Skip to content

Galaktyczny syndrom niespokojnych nóg

Wow…

Jechaliście kiedyś rollercoasterem?


Załóżmy, że tak. Pewnie zatem wiecie, że może to być zarazem niezwykle przyjemna, jak i nieco nieciekawa przygoda.

No właśnie. Czytanie książki „Ziarno światła. Przebudzenie” Nikolasa Razmuka przypominało mi jedną z moich przejażdżek rollercoasterem. Serce wali, adrenalina krąży w żyłach, ale jednocześnie coś mocno niepokoi i zaczyna siadać błędnik.

Ale zacznijmy od początku, od zaspoilerowania własnej recenzji.
Tak, bawiłam się nieźle, czytając tę książkę.

„Ziarno światła” to space opera, space western i co jeszcze chcecie, byle było szybkie, przygodowe i w kosmosie.

Zdanie: „Galaktyka pełna jest stworzeń, które nie powinny już dyszeć”. [s. 273] podsumowuje książkę doskonale.

Uważam zresztą, że to uroczy cytat, zwłaszcza że został napisany przez Autora, który zmusza czytelnika do istnej pogoni za swoimi bohaterami i który jest powodem (mentalnej) zadyszki tegoż czytelnika.

Zacznę od wyjaśnienia: czytałam tę książkę z założeniem, że czytam (znowu) książkę przeznaczoną dla dość młodego odbiorcy, wychowanego na dostępnych w sieci serialach SF, gdzie akcja goni akcję, a trup opada na trupa jak jesienne liście na ścieżkę. Ta książka mieści się w tej młodzieżowej estetyce, w której język, narracja i psychologia są mniej ważne niż przygody bohaterów i różnorodność świata przedstawionego.

„Ziarno światła. Przebudzenie” Nikolasa Razmuka to czyste szaleństwo galaktycznych przygód,

które wywodzą się z Universum Marvela oraz ze świata Gwiezdnych Wojen.
Jeśli do tego dodacie przygody rodem ze Star Trek i z sieciowych strzelanek, to będziecie mieć pojęcie o skali przygód i wyzwań, jakim stawia czoła bohater Razmuka. Oraz jego czytelnik.

Książka przedstawia cały arsenał rekwizytów, przynależących do gatunku: statki kosmiczne, obce rasy, planety o zadziwiających ekosystemach, walki, zniszczenie, naparzanki, broń, ucieczki, pogonie. Wszystko, co chcecie.

Akcja pędzi z miejsca na miejsce, od sytuacji do sytuacji, a czytelnik nie ma szans na to, żeby odsapnąć. Jakby Autor bał się, że jego czytelnik znudzi się i odłoży książkę, jeśli z każdą następną stroną nie dostarczy mu nowej rozrywki. Znak czasu, prawda?
Przykład? Proszę bardzo: galeria postaci Obcych jest niezwykle rozbudowana,  co chwila napotkacie na inną kosmiczną formę życia, jedną dziwniejszą od drugiej, każdą nazywaną z coraz to większą kreatywnością.
Czytelnika trzeba zaskakiwać, czytelnika trzeba bawić, to zapewne paradygmat „Ziarna światła”. 

Wszystko się dzieje „w ostatniej chwili”. Cliffhanger goni cliffhanger i mam wrażenie, że jestem w środku serialu SF nakręconego dla jednej z platform streamingowych.

Plusy tej pozycji? Jest kilka.

Zdecydowanie do plusów zaliczam wyobraźnię Autora i/lub jego umiejętność czerpania z dobrodziejstw i zasobów kultury popularnej i toposów przewijających się w SF od lat.
Nikolas Razmuk potrafi także namalować obraz zniszczonej Ziemi. Kilka zdań i przed oczami ma się dymiące ruiny. Podoba mi się to.
Podoba mi się także to, że Razmuk nie boi się i pisze, co mu tylko przyjdzie do głowy.
Dosłownie.

Nie przejmuje się prawdopodobieństwem zdarzeń, czy nawet czystą fizyczną możliwością ich zaistnienia. Oczywiście, że jest kilka miejsc, w których właśnie to mnie irytowało, ale jest coś w takim… pozbawionym rewerencji traktowaniu praw fizyki, co każe mi się czuć, jakbym była znowu dzieckiem i każdy wybryk astronautów i innych zdobywców kosmosu był możliwy.

Z wiekiem przychodzi wiedza i wyobraźnia przed nią klęka. Razmukowi nie przyklękła

i ta niechęć do przyjmowania do wiadomości istnienia chemii, fizyki, biologii i innych dyscyplin nauki jest urocza, acz staje się męcząca, kiedy jest w nadmiarze.

Co jeszcze zapiszę po stronie plusów? Pomysł na Teotrytów. Bardzo ciekawa jest ta prastara rasa, która ma tyle zakumulowanej wiedzy i umiejętności. Ciekawa jest koncepcja powstania Wszechświata z quasi-religijnymi tonami.

Przejdźmy do minusów.

Większość moich kłopotów z „Ziarnem światła. Przebudzenie” Nikolasa Razmuka jest związane z bohaterami tej książki.

Mam wrażenie, że najważniejsza z postaci zaludniających „Ziarno światła”, Posthumus Piąty, cierpi na zespół niespokojnych nóg na skalę rzeczywiście galaktyczną. Biega, skacze, jeździ, lata, ratuje (w ostatniej chwili oczywiście), jest ratowany z niemożliwych sytuacji (jak wyżej, w ostatniej chwili). Wszystko mu się udaje i zawsze uratuje innych. Jest bohaterem przez duże „B”. Nie ma takich, jak on. Dlaczego? Duuuh, bo jest wyjątkowy.

Ilość przygód, z których wychodzi nietknięty, jest tak nieprawdopodobna, że gdyby Autor obciął ją o połowę i tak byłoby się czym pochwalić.
Posthumus „Jaki Mamy Plan” Piąty jest irytujący i niedojrzały, jak wszyscy młodzi bohaterowie space opera spod znaku Gwiezdnych Wojen.
Jest wkurzający.
Z jednej strony „z gracją unika pocisków wroga” [s. 491], z drugiej – jego życie wewnętrzne przypomina… kosmiczną pustkę. Owszem, Autor chce, żebyśmy uwierzyli, że Posthumus ma psychikę, ba, że nawet cierpi udręki duchowe! Jednak mam wrażenie, jakby fragmenty opisujące stany ducha bohatera były sztucznie dodane do akcji, bo przecież postać musi mieć wnętrze, prawda?

Moim zdaniem niekoniecznie, a nawet jeśli tak, to niektórzy bohaterowie zyskują, kiedy Autor powstrzymuje się i go nie opisuje. Poshumus Piąty i wiele innych postaci ze stronic „Ziarna Światła” zyskałaby na braku zauważalnej psychiki.

Nie wiem także, kiedy widziałam tak pasywnego przywódcę, jak Posthumus. Przestałam liczyć, ile razy zapytał innych: „To jaki jest plan?”
Pomyśleć, że mimo wszystko każdy lgnie do niego i wszyscy uważają, że zbawi Wszechświat! (patrz uwaga o tym, że jest wyjątkowy)
Ale wiecie, dlaczego jest dla mnie tak denerwujący? Bo jest a) skrajnie nielogiczny; b) dzieciakowaty i widać to w jego reakcjach w normalnych sytuacjach życiowych, takich jak rozmowa z… kobietą.
Dowód?
Posthumus Piąty korzysta z kamyków, w których są ukryte moce, dzięki którym można prawie wszystko, od przygotowania prawie niezniszczalnej zbroi, do naprawy rdzenia statku kosmicznego. Słyszy głosy istot, które stworzyły wszechświat. Wyskakuje ze statku kosmicznego, opadającego na powierzchnię Ziemi w pełnym pędzie. Jego flotylla daje się naprawić, a nawet unowocześnić w obraźliwie krótkim czasie.
I nic z tego nie narusza jego racjonalnego zen. Nic!
Jednak kiedy kobieta, która walczy od lat u jego boku i jest siła napędową wielu zwycięstw, mówi mu: „Kiedy cię nie było, poczułam, że coś złego się stało” [s. 451] to jaka jest jego reakcja?
Żarcik z… kobiecej intuicji.
Tak, kobieca intuicja jest najbardziej nielogiczną rzeczą, z jaką spotkał się Posthumus.
Ręce opadają.

Posthumus Piąty w stosunku do kobiet zachowuje się zresztą, jakby miał raz piętnaście, raz osiem lat. Cóż, gdzie się miał nauczyć innego zachowania, skoro kobiecych „bohaterek” nie ma w światach opisywanych w „Ziarnie światła” wiele? Ile jest kobiet? Trzy, z tego jedna nie żyje? Znajdziecie więcej? Świat powieści jest ekstremalnie męskim światem. Zastanawiałam się nawet, jak rozmnażają się te ginące w wojnie całymi milionami gatunki. Przyszło mi do głowy klonowanie lub pączkowanie. A może jest gdzieś jakiś kosmiczny schowek na niewiasty? Ciekawe.

Pozostali bohaterowie, współbracia Posthumusa – Teotryci, zachowują się czasami nie jak niezwykle stare istoty, tylko jak dzieci. Nie ma w nich dojrzałości, która przychodzi z wiekiem. Zakładam jednak, że książka przeznaczona jest dla młodszego czytelnika, zatem kłopot z dojrzałością bohaterów nie jest zasadniczy. Są tacy, jakimi pewnie chcieliby ich widzieć młodsi czytelnicy.

„Ziarno światła. Przebudzenie” Nikolasa Razmuka jest wyraźnie gorsze w ostatniej ¼, jakby Autor czytał i poprawiał swoją książkę tyle razy, że w konsekwencji brakło mu sił na porządne przeredagowanie końcówki.
Sama książka pod względem języka i narracji ma swoje lepsze i zdecydowanie gorsze momenty. Czasem Autora zawodzi język. Na przykład raport jest „składany skrzętnie”, jest „epatował” zamiast „emanował”, jest „nowy prototyp”, czasownik „kalać” pomylony jest i zastąpiony przez „kaleczyć”, jest tajemnicza część ciała zwana „polikiem” i tak dalej.
Czasem narracja jest zbyt przepracowana i wysilona, czasem niechlujna, czasem chropawa. Nic, czego dobry redaktor nie poprawi.
Nad językiem da się pracować. Myślę, że Autor będzie miał chęć, żeby nad swoim popracować.
Na co jeszcze muszę zwrócić uwagę po stronie minusów?
Na liczbę nieprawdopodobnych wydarzeń w „Ziarnie światła”. Jest  tego sporo, nawet jak na gatunek, który książka prezentuje. Jak pisałam wcześniej – dałoby się wyrzucić większość i akcja nie straciłaby na dynamice, a zyskałaby na sensie.

Pamiętam jednak, że oceniam książkę przygodową, przeznaczoną dla młodego czytelnika, nie „Ślepowidzenie” Petera Wattsa.

Jeśli chcecie rozrywki w stylu niczym niepowstrzymanej i nieograniczonej space opera; książki, w której nikt nie przejmuje się emocjami bohaterów i jakimiś trzymającymi się kupy „romansami”, to sięgnijcie po tę pozycję. „Ziarno światła. Przebudzenie”, Nikolasa Razmuka przeciągnie was przez niezły rollecoaster, ze wszystkimi plusami i minusami takiej rozrywki.
#novaeres #wydawnictwonovaeres #zaczytani
Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *