Skip to content

„Golem” Macieja Płazy, czyli magia sztetla

„Golem” Macieja Płazy, wydany przez WAB, to książka, która nie dość, że pokazuje zakamarki serc zwykłych ludzi, wierzenia chasydów, ich zwyczaje i ubłocone piękno małych miasteczek na Podolu, to jeszcze dowodzi, że Historia, ta przez wielkie „H”, potrafi być niezwykle ironiczna.

Był taki czas, dawno, dawno temu,

kiedy czytałam „Opowieści chasydów” Martina Bubera i starałam się zrozumieć zanurzony w Torze i Kabale sposób myślenia tej społeczności żydowskiej. Po książkę Płazy sięgnęłam dlatego, no ok – głównie dlatego, że spodobał mi się przeczytany w sieci krótki jej fragment.
Język narracji skojarzył mi się z Radkiem Rakiem i jego „Baśnią o wężowym sercu”.

Jest w powieści Macieja Płazy ta sama gęstość języka i piękno obrazów

Podobnie jak Rak, i Płaza pokazuje nieistniejący już świat, niezwykle daleki od naszych doświadczeń. Świat z pogranicza jawy i snu, a jednak realny.

Za sprawą autora przenosimy się do małego miasteczka na Podolu, do Liścisk. W Liściskach mieszkają Żydzi (i chasydzi, i ci uczęszczający do „zwykłej” synagogi”), Rusini i Polacy.

Trzy nacje/wyznania żyją w jednej przestrzeni, ale i ich czas rytualny (święta) i ich życie dzieją się w oddaleniu, osobno. Spotykają się, stykają z sobą, jedynie od przypadku do przypadku lub w karczmie.

Jest początek wieku XX

(podana w książce data wg kalendarza żydowskiego wskazuje na 1910), jesteśmy na terenie Cesarstwa Rosyjskiego, które w tych czasach sięgało daleko na wschód i daleko na zachód. Dla Polaków to czasy zaborów, dla społeczności żydowskiej to czasy diaspory trwającej dłużej niż jakikolwiek zabór.

Do niewielkiego sztetla przybywa nieznajomy. Jak to z nieznajomymi bywa, nikt nie wie, kim jest, kim był, ale każdy ma swoją koncepcję i swoje domysły.

„Wiedzieć by chociaż, myśleli przesądni, którędy przyszedł, czy nie od północy, skąd, mówił prorok, przyjdzie kiedyś zło na mieszkańców tej ziemi […] W żydowskim mieście ulice niby mają oczy, a jednak, uzgodnili potem ludzie, nikt go wcześniej nie przyuważył: ani na moście koło młyna, ani przy gorzelni, anie pod lasem, ani na biegnącym w stronę Rohatyńca gościńcu […]”. [s.11]

Kiedy czytałam o pojawieniu się bohatera (nazwanego później przez cadyka Rafaelem) w Liściskach, miałam przebłysk.

Takie dość absurdalne skojarzenie, bo przypominał mi się początek „Wiedźmina”, kiedy Gerald wchodzi do miasta, także od północy. U Sapkowskiego ulice są równie puste, co u Płazy.
Obaj bohaterowie nie pasują do swojego otoczenia, obaj są źródłem plotek i domysłów, powodem niechęci i obawy. Obaj są niezwykli i walczą z… potworami. Ostrzegałam, że skojarzenie będzie dziwaczne?!

Nieznajomy nie słyszy i nie mówi, ale jego świat – widziany w narracji – jest bardzo zmysłowy

Czytelnik ma wrażenie, że może za jej pośrednictwem zobaczyć i doświadczyć wszystkiego, każdej grudki błota, plamy na ubraniu, każdego liścia i każdy powiew wiatru na twarzy. Kolory są przytłumione, przeważa szarość i brązy, co przecież dziwić nie powinno, bo akcja zaczyna się jesienią, w połowie października. Miasteczko i jego mieszkańcy są opisani dokładnie, ale w takie nieco impresjonistyczny sposób, budowany na wrażeniach, dokładnie jak opisany został nieznajomy z jego „twarzą toporną i gliniastą”. Nie ma tu szczegółów, kształtu oczu, nosa, ale obraz mamy dokładnie zbudowany.

Język zresztą jest niezwykły

„Długo się nie podnosił. Płakał tylko. Płakał bezrozumnie przez godzinę, dwie, do brzasku, jeszcze dłużej, płakał tak długo, aż spostrzegł, leżąc pod płotem, że coraz wcześniej zaczyna wstawać dzień. Potem zaspa stopniała i śnieg zmienił się w strumyki łez, nie wiedział czyich, pewnie żydowskich, skoro były wśród nich jego łzy, płynęły razem tak długo, póki nie minęły dwa, może trzy pełne obroty księżyca, póki ziemia nie obeschła z roztopów, a niebo nie podniosło się ciut do góry, póki na krzaku tarniny za płotem paszkoty nie zaczęły wić gniazda, póki Szira nie schowała zimowych palt Aronka i Icchoka do szafy […]”. [s. 160-161]

Podobnie jak u Raka – będę do tej analogii pewnie jeszcze wracać – język jest gęsty, słowa zalewają czytelnika potężną falą i prawie odbierają dech. Nie tylko dlatego, że zdania są pięknie zbudowane, ale i dlatego, że trzeba skupienia, by je zrozumieć i nie dać się im utopić.

Cóż trudnego w słowach? Otóż, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku, w przypadku „Golema” Macieja Płazy – wszystko!

Po pierwsze autor lubi długie zdania.

Najdłuższe chyba – to, w którym Szira wyobraża sobie śmierć swojego drugiego męża, Boaza – zajmuje półtorej strony książki [s. 273-275]!

Dlatego trzeba dać się ponieść fali języka Płazy, ale jak z każdą falą – bardzo na nią uważać.

Po drugie – narrator często mówi z pozycji Żyda, chasyda

Posługuje się całym właściwym dla tej społeczności aparatem pojęciowym i skojarzeniowym, nie przejmując się tym, że Czytelnik może czuć się zagubiony. Daty, symbole, nazwy pomieszczeń, zachowania, zawody, obrządki i obrzędy żydowskie są opisane z perspektywy kogoś z wewnątrz, komu nie trzeba tłumaczyć, kim jest memałed czy rebecyn, czy tego, jak przygotowuje się do Paschy.
Nawet opis bohatera (w tym przypadku Rafaela przychodzącego pomóc Szirze) taki jest!

„Był olbrzymi, miał postać Samsona, a bił od niego majestat Abrahama. Oczy lśniły spokojnie mądrością Salomona, odrobinę tylko przygaszoną smutkiem Koheleta. Rysy twarzy, delikatnie rzeźbione, natchnione było subtelnością Dawida. Usta zdawały się gotowe do głoszenia proroctw godnych Ezechiela czy Jezajasza. Nie, to nie wszystko, nie dość tego, myślała Szira, to nie jest mężczyzna z którejkolwiek z tych ksiąg. Miał w sobie wszystko, co tamci, ale i coś więcej. Miał w sobie piękno. Był to Oblubieniec z Szir ha Szirim[…]”. [s. 246]

To prawda, język może być jedną z barier w odbiorze tej książki, ale prawdę mówiąc nie sądzę, by sięgano tę pozycję na ślepo.

Powiedzmy sobie jasno: jeśli ktoś nie lubi kultury żydowskiej, nie ma o niej choćby i podstawowego pojęcia – pewnie „Golema” Płazy nigdy nie przeczyta.

A jeśli natknie się na tę powieść nieprzygotowany, bez wiedzy, co go w niej czeka, i książka go wciągnie, to i tak nic straconego. Przecież każdy teraz pod ręką ma komórkę, w której jest wyszukiwarka, a w niej zasoby wiedzy na wyciągnięcie ręki.
Macieju Płazo – dziękuję Ci za konsekwentną kreację świata przedstawionego, za brak kompromisów i odrzucenie pokusy poświęcenia kreacji językowej.

„Golem” Macieja Płazy, jak chasydzi, oddycha Torą i Talmudem

Miałam napisać „Biblią” i „Starym Testamentem”, ale to tak chrześcijańskocentryczne podejście, że aż mi się głupio zrobiło. Tora, fragmenty Proroków, ksiąg mądrościowych i Psalmów pojawiają się wszędzie. Są w myślach Rafaela, w głowach innych bohaterów, są w melodii języka i w jego specyficznym kolorycie.

„Gdyby człowiek był naprawdę całkowicie bezradny, ciągnął reb Gerszon, po cóż byliby na świecie sprawiedliwi? Czemu służyłaby udręka żydowskiego wygnania? Nasze wygnanie to nie kara ani klątwa. Lud Izraela został rozproszony po świecie, by zebrać zewsząd rozproszone iskry świętych dusz, upadłe odpryski Bożego światła, by modlitwą i pobożnymi uczynkami podnieść je i uwolnić ze skorup, w których są uwięzione. Święte iskry mieszkają we wszystkich rzeczach, jakie są na świecie, żadna nie jest ich pozbawiona. Także w uczynkach człowieka, nawet w grzechach. Człowiek sprawiedliwy podnosi te iskry, a cokolwiek naprawi na dole, zostaje naprawione na górze. […] Ostatnie iskry zbierze Mesjasz, ale Mesjasz, jak powiadają, przyjdzie nie wcześniej, niż obeschną łzy Ezawa. Wielu już było takich, co wieszczyli jego przyjście, wyznaczali nawet jego moment, próbowali go nawet przyspieszyć, tak żarliwie, że zaczynali się za Niego uważać. Tymczasem zbawienie nie przychodziło, świat się nie zmieniał, i biedni Żydzi skreślali tylko w kalendarzu daty niespełnionych proroctw. A przecież to nie proroctwa zawodziły, tylko ludzie”. [s. 56-57]

Ale przecież inaczej być nie może, prawda?

Czym bowiem jest golem?

Istotą z gliny, która ożywiona jest słowem, i którą słowo może zniszczyć. Dlatego po trosze wszyscy, prawie wszyscy bohaterowie książki Płazy są takimi golemami.

A na pewno jest nim Rafael, w którego pierwszych opisach pojawiają się nawiązania do ziemi, błota, gliny, z których to buduje się golema. Tak, chciałabym mieć kiedyś czas i szukać tych ułamków Pięcioksięgu w „Golemie” Macieja Płazy.

Bohaterowie

Narracja jest trzecioosobowa, narrator jest wszystkowiedzący, co znaczy, że czytelnik ma wrażenie, że siedzi w głowie bohaterów, poznając ich myśli, strachy, obawy, marzenia i modlitwy.

Co prawda Płaza skupia się na Rafaelu, który jest jak soczewka, która skupia ludzi i wydarzenia przedstawione w książce, ale poznajemy i Arjego, i cadyka Gerszona, i jego córkę Szirę, i nawet dogorywającego w przytułku biedaka Meira. Jest także w głowie gojów, jak na przykład Berwida, którego niespokojny duch jest przyczyną tragedii w Liściskach. Kiedy przychodzi do partii książki opisujących Berwida, narrator przestaje być Żydem i staje się Rusinem, opisywanym indywidualną frazą, odpowiednimi, rusińskimi wyrażeniami i sposobem obrazowania (np. s. 156-157).

Rafael jest – jak pisałam na początku – osobą niesłyszącą. Prawie niesłyszącą, bo docierają do niego szczekanie psów, szczęk żelaza i krakanie kruków. Zawsze także słyszy modlitwę i chasydzki śpiew, i sam śpiewa i modli się na głos, z zachwytem i zapałem, który nie zawsze budzi sympatię.

To także sprawia, że jego niepełnosprawność wydaje się być z jednej strony podejrzana (bo może udaje głuchego?), z drugiej – przez bycie prawdopodobnym znakiem od Boga (lub szatana) – czyni go wyjątkowym. A małe miasteczka, żydowskie, polskie, amerykańskie, nieważne jakie, wyjątkowości nie lubią.

„Niektórzy nawet, gdy wlókł się ulicą, szeptali za nim zalecane przez Talmud zaklęcia: Zdychaj, bądź przeklęty, złamany i wygnany, synu błota, synu nieczystego, synu gliny. Wiedzieć by chociaż, mówiono, którędy przyszedł, który wiatr go przyniósł. Jakby niedowierzano jego mamrotaniu psalmów. Byle dziecko wie, że ciemność umie przystroić się dla niepoznaki w najczystszą biel, w szatę ze światła”. [s. 48]

Rafael jest postacią pięknie napisaną, mieszanką słabości, bólu, pokory, służby, frustracji i niemożności komunikacji. Jest fizyczny i udochowiony jednocześnie. Porozumiewać może się tylko na migi lub – z osobami wykształconymi – pisząc po hebrajsku. A wewnątrz, w swojej głowie ma tyle słów, które chciałby się wydostać na zewnątrz, by chwalić Boga! Słów z Pisma, z Tory, z Talmudu, z cadyków. Wydaje się, że – jak golem – i Rafael jest napędzany słowami, które do niego nie należą, które otrzymał, a z nimi – posiadł całą moc, jaką mogą dać.
Ta moc leczy, ale w sposób przedziwny. Jaki? Odsyłam do książki Płazy i do podążania tam mesjańskimi tropami.

Wszystko, każde wydarzenia i najmniejsze nawet działanie pcha do historycznie nieuchronnego – do pogromu

I widać w tym właśnie ironię żydowskiego losu. Cokolwiek by nie robili, jakiekolwiek działania by nie zostały podjęte – historia zawsze zwróci się przeciw nim.

Ale od czego golem – zapytacie. Przecież jest po to, by bronić Żydów przed pogromem!

No tak. Reb Gerszon wspierany przez dwóch z jego uczniów przygotowuje takowego golema, który obronić ma Żydów przed gojami. Także Rafael ratuje po swojemu, a Szira wysyła konnego do miasta, z informacją o szykowanym pogromie, w nadziei, że Kozacy zdążą i tym razem zamiast zabijać Żydów, uratują ich przed gojami.

Co dzieje się, kiedy wszystkie środki zaradcze zadziałają? Kiedy ich działanie się skumuluje? Przeczytajcie!

Ach, ta ironia historii, ta ironia żydowskiego losu!

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *