Skip to content

„Ewolucja w miejskiej dżungli” Menno Schilthuizena, czyli miasto jako laboratorium ewolucji

Last updated on 5 czerwca 2022

„[…] ważnym aspektem presji ewolucyjnej, jakiej poddawane są miejskie zwierzęta, jest nieustający „wyścig zbrojeń” z ludźmi, w którym stawką jest dostęp do naszej żywności i innych zasobów”. [s.249]

Zacznę bez zbędnych wstępów: ależ to dobra książka!

Konkretna, merytoryczna, ciekawa! Autor, pracownik naukowy Muzeum Historii Naturalnej w Leidzie, obserwuje uważnie ewolucję, która odbywa się tuż pod naszymi nosami – za oknem mieszkania. 

„Filozofowie, ekolodzy i obrońcy przyrody przelali na papier hektolitry atramentu, wielokrotnie starając się zdefiniować przyrodę i to, co naturalne, tak więc sam powstrzymam się przed dolaniem własnego wiaderka. Jednak niech będzie jasne, że uważam ludzkie miasta za zjawisko w pełni naturalne, na równi z megastrukturami, jakie inni inżynierowie ekosystemów wznoszą dla swoich społeczności – przy czym jedyna różnica polega na tym, że o ile mrówki, termity, koralowce czy bobry utrzymują swoją działalność na tym samym, skromnym poziomie od milionów lat, o tyle skala działań człowieka w ramach inżynierii ekosystemowej urosła o wiele rzędów wielkości w ciągu zalewie tysięcy lat”. [s. 41]

Nie, to jest kolejna pozycja, która ma mi pokazać, jak bardzo zdewastowaliśmy środowisko naturalne. 

Zdecydowanie nie. Patrząc na ludzi jako na istoty, które mają potężny wpływ na środowisko, Schilthuizen skupia się raczej na tym, żeby pokazać, jak zwierzęta starają się dostosować do warunków, które im tworzymy. I tak – w większości przypadków odpowiadamy za ruinę naturalnych habitatów, nie da się przed tym uciec. Jednak Schilthuizen pokazuje, że paradoksalnie – tworzymy nowe. I znowu muszę wyraźnie napisać – ani Autor, ani ja – pisząca tę recenzję, nie mamy zamiaru ściągać z nas odpowiedzialności. 

No dobrze. Jak zatem przebiega ewolucja w miejskiej dżungli? 

Szybko 🙂 i czasem w zadziwiający sposób.

Otóż w londyńskim metrze żyją komary. Gnieżdżą się w ciemnych odnogach i rozmnażają się w zalanych komorach i szybach. I może nie byłoby w tym nic zadziwiającego, gdyby nie badania angielskiej biolożki Katharine Byrne, która pobrała próbki wody z larwami wielu lokalizacji, „spacerując” po zakamarkach metra z ekipami remontowymi. A następnie próbki owe zbadała. I rezultaty okazały się niebywałe! Otóż komary z trzech linii metra różniły się genetycznie między sobą! [s.12]  Linnie metra stanowiły osobne światy, prawie zamknięte ekosystemy, przedostanie się z jednego do drugiego jest dla tak niewielkich owadów prawi niemożliwe. Zatem – co linia, to prawie-gatunek. 

„Lecz komary w poszczególnych liniach metra nie tylko różniły się między sobą. Były także odmienne od krewniaków żyjących na powierzchni. […] Komary z londyńskich ulic żywią się krwią ptaków, nie ludzi. Muszą napić się krwi przed złożeniem jaj, kopulują w dużych rojach i zapadają w sen zimowy. Tymczasem komary z metra piją krew pasażerów, jaja składają przed posiłkiem, nie tworzą rojów kopulacyjnych. Lecz zaspokajają potrzeby cielesne w zamkniętych przestrzeniach, a do tego są aktywne cały rok”. [s.12] 

Tak oto działa miasto jako środowisko, w którym żyją i ewoluują zwierzęta! Jak mówi autor, londyński komar z metra, Culex molestuj, wyewoluował najprawdopodobniej dopiero w momencie, gdy ludzie zaczęli tworzyć rozległe podziemne struktury. 

I taka właśnie jest ta książka! 

W „Ewolucji w miejskiej dżungli” Menno Schilthuizena znajdziecie mnóstwo podobnych historii o zwierzętach, na których kolor, rozwój, styl życia wpłynęło miasto. Autor prowadzi nas po Leidzie i każe słuchać ptaków (wiedzieliście, że te w miastach wydajają bardziej „świdrujące” dźwięki? No cóż, muszą dać się usłyszeć ewentualnym partnerom, a co za tym idzie przekrzyczeć szum tła, który zawsze słychać w mieście). Zaprasza nas do Singapuru by obserwować wrony, w Kalifornii badamy genetykę stad kojotów podzielonych wielopasmowymi autostradami, w Nowym Jorku zastanawiamy się, co światło robi z owadami, w Australii nad tym, co mają butelki po piwie do rozmnażania chrząszczy. 

„[…] rodzajem antropologicznego wtrętu w delikatny mechanizm zwierzęcego życia płciowego jest tak zwana pułapka ewolucyjna. Zdarza się, że my, ludzie, nieświadomie wytwarzamy jakieś przedmioty, które doskonale wpisują się w tradycyjne metody uwodzenia u określonego gatunku zwierzęcia. […] W 1983 dwaj Australijscy entomolodzy opublikowali […] krótki artykuł pod tytułem „Beetles On The Bottle” Centralne miejsce w artykule zajmowały dwie fotografie dużego żółto-brązowego chrząszcza Julodimorpha bakewelli z rodziny bogatkowatych, który podejmował próby kopulacji z butelką po piwie […] Zauroczenie wynikało najprawdopodobniej z barwy i połysku szkła, z krągłości przedmiotu, a przede wszystkim jego faktury: pierścienia niewielkich, równo rozmieszczonych guzków na dolnej części butelki. Takie połączenie wytworzyło wystarczające podobieństwo do odwłoka samicy Julodimorpha bakewelli, by porzucone szkła wydały się samcom chrząszczy nader atrakcyjne. Kiedy entomolodzy rozłożyli w okolicy jeszcze kilka dodatkowych butelek, samce chrząszczy zaczęły się do nich dobierać dosłownie po paru minutach”. [s. 180-182] 

„Ewolucja w miejskiej dżungli” Menno Schilthuizena to kapitalna przygoda. Nie tylko ze względu na przykłady, piękny, barwny język, ale i na umiejętności dydaktyczne autora. Oj umie Schilthuizen w ewolucję ;), umie! Tłumaczy jej zasady – nie nudząc i nie nużąc. Pokazuje przykłady, dzieli się swoją pasją i zaraża nią. 

Piękna książka – polecam bardzo gorąco! 

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.