Skip to content

Horror! Ale jaki fajny!

Przedpremierowo o „Lee Schubieniku” Aleksandry Konefał!

2020 otwieram… horrorem. Chętnych do udzielenia mi rad z zakresu zdrowia psychicznego zapraszam na priv🤭.

A tak serio: to świetna lektura.

Bawiłam się setnie, mówię bez ironii. Aleksandra Konefał popełniła książkę, która jest ciekawa, nie nudzi, która bawi się z konwencjami, która – przynajmniej mnie – zmuszała do przypominania sobie, jaka byłam, kiedy miałam 17 lat. Wiecie, co Wam powiem? Moja mama ma zupełnie inne wspomnienia o mnie, w wieku lat 17, niż mam ja! Zastanawiające. A dlaczego ten osobisty wtręt jest ważny – dowiecie się w dalszej części recenzji.


Fabuła „Lee Schubienika” jest prosta.

Siedemnastoletnia Alicja spotyka pewnego dnia w lesie bardzo dziwnego, ale fascynującego ją osobnika. Łapie go w momencie, kiedy ten przerzuca sznur przez gałąź. Jak większość nastolatek i Alicja nie umie się powstrzymać przed ingerencją w cudze sprawy i… powstrzymuje obcego mężczyznę przed popełnieniem samobójstwa. A potem, to już leci z górki. Wiecie, jak to jest w horrorach.

No dobrze, zapytacie, co w tym takiego fajnego? Otóż: prawie wszystko.

Aleksandra Konefał jest autorką bardzo świadomą i bawi się tropami popkultury i gatunku. Obiecałam sobie, że przeczytam „Lee…” drugi raz, żeby poszperać i znaleźć więcej tych postmodernistycznych okruchów, niż mam teraz.

Bo świat przedstawiony u Konefał pełny jest odniesień, lub – jak wolicie – scenografii przynależnej do gatunku.

Główna bohaterka ma na imię Alicja, sami przyznacie, że to imię z dużą tradycją, jeśli chodzi o dziwność, prawda? Alicja jest sierotką, wychowaną przez ojca, barona, w dziwnym, ponurym i okrytym złą sławą domu na wzgórzu, na skraju także ponurego i starego lasu. Alicja, która jest ulubienicą służby, będzie mieć macochę: Arabellę. Nie wiem, czy jest imię bardziej kojarzone z baśniami i księżniczkami? No, może Doris?

Dziewczyna, siedemnastolatka, chodziła do szkoły, ale nie była lubiana przez koleżanki i była w związku z tym dość samotna. W miasteczku, koło którego leży posiadłość barona, jest wszystko, co miasteczko mieć powinno: karczma, kościół i plotkary. Jest też zakład pogrzebowy, którego właścicielem jest niejaki Wiktor (tak! Wiktor!), który oprócz biznesu, który w zasadzie sam się kręci, ma również czarnego kota, który dla jednych jest obleśny, dla innych – niesamowity.

Przyroda w książce Aleksandry Konefał jest jak muzyka w filmach akcji – jeśli nie wiesz, w jakim momencie jesteś, posłuchaj, co się dzieje za oknem: jeśli wiatr wyje, jest źle. O ciemnych korytarzach, zbutwiałych schodach, zasłoniętych portretach tragicznie zmarłej matki dziewczyny i skrzypiących drzwiach nie wspomnę nawet. Muszą być i są w ilościach hurtowych. Mniam.

Mamy zatem wszystkie te elementy, których oczekujemy po horrorach, ale powiem Wam, jakie one są smakowite! Są przywołane tam, gdzie trzeba, ale widać to mrugnięcie autora, ten dystans, który dzieli ironię od dosłowności, która przynosi z sobą nudę.

Alicja – czyli centrum świata

Aleksandra Konefał umieściła swoją bohaterkę w zdominowanym przez mężczyzn domostwie.

Nie, co ja piszę… nie „zdominowanym”, tylko wypełnionym o tyle o ile mężczyznami domostwie.

Proszę o samodzielne włożenie przecinka w odpowiednim miejscu. Będziecie mogli dzięki temu potwierdzić, że dom Alicji był o tyle o ile wypełniony (baron, z racji na złą sławę jego posiadłości, miał kłopot z rekrutacją. Cóż, najlepsi z nas stawiają czoła podobnym wyzwaniom!) lub wypełniony o tyle o ile mężczyznami (baron ma lat 40 i nie jest uosobieniem męskości, pozostała służba jest młoda, naiwna i… no cóż… no właśnie)

Alicja jest jedyną kobietą w tym dziwnym domu i lubi swoją unikalną pozycję. Lubi ją do tego stopnia, że, oczywiście, nie znosi przyszłej macochy i nie przepada za nauczycielką, która usiłuje ją wyprowadzić na ludzi. Jej stosunek do innej kobiety, córki właścicielki zakładu krawieckiego, jest mocno feudalny: zaproszę cię na imprezę i wyswatam cię z moim lokajem, a co! Z koleżankami w szkole Alicja kontakt miała fatalny, a jedyna jej przyjaciółka zniknęła z życia Alicji, zupełnie jak zniknęła matka naszej bohaterki.

Alicja lubi być w centrum atencji, lubi być jedynym elementem kobiecym. Lubi, kiedy wszyscy na nią patrzą i nią się zajmują, nawet jeśli i nawet kiedy zarzeka się i twierdzi, że jest inaczej. Wiecie, co jest najciekawsze? Że kiedy bohaterka staje się centrum prawdziwych wydarzeń, rzeczy stają się straszne. Dla niej, z różnych przyczyn, nie tylko tych, związanych z naturą gatunku, jakim jest horror.

Jak możecie się domyślić, niespecjalnie przepadam za główną bohaterką, ale to właśnie dlatego, że zapomniałam, jak to jest, jak się ma te 17 lat! Kiedy mama odświeżyła mi pamięć (zabolało), zaczęłam czytać książkę i analizować Alicję nieco inaczej, łagodniej, z większym zrozumieniem.

Jeśli chodzi o poznanie bohaterki, o samopoznanie, ciekawy jest fragment, w którym Alicja zadaje sobie pytanie „Kim właściwie jesteś?”. Odpowiada na nie, patrząc na swoje odbicie w lustrze [s. 133-135]. To o tyle ciekawe, że wcześniej jesteśmy świadkami rozmowy dziewczyny i jej nauczycielki na temat jednego z zadań domowych, które Alicja zakończyła zdaniem:

„Bo nie ma nic smutniejszego od człowieka, który patrząc w lustro, widzi w nim siebie”. [s.104]

Bohaterka później tłumaczy, że jest w życiu moment,

„kiedy człowiek jest tak bardzo samotny i zagubiony, że patrząc na swoje odbicie w lustrze, widzi w nim, kim się stał i wie, że nie ma już odwrotu”. [s. 106]

To sporo mówi o Alicji, jej życiu i o świecie, wykreowanym przez Konefał na potrzeby „Lee Schubienika”.

A swoją drogą, fajna jest definicja nauczycielstwa wg. Konefał:

„Obrzydzić życie uczniowi do tego stopnia, żeby przestał oczekiwać od nich [nauczyieli uz. moje] pomocy i skupił się wreszcie na sobie”. [s.193] 😂

Świat przedstawiony powieści

Świat przedstawiony w „Lee Schubieniku” Aleksandry Konefał ma ciekawą historię (o, zachęcam do czytania uważnie o Dendryku Wspaniałym), ale zdecydowanie to nie jest „nasz” świat. Niby odsyła nas w przeszłość, ale co to za przeszłość, w której nastoletni i nieodpychający fizycznie lokaje mogą pakować się do pokoju jaśniepanienki i prawie wyciągać ją z łóżka? Gdzie służba mieszka na pierwszym piętrze, a baronówna na poddaszu? Gdzie dziewczyny chodzą w sukniach do kolan, lampy i świece oświetlają dom, miasteczko pachnie Transylwanią, ale z drugiej strony, kiedy mówi się o planach zbudowania drogi przez stary las, to baron i jego domownicy zamartwiają się o… zanieczyszczenie powietrza.

Widzicie? Nic nie jest tym, na co wygląda.

Dzięki temu ta książka nie jest banalna.

Wczoraj, siedząc nad notatkami z „Lee…” myślałam właśnie o tym starym lesie, który pojawia się wielokrotnie. Oczywiście, że musi być! W każdej baśni czy horrorze jest las i zawsze jest odwzorowaniem podświadomości i tego, co w niej ukryte. Tu jest niby straszny, niby dziwny, ale otacza dom Alicji i w sumie jest najbliższym sąsiadem barona i jego domowników, jest tym, co łączy ich ze światem zewnętrznym, a jednocześnie od niego izoluje. Kiedy przychodzi moment, gdy wisi na horyzoncie perspektywa jego wycięcia, okazuje się, że wywołuje to bunt i prawie panikę. Baron i jego córka są z tym lasem (starym i dziwnym, przypominam) związani, zupełnie jak ze swoją przeszłością i jak z nią – nie chcą się rozstać. Musi przyjść coś, co ich… ok, bez spoilerów.

No dobrze, piszę peany, ale nie jest to książka bez wad.

Aleksandra Konefał ma swoje manieryzmy językowe, wszystko jest na przykład „ogrodowe” albo „szkolne”: ogrodowa sadzawka, ogrodowe alejki, ogrodowa fontanna, przydomowy ogród, szkolny dziedziniec, szkolna brama itp. Czasem mnie to irytowało, bo niby gdzie miałaby stać ta fontanna? W lesie? W kuchni?

Miałam wrażenie, że Alicja przypomina sobie, że nie lubi Arabelli, swojej przyszłej macochy. Ot, jest ok, chodzą sobie, spacerują, a tu bah! Przypomniała sobie, ze przecież niewiasty nie lubi i musi to pokazać. I pokazuje.

Podobnie, jak trudno mi uwierzyć w silne emocje Alicji do Lee Schubienika. Ale, choroba jasna, nie pamiętam już skali emocji nastolatek!

Raziło mnie to w postaci, która jest w sumie dobrze napisana i przemyślana.

Podobnie, jak kilka razy uniosłam brwi w momentach, w których nie powinnam była. Raz, kiedy Alicja mówi o księdzu Jonaszu (o, kolejny trop i „imię mówiące”) jako o „młodym człowieku”. Hm. Ksiądz ma chyba 36 lat, nie znam nastolatka, który na trzydziestoparolatka powiedziałby „młody”, ale pewnie się czepiam. Nawet na pewno się czepiam.

Ale największy kłopot mam z końcówką książki.

Nie, nie zrozumcie jest źle, jest „Lee Schubienik” to dobra, smakowita i klimatyczna pozycja, ale mam wrażenie, że autorka przyspieszyła zakończenie pierwszego tomu. Owszem, wszystko mówiło, że zaraz coś dupnie, ale walnęło – moim zdaniem – za szybko. Cała książka to uroczy slowburner, rzeczy mają czas się dziać, ludzie mówić i działać, atmosfera narastać. Coś mi się wydaje, że brakło kilku stron.

Owszem – końcówka narobiła mi apetytu na dalszy ciąg (zwłaszcza Nathaniel, lubię takich nieewidentnych bohaterów 😉), ale mam także niedosyt. Gdyby książka mi się nie podobała, machnęłabym ręką i powiedziałabym: coż, bywa. Ale w tym wypadku – nie mogę i mówię: szkoda! Za szybko! Za mało!

Wiecie? „Lee Schubienik” Aleksandy Konefał jest książką, o której sporo mogłabym pisać. Spodobała mi się i będzie potrzeba recenzji czy nie, przeczytam drugą część, bo będzie cześć druga 😀.

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *