Skip to content

„Historia życia prywatnego. Od Cesarstwa Rzymskiego do roku tysięcznego”. Czyli – skarb, nie książka!

Na początek – wstydliwe przyznanie się do stronniczości

Muszę przyznać jedno: przyzwyczaiłam się do anglosaskiego sposobu uprawiania historii i jej popularyzowania, ten francuski wydawał mi się zatem na początku lektury „Historii życia prywatnego” nieco… nazbyt eseistyczny. Publicystyczny. Dygresyjny i nawet średnio naukowy. Tak, biję się w piersi, tak myślałam.

Wszystko jest kwestią nawyku

i muszę przyznać, że pod naporem faktów ugięłam się i po prostu czytałam i czytałam. Po zakończonej lekturze z chęcią koryguję sama siebie: części napisane przez historyków francuskich czytało mi się równie dobrze jak tą, stworzoną przez Petera Browna z Princeton.

Chyba „Historia życia prywatnego. Od Cesarstwa Rzymskiego do roku tysięcznego” pod redakcją Paula Veyne’a otworzyła mój nieco zakuty łeb.

O czym jest ta książka?

Haloooo??? Tytuł książki: „Historia życia prywatnego. Od Cesarstwa Rzymskiego do roku tysięcznego” mówi wszystko. Jako czytelnik od razu wiem, co dostałam do ręki, jaki okres obejmuje książka, po którą sięgnęłam i jaką tematyką się zajmuje. Powiem tak: książka „dowozi”, jak powinien dobry podręcznik akademicki.

Autorzy w pierwszym tomie serii wydanej przez Ossolineum (a zaplanowanej na 5 tomów sięgających do czasów nam współczesnych) zajmują się pięcioma zagadnieniami: starożytnością w realiach Rzymu, okresem schyłku Cesarstwa, Afryką pod władaniem Imperium Romanum, wczesnym średniowieczem w Europie Zachodniej i Bizancjum w wiekach X i XI.

Nie potrafię powiedzieć, która z części jest ciekawsza, naprawdę

Każda z nich jest fascynująca i – co najważniejsze – dobrze udokumentowana. Chyba najmniej interesujące okazało się Bizancjum, co dla mnie było zaskoczeniem, bo lubię ten kawałek świata, jego historię, skomplikowaną obyczajowość i zawiłości życia codziennego, że o sztuce nie wspomnę.

Polecam szczególnie części poświęcone wczesnemu średniowieczu oraz Cesarstwu. Nawet jeśli o tej części historii wiecie wiele, to i tak znajdziecie w nich sporo nowych danych, nieznanych szczegółów czy  świeżych interpretacji pozornie znanych faktów (spojrzenie na kradzież i podpalenia oraz powiązanie ich z seksualnością męską i kobiecą. Mindblowing).

Bibliografia!

Uwielbiam szperać po bibliografiach książek, które czytam. Jak inaczej mogłabym trafiać na nowe tropy, na nowe lektury? Tu kwestie bibliografii zostały potraktowane bardzo poważnie. Nie dość, że autorzy i redaktorzy wydania oryginalnego podali mnóstwo pozycji w języku francuskim i angielskim, to jeszcze polscy dodali rzeczy, które wyszły po polsku lub powstały na naszych uniwersytetach. Gratka dla szperaczy.

Ilustracje!

Kolejna rzecz, dla której można się zakochać w tej książce to ilustracje. Owszem, w większości książek traktujących o historii znajdzie się kilka zdjęć, tu jakaś waza, tam ruiny, tu niewyraźna reprodukcja dzieła sztuki z epoki. W „Historii życia prywatnego. Od Cesarstwa Rzymskiego do roku tysięcznego” nie ma stronnicy bez ilustracji. Muszę przyznać, że ich dobór musiał być katorżniczą pracą i jestem wdzięczna tym, które ją wykonały. Jest nawet dla nich specjalne podziękowanie, w którym autorzy podkreślają jakość pracy pań Lescuyeur, Mathieu, Simion oraz „gust, profesjonalizm i oryginalność, jakim dały dowód”. Jest za co dziękować! Mogłam obejrzeć nie tylko dzieła sztuki, ale i rzeczy naprawdę paskudne (takie, które za brzydkie i mało estetyczne były uważane już w starożytności), detale płaskorzeźb, rysunki z fragmentów waz, fragmenty iluminacji, mozaiki. Wow. Wszystkie pokazujące życie codzienne, a nawet intymne.

Właściwie to książkę tę można wertować i czytać jako osobna treść podpisy pod ilustracjami… I nie, to nie są kolorowe zdjęcia, to nie jest album, to nie są wielkie reprodukcje. To jest po prostu świetnie wykonana robota. Trzy panie, którym autorzy „Historii życia prywatnego” złożyli podziękowania, z pewnością zasługują na wyrazy szacunku i docenienie.

Szczegóły!

To nie jest książka dla słabych duchem. To nie jest pozycja, którą da się pochłonąć w jeden wieczór. Ma bowiem swoją wagę merytoryczną.  (tak BTW: zważyłam ją. Serio. 1070 g. Musiałam wiedzieć, dlaczego tak boli mnie palec, na który ją sobie upuściłam, oczywiście przypadkiem).

W tak obszernej monografii  musi być widać osobiste inklinacje autorów. Widać, że pewne zagadnienia bardziej niż inne ich zajmują. Nie da się ukryć, że zakłada się, że czytelnik już coś wie (zna ustrój Rzymu, wie, jak rodziło się chrześcijaństwo, zna Biblię, przynajmniej ze słyszenia) i bazuje na pewnym doświadczeniu cywilizacyjnym.

Kapitalnie czytało mi się rozdziały poświęcone rzymskiej rodzinie, te, w których Paul Veyne, pokazywał ewolucję podejścia do kobiet i małżeństwa, w których wskazywał na rozziew między prywatnością aktu małżeństwa a jego dalekosiężnymi skutkami prawno-społecznymi. Doskonałe omówienie, szczegółowe, procesowe, interesujące. Po prostu ciekawe!

Innym fragmentem książki, do którego wracałam kilka razy, była część napisana przez Petera Browna z Princeton, a poświecona zmierzchowi starożytności, a konkretniej – tego, co stało się w kulturze i świadomości, że ciało i przyjemności z nim związane stały się grzechem. Odpowiedź „chrześcijaństwo” jest prawdziwa jedynie w części. Zachęcam do czytania i spierania się z konkluzjami autora.

Cytaty

Wybrałam kilka, może nie najbardziej reprezentatywnych (ale na rany koguta, książka obejmuje setki lat, tysiące kilometrów, dziesiątki dynastii i kultur! Cała jest „reprezentatywna”), ale dla mnie – najciekawszych.

„… dzieci z nieprawego łoża przybierały nazwisko matki, bo legitymacja lub uznanie ojcostwa nie istniały; zapomniane przez ojca nieślubne dzieci nie odgrywały prawie żadnej roli społecznej czy politycznej w arystokracji rzymskiej. […] Rządząca oligarchia rozmnażała się poprzez dzieci ślubne i poprzez synów swych dawnych niewolników… albowiem wyzwoleńcy przybierali nazwisko rodowe pana, który ich wyzwolił; utrwalali jego nazwisko. [s. 23-24]

 

„Ojciec rodziny był małżonkiem, a także właścicielem dziedzicznego majątku, panem niewolników, patronem wyzwoleńców i klientów. Uzyskując od państwa swego rodzaju pełnomocnictwo, sprawował jurysdykcję nad swoimi synami i córkami […]. Każdy syn rodu, ledwo osierocony lub wyemancypowany, stawał się głową nowej familii i nic, wyjąwszy uczucia lub strategię rodzinną, nie łączyło go z braćmi lub wujami: familia to było małżeństwo. Jeśli wiadomo było, że bracia zamieszkają razem w jakimś dużym domostwie odziedziczonym po przodkach, w grę wchodziła li tylko wygoda lub pieniądze”. [s. 85]

 

„Po czym poznawało się miasto? Po obecności próżniaczej klasy, klasy notabli. Próżniactwo jest podstawowym elementem ich „życia prywatnego”, a starożytność była epoką nieróbstwa poczytywanego za zasługę”. [s. 131]

 

„Aby być tylko sobą, trzeba mieć majątek”. [s. 144]

 

„… bardzo konkretny purytanizm tradycyjnej moralności wyższych klas greckiego i łacińskiego świata był wielkim ciężarem da tych wszystkich, którzy się mu poddawali. Nie wynikał on z płciowości jako takiej, traktował raczej płciowość jako możliwe źródło „moralnego zakażenia”. Zniewieściałość, mająca być wynikiem nadmiernych przyjemności seksualnych z partnerami obydwojga płci, swoboda seksualna mogły rzeczywiście zniweczyć niezaprzeczalną wyższość „dobrze urodzonego””. [s. 256]

 

„Seks stał się wyjątkowym obszarem, dzięki któremu mnich miał możność przenikania najbardziej prywatnych obszarów swojej duszy. W tradycji Euagriusza zmysłowe omamy seksualne były szczegółowo badane, ponieważ mogły ukazać w sposób konkretny (nawet jeśli było to wstydliwe) występowanie w duszy namiętności jeszcze bardziej zgubnych, gdyż trudniejszych do wychwycenia: zimnej i kąśliwej złości, dumy i skąpstwa. Toteż zanikanie zmysłowych omamów u zmiany następujące w polucjach pilnie obserwowano jako wskaźnik postępów dokonywanych przez mnicha na drodze do osiągnięcia stanu pełnej przejrzystości serca, oddanego wyłącznie miłości Boga i bliźniego”. [s. 316]

 

„… jadalnia odgrywała fundamentalną rolę w typie towarzyskości właściwej domostwu, ponieważ zwyczaje, jakie były w niej praktykowane, dotyczyły wszystkich płaszczyzn życia prywatnego, od stosunków między małżonkami po sposób, w jaki mieszkańcy domu odnosili się do ludzi z zewnątrz. To miejsce było pełne znaczeń, ponieważ było teatrem. Miało swoje konwencje, ba, cała gamę konwencji, które pozwalały gospodarzowi i jego gościom zamanifestować swój sposób bycia, dać wyraz swego stosunkowi do społeczeństwa i jego obyczajów”. [s. 393]

 

„… u Germanów wszelkie okoliczności skłaniały do endogamii i w niczyim interesie nie leżało wypuszczenie dziewczyny z jej rodu, aby mogła wejść do innego, gdyż zabierała ze sobą osobisty majątek. Również rodzice syna przyszłą żonę wybierali dlań z bliskiej linii. Jednakże mąż miał też prawo pojąć małżonkę niższej rangi, wolną z urodzenia, by zacieśnić istniejące już więzy cielesne. Nazywano je friedlehe, zakładniczki pokoju. Wreszcie istniała możliwość konkubinatu z jedną lub kilkoma niewolnicami. Zawierano wprawdzie jedno małżeństwo, ale żon było kilka. Oficjalnie panowała monogamia, w praktyce zaś poligamia. W rzeczywistości kobiety miały coraz mniej praw w miarę jak przechodzono od oficjalnej pierwszej żony do niższej rangi konkubin, friedlehe, i konkubin trzeciorzędnych, niewolnic. Tylko pierwsza żona posiadała wszystkie prawa i tylko jej dzieci mogły dziedziczyć. Jeśli friedlehe została odtrącona, nie zwracano jej posagu”. [s. 503-504]

 

„… na merowińskich cmentarzach mężczyzna nie raz był chowany ze swoim krzesiwem, walnym żelaznym pierścieniem uczepionym u pasa. Pierścien ten, z jednej strony przerwany, nakładano na cztery palce ręki. Służył on – kiedy energicznie pocierano nim o krzemień – do zapalenia ognia. Czasami można również znaleźć w dłoniach zmarłych kawałki krzemienia. [s. 525]

 

„W penitencjałach zawsze przewidywano pokutę za masturbację. Niewielką, jeśli w grę wchodzili ludzie młodzi, dla dorosłego mężczyzny wynosiła rok oddalenia od KOścioła, dla kobiety zaś trzy lata. […] W penitencjałach jako przyczynę zakazu tych praktyk wymieniano przede wszystkim nadmierne pożądanie (libido) bardziej brzemienne w skutki u kobiet aniżeli u mężczyzn”. [s. 526-527]

 

„Historia bizantyjskiego eunucha nie została jeszcze napisana, a w tej epoce wiódł on prym – nie miał wówczas nic z postaci egzotycznego Wschodu budzącej uśmiech wieku Oświecenia. Przedstawiał się raczej jako trzeci rodzaj, z którego całkowicie usunięto naturę, pozostała zaś sama kultura”. [s. 634]

 

„Złe prowadzenie się kobiet określały ścisłe kryteria, które dostarczały powodów do odtrącenia. Sędzia Eustathios wymienia między innymi kąpiele i uczty z ludźmi obcymi dla rodziny, oglądanie wyścigów w hipodromie. Prawo formułowało również przyczyny rozwodu […] a były to m.in. stosunki seksualne żony z paroma partnerami, impotencja męża, zamachy na życie współmałżonka, trąd. Cudzołożną parę karano z reguły obcięciem nosa, a kobietę wysyłano do klasztoru”. [s. 642].

Macie czas? Przejrzyjcie tę książkę. Warto się zmierzyć z „Historią życia prywatnego. Od Cesarstwa Rzymskiego do roku tysięcznego” pod redakcją Paula Veyne’a.  🙂

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *