Skip to content

„Genius loci” Joanny Pypłacz, czyli horror w Beskidzie Sądeckim

Last updated on 13 stycznia 2021

„Ogarnęła mnie tęsknota za wszystkim, czego już nie było, a co głęboko tkwiło mi w pamięci. Zaczęłam jeszcze lepiej rozumieć duchy: duchy utkane są z tęsknoty i ze wspomnień… Nawet jeśli to, co pamiętają, do najprzyjemniejszych nie należy, tęsknota – ów nader specyficzny jej rodzaj – podpowiada, dlaczego wyszło źle, a mogło być lepiej lub nawet zupełnie dobrze; dlaczego doszło do nieszczęścia, choć można go było uniknąć. Duchy, a przynajmniej część z nich, zdają się tęsknić za utraconymi okazjami, zmarnowanymi chwilami, zaprzepaszczonymi szansami. Na podobieństwo bohaterów Prousta, bezowocnie gonią za straconym czasem”. [s.115]

Jak możecie się domyślić, „Genius loci” to horror

Jest rok 1957. Ewa przyjeżdża do malutkiej miejscowości, do domu dobrze znanego jej z dzieciństwa, żeby uporządkować rzeczy swojej zmarłej kuzynki, Oli. Ola popełniła samobójstwo, rzucając się do starej studni. Tak, ale czy to rzeczywiście było samobójstwo? Może ktoś Oli pomógł, może jej mąż, Krzysztof? Ewa postanawia to zbadać.

Są takie miejsca, których atmosfera przytłacza

Takim jest willa, w której mieszkali Ola i Krzysztof, i w której jako dziecko wakacje spędzała Ewa. Zbudowana na działce de facto wygryzionej w zboczu góry, zdaje się walczyć ze stałym naporem kamienia, wydaje się walczyć i batalię przegrywać. Dom jest… brudny, duszny, pełen starych zapachów. Wszystko wokół niego się kruszy: schody, ścieżka wiodąca do niego, studnia, która wydaje się starsza niż czas. Degradacji ulega nawet charakter pisma Oli, co Ewa obserwuje, czytając jej przemyślenia. Entropia zdaje się pomagać górze w naporze na dzieło rąk ludzkich.

Nie dziwne więc, że Ewa nie czuje się w willi dobrze. Poczuje się jeszcze gorzej, kiedy zacznie widzieć i słyszeć dziwne rzeczy, a kiedy w pamiętniku swojej kuzynki przeczyta, że… No dobrze, reszta to spoiler. Powiem tyle, że jest w „Genius loci” i cygańskie dziecko (piszę „cygańskie”, nie „romskie” za autorką. W 1957 to określenie było pejoratywne, ale nie używano innego, stąd i moje użycie tego słowa. Później będę już pisać „romskie”), i dwie zagadkowe śmierci, i postać pisząca na ścianie, i ciekawa stylizacja literacka.

Teraz stoję na „interpretacyjnym rozdrożu”

I mam przed sobą dwa wyjścia.

  1. Uznać, że „Genius loci” Joanny Pypłacz to prosty horror. Krótki, nieskomplikowany, banalny nawet, wykorzystujący wszystkie chwyty gatunku, nie dający niczego, w co chciałoby się wbić zęby i pozostawiający dojmującą chęć na coś więcej, na coś bardziej… coś wagi cieższej;
  2. lub uznać, że „Genius loci” jest książką pozornie prostą i w związku z tym jedynie pozornie narracyjnie rozczarowującą, czyli szukać  w niej głębszych sensów i drugiego dna.

Jako, że „wersja druga” jest ciekawsza, bardziej inspirująca, bardziej działa na moją ambicję i – ogólnie – pozwala mi się powymądrzać, to wybieram ją i w jej świetle będę o książce pisać.

No co? Nigdy nie mówiłam, że nie jestem próżna i że nie lubię się popisywać szukaniem drugiego, trzeciego i czwartego dna!

Taka interpretacja podejścia do interpretacji (alem wymyśliła, nie? Takam mądra!) odpowiada mi tym bardziej, że

czytałam „Genius loci” fragmentami, że odkładałam go kilka razy!

A jest to o tyle dziwne, że książka nie ma nawet 130 stron! Uwierała mnie i musiałam ją sobie przemyśleć, poukładać ją w sobie. Historia opowiedziana przez Joannę Pypłacz nie jest nowa, nie jest odkrywcza, ale – jasny gwint – czemu miałaby być? Książki nowatorskie każdy „czyta”, każdy je „lubi” i wszyscy się nimi „zachwycamy”, bo jakżeby nie, prawda? A w rzeczywistości sięgamy po doskonale napisane książki, w których znajdujemy znajomy schemat akcji i które sprawiają, że mamy dreszcze. Taki właśnie jest „Genius loci”. Dobra książka. Naprawdę dobra!

A jednak mnie uwierała!

mogła mnie uwierać ze względu na wspomnianą prostotę, ale – jak już powiedziałam – wybieram opcję, w której owa prostota jest jedynie pozorem, kryjącym coś więcej.

Miałam gęsią skórkę, czytając „Genius loci”. Nie dlatego, że bałam się, że ktoś mnei wciągnie do studni, nie. Domyśliłam się od razu, kim jest mała romska dziewczynka, Stella. Nie trzeba geniusza, żeby to zrobić. Owszem, uśmiechałam się, czytając o starej sąsiadce, która jako żywo przypominała mi dobrotliwą Babę Jagę. Ale całość mnie uwierała. Wszystko tak znajome, a coś w tym było bardzo nie tak!
Miałam tak kiedyś z przepisem na dobrze znane mi danie, które robiłam od lat z głowy, nawet nie myśląc, co i jak, i z czym mieszam. Kiedy zobaczyłam zapisany przepis, moją pierwszą reakcją było: co to, choroba, jest?

O co mi chodzi? No cóż, patrzcie. Mamy wiejski cmentarz, który paradoksalnie pełen jest życia i dzieje się na nim więcej niż w całej wsi. Jest – bo w każdej wsi być musi – nie do końca rozwinięty psychicznie młody mężczyzna, który bawi się z romskimi dziećmi. Jest dobrotliwa wiedźma, która zbiera zioła, zawsze ma kubek pełen poziomek i wie wszystko. Jest złowroga góra chcąca pochłonąć dom, jest studnia pełna głosów, ale dziwna i martwa, bo nikt z niej nie czerpie wody, za to ludzie mają zwyczaj się w niej topić. Jest zagadkowa śmierć z przeszłości, która zdaje się przyciągać kolejne śmierci. Jest bardzo podejrzany mąż. Jest obca kobieta, która przyjeżdża i jest świadkiem wszystkich tych dziwnych rzeczy. Jest duch, a raczej duchy i postać pisząca na ścianie.

A wszystko to zanurzone w artystycznym letargu jakiejś Nibylandii. Gdyby autora anie napisała, że to Beskid Sądecki – nie domyśliłabym się. Zmiana kilku szczegółów i akcja może toczyć się w Appalachach i w okolicach Nary.

Wszystko dobrze znane, czym się martwić?

Cóż… „Genius loci” mnie niepokoił

Miałam wrażenie, że spod tekstu wyziera coś innego, że autorka bawi się ze mną, z czytelnikiem, że pokazuje mi palimpsest, książkę nadpisaną na innej książce. Tyle rzeczy w „Genius loci” mi nie grało, że banalna historia z duchami, upiorną studnią i głodną górą wydawała się dodatkiem.

Podejdźmy do sprawy metodycznie – najpierw powody do niepokoju

A. Tak dużo słów!

Narracja „Genius loci” prowadzona jest w pierwszej osobie. Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z monologiem wewnętrznym Ewy, gdybyż tylko ów domniemamy monolog nie był zbyt wystylizowany, zbyt staranny! Jakby Ewa słowami zamalowywała rzeczywistość.

To, co rzuciło mi się od razu w oczy, to właśnie ilość słów. To niebywale dziwne, bo książka jest cienka. Ot, taki zapisany wrażeniami „kajecik”, a jednak na czytelnika spada prawdziwa lawina. Przymiotniki, rzeczowniki – jest ich mnóstwo, a obraz świata, który pomagają tworzyć, jest tak dokładny, że miałam wrażenie, jakbym oglądała zbyt dokładnie wyretuszowaną fotografię! Zaraz… czy któryś z bohaterów nie zajmuje się fotografią? Tak. Owszem. Jakie to ma znaczenie i czy w ogóle ma? Czy jest to może kolejny element tej zbyt dokładnie narysowanej scenografii, której zadaniem jest odciągnięcie uwagi czytelnika od rzeczywistości, od znaczeń?

Ta ilość detali, które obserwujemy wraz z narratorką, sprawia, że słowa prawie duszą. Atmosfera jest nabrzmiała i wręcz przeładowana nimi. Czułam się dokładnie jak to domostwo, na które napiera góra.

Przeszło mi przez myśl, że to sama Ewa wyrzuca z siebie przydawki i określenia po to, by zmniejszyć, złagodzić swój niepokój lub żeby coś ukryć.

Czy mam rację? Jestem czytelnikiem, taka jest moja racja ;). Interpretacji tego typu obrazowania może być więcej.

B. Pajęczyny przeszłości

Dziwny jest to układ pomiędzy Olą, Krzysztofem i Ewą. Wspomnienia narratorki malują ich relację jako bliską i nawet intymnie przyjazną, a jednak… Ewa nie była na pogrzebie swojej przyjaciółki i kuzynki? Tak wynika z lektury. Dlaczego, skoro uroczystość miała miejsce w Katowicach? Od śmierci Oli upłynęło kilka, kilkanaście dni i Ewa przyjechała do małej wioski w Beskidzie Sądeckim, ostatnią część podróży odbywając wozem, ale nie uczestniczyła w pogrzebie… ciekawe, prawda?

Ewa zamieszkała w pokoju gościnnym, w pokoju, który zajmowała, ilekroć przyjeżdżała do willi swojej rodziny. I rzecz zastanawiająca: pokój ten znajduje się w dziwnym, niepokojąco złym stanie. Rozumiem, że Ola i Krzysztof nie przebywali tyle samo czasu w każdym z pokojów, i że ten był przeznaczony dla gości, ale mimo wszystko… miejsce jest zostawione, zachowane jak mucha w bursztynie, do tego stopnia, że Ewa – chcąc się odświeżyć po przeżytym koszmarze – musi prosić Krzysztofa, by ten odgarnął pajęczyny, które zasłaniają umywalkę i lustro. Pajęczyny? Rozumiem nienajlepszy materac i zapach stęchlizny w długo zamkniętym pokoju, ale czemu pajęczyny są w łazience i tylko tam? Czemu cześć domu została jakby… zostawiona na pastwę chaosu?

Ewa czyta mini-pamiętnik Oli, w którym kobieta zapisywała, coraz to mniej czytelnym charakterem pisma, wiele z tego, co widziała, co czuła, co słyszała. To zapis dni przed jej samobójstwem, ale co dokładnie? Dziennik nawiedzenia? Utraty kontaktu z rzeczywistością? Zapis faktów?
Niezależnie od tego, z czym mamy do czynienia, to czytająca go Ewa zdaje się reagować równie mocno na wydarzenia, które dzieją się wokół niej, co na dotyczące niedalekiej przeszłości zapisy swojej kuzynki. Zapisany niepokój jednej potęguje niepokój drugiej, podejrzenia Oli amplifikują i budzą podejrzenia Ewy. Zapisany świat Oli nakłada się na rzeczywistość Ewy i zmienia jej percepcję.

C. 1957?

Niepokój czytelniczy wiązał się także z kilkoma niepokojącymi szczegółami. Mamy rok 1957, a narratorka pisze, że „objechała kilka krajów” [s. 64], choć dodaje, że nie wie, jak jej się to udało. Też nie wiem. Nie były to najlepsze czasy na podróże dla obywateli tzw. Krajów Demokracji Ludowej. Jak podróżowała? Kim była? Kto ułatwiał jej podróże?

W jadalni willi stoi stary telewizor. Stary? W 1957 roku telewizor w prywatnym domu był rzadkością, a w Beskidzie Sądeckim, w małej wiosce – musiał być cudem i sąsiedzi powinni przychodzić, żeby wspólnie oglądać telewizję. Jeśli sygnał w ogóle do wioski ukrytej między górami docierał, co nie zawsze było regułą. Telewizja po wojnie ruszyła w 1952 roku i była nowością. Trudno w to uwierzyć, ale tak było. Telewizor nie był stary, nie mógł być, to nie czasy, gdzie dwuletnia pralka jest już eksponatem muzealnym i trzeba kupić nową.

Narratorka mówi o filmach o duchach. Jakie tego typu filmy oglądała do 1957? Polskie? Nie. Zagraniczne? Gdzie? W czasie jej podróży? Nie jest w wieku, który pozwoliłby jej pamiętać czasy przedwojenne, a przynajmniej nie jest tak dojrzała, by przed 1939 chodzić do kina na filmy o duchach i dybukach.

No i są jeszcze perfumy zmarłej, które lubiła Ewa, i mnogość kosmetyków, które zmarła posiadała. To także nie tak typowe dla miejsca i czasów.

Jest także język narratorki. Z jednej strony mamy „teksasy”, „kajecik”, „pewnikiem”, z drugiej „pieprzony sarkazm” i inne nowoczesne wtręty… jakby autorka nie potrafiła skutecznie zapanować nad spójnością języka narracji. Ale nie… to nie to. Zdecydowanie nie to.

Ale to są powody, dla których napisałam wcześniej, że mam wrażenie, że trzymałam w rękach palimpsest, książkę napisaną na książce. „Genius loci” Joanny Pypłacz wykorzystuje wszystkie chyba możliwe tropy literackie! Ale co mówi? Czym jest?

UWAGA! Spoiler. Nie chcesz wiedzieć? Skończ czytanie!

Co zatem wyszło mi z tego upierdliwego przyglądania się narracji, która jest o wiele ciekawsza niż sama historia śmierci i nawiedzeń, która zawiera więcej niż ona zaskakujących i niepokojących szczegółów?

Wyszła mi interpretacja natury psychologicznej.

Ewa jest pisarką. Nie od razu się tego dowiadujemy, ale jest to szczegół, którego nie możemy pominąć. Historia opowiedziana w „Genius loci” nie jest prostym horrorem, jest próbą uporania się narratorki z jej emocjami. Ewa stworzyła horror, by dać wyraz temu, co czuje. Sama bowiem oceniła to, co w niej siedzi jako złe, nieodpowiednie i jedyną odpowiedzią na to jest – jej zdaniem – formuła horroru. Ewa oswaja i tłumaczy sobie rzeczywistość, której nie chce przyjąć do wiadomości. Jej kuzynka nie żyje. Ona, Ewa, żyje. Żyje także Krzysztof, który okazuje się (w toku akcji „Genius loci”) nie być tym „złym” bohaterem. I tylko oni wychodzą cali z katastrofy. I Ewie to odpowiada. Tyle że nie może się cieszyć ze śmierci kuzynki. Nie może przyznać się, że coś czuje do Krzysztofa! Kim byłaby, gdyby to zrobiła? Chowa się zatem za sztafażem horroru, topielców, gór, mgieł i melodii z dzieciństwa.

Bo w jej pamięci tkwi ciągle obraz ich trójki. Kiedy po prostu stoją obok siebie i trzymają się za ręce.

Jeśli nie da się tak „Genius loci” interpretować, to cóż – mamy do czynienia z horrorem, w którym góra napiera na dom i chce go zniszczyć, jest złowroga studnia, w której topią się ludzie, lalki Aniela i Alina swoje imiona mają nie po bohaterkach klasyki romantyzmu, a ja dokonuję haniebnej nadinterpretacji, bo nie dopuszczam do wiadomości, że rzeczy mogą być po prostu… proste.

„Genius loci” Joanny Pypłacz od Wydawnictwa IX – bardzo warto!

Published inCo teraz czytam? Czego słucham?

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *