zachowujemy. Podobnie – stan naszego zdrowia, to co jemy, leki, jakie przyjmujemy, nasz wiek i miejsce, w którym mieszkamy – wszystko to ma wpływ na mikrobiotę.

Równowaga między „nami” a „nimi” jest fascynującą kwestią i bardzo skomplikowaną, ale ważniejsze jest chyba inne pytanie: czy jest coś takiego jak „my” i „oni”, jeśli mówimy o tej specyficznej menażerii?

Zostawiam to pytanie. Nie umiem na nie odpowiedzieć.

Dlaczego warto siegnąć po książkę Yonga?

Ponieważ jest nie tylko zbiorem faktów i ciekawostek, ale przede wszystkim obrazem niezwykłej różnorodności, z której istnienia nawet nie zdajemy sobie sprawy.

Nie wiemy, jak ważne są dla nas mikroorganizmy, jaki mają wpływ na kształtowanie układu odpornościowego, na naszą wagę i zachowanie. I wiecie co? Naukowcy także tego do końca nie wiedzą. Prowadzą badania, testy, ale jeśli moje ciało zasiedlają miliardy mikroorganizmów, to ile zmiennych należy obserwować? Ile i które trzeba brać pod uwagę? Jak tworzyć hipotezy i je weryfikować?

Fascynujące!

Muszę przyznać, że dla mnie rewelacją był trzeci rozdział: „Body Builders”, w którym Yong opisał między innymi pracę dwóch naukowców: Paula Pattersona i Sarkisa Mazmaniana.

Patterson był neurobiologiem, który badał reakcję organizmu myszy na pewien rodzaj infekcji wirusowych. Mysz, która przeszła taką infekcję, żyła sobie spokojnie dalej. Ale jej młode… jej młode zachowywały się dziwnie. Niepokojąco. Bardziej niż ich pobratymcy, których matki nie przeszły infekcji, obawiały się otwartych przestrzeni, gwałtowniej reagowały na głośne dźwięki, czyściły swoje futro prawie bez przerwy i były o wiele mniej chętne do nawiązywania kontaktów społecznych.

Patterson zauważył analogie tych zachowań z dwoma ludzkimi schorzeniami: autyzmem i schizofrenią. Wiedział także, że kobiety, które przeszły ciężkie infekcje – statystycznie rzecz ujmując – częściej rodzą dzieci, które zapadają na te choroby. Patterson postawił hipotezę, że system immunologiczny matki w jakiś sposób wpływa na rozwój mózgu dziecka. Nie miał jednak pojęcia, jak się to dzieje ani jaki mechanizm za to odpowiada?

Sarkis Mazmanian z kolei odkrył antyzapalne oddziaływanie jednej z bakterii żyjących w naszych jelitach, tzw. B-frag. Innymi słowy wykazał, że mikrobiom ma wpływ na nasz układ odpornościowy.

Czyli bakterie wpływają na układ odpornościowy, a układ odpornościowy ma wpływ na mózg. Naukowcy zaczęli zastanawiać się, czy jest zatem możliwym, by mikrobiota wpływały na mózg? Czy zmiany w składzie mikrobiomu jelitowego mogłyby wpłynąć na poprawę stanu dzieci ze spektrum autyzmu lub osobom dotkniętym schizofrenią?

Na zastanawianiu się nie skończyło – obaj badacze rozpoczęli serię eksperymentów.

Myszy, których matki przeszły infekcję wirusową, dostały dawki B-frag. Bakterie zasiedliły się w ich wnętrznościach… i co? I wyniki – jak pisze Yong – były warte odnotowania! Myszy, które wcześniej zachowywały się kompulsywnie i były zaniepokojone bez widocznych przyczyn, stały się bardziej otwarte na swoich pobratymców, chętniej poznawały otoczenie, nie reagowały na zaskoczenie tak gwałtownie, jak przed podaniem im bakterii B-frag.

Żeby skrócić wyjaśnienia – naukowcy postawili hipotezę, że bakteria ta ogranicza dopływ toksyny 4EPS do mózgu, co wpływa na zmniejszenie objawów niepokoju osobnika.

Patterson zmarł w 2014 roku, ale Mazmanian prowadzi w dalszym ciągu badania. Jako, że B-frag to ten szczep, którego jest szczególnie mało we wnętrznościach osób dotkniętych schorzeniami ze spektrum autyzmu, to zespół badawczy, któremu Mazmanian przewodzi, ma nadzieję, że badania kliniczne dostarczą twardych dowodów na pozytywny wpływ mikrobioty na nasze życie i stan naszego zdrowia.

To tylko jeden z wielu przykładów niezwykłych zależności, jakie ewolucja wbudowała w nasze ciała i w ciała organizmów, których nawet nie widzimy.

Każda strona książki Eda Yonga to małe lub większe odkrycie

Nie ukrywam, że lubię „I contain multitudes”, ponieważ pozwala także na chłodno patrzeć na kwestię naszej germofobii. Na nasz strach przed „zarazkami”, na to, jak unikamy wszystkiego, czego nie widzimy.

Owszem, covid wyostrzył nasze podejście do szorowania wszystkich powierzchni płynami mającymi usuwać wirusy i bakterie (po co bakterie, skoro covid jest wirusem? Nie wiem), ale i wcześniej mieliśmy obsesję wyjaławiania wszystkiego wokół nas.
Nie, nie jestem przeciwnikiem mycia rąk, mycia i prania, oraz sprzątania w ogóle. Jestem przeciwnikiem takiego podejścia, które zamienia nasze domy w sterylne sale operacyjne. Nigdy nie usuniemy wszystkiego, wszystkich mikrobów, „zarazków”, a usuwając te, z którymi żyjemy w zgodzie, robimy miejsce dla tych, które faktycznie mogą nam wyrządzić szkodę.

Książka Yonga wyszła po polsku nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego pod tytułem: „Mikrobiom. Najmniejsze organizmy, które rządzą światem” – bardzo polecam!

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *