Skip to content

„Dzienniki 1956-1958 i 1970” Agnieszki Osieckiej

„Obrzydzenie jak po chorobie. Dlaczego rano wszystko wygląda tak zupełnie inaczej niż w nocy? Nie rozumie się własnych łez, wstydzi się własnych postanowień, nie pojmuje się, jak tamte wypadki mogły wydawać się wielkimi wypadkami. Jak inny człowiek”. [s. 111]

Majowe czytanie

Kolejny wydany tom „Dzienników” Osieckiej celowo zostawiłam sobie na maj.

Nie liczę na bzy, nie siedzę na Saskiej Kępie, ten tom nie zawiera roku 1972, w którym sławna „Małgośka” powstała, ale jednak… jest w słowach Osieckiej, w muzyce Gaertner coś dramatycznego, co aż się prosi gest czytelniczy. Dlatego właśnie zabrałam „Dzienniki” ze sobą w podróż. To JEST gest, bo tom nie jest „niewielkich rozmiarów” czy „kieszonkowy”.

Myślałam, że czytanie będzie mozolniejsze, że pobędę z zapiskami intymnymi poetki dłużej, ale ku mojemu zaskoczeniu lektura poszła mi błyskawicznie. Powiedziałabym nawet – za szybko!

Pociąg, autobus, pociąg, deszczowe i wietrzne dni i proszę. Już po. Już koniec, ostatnia strona. I obietnica, którą złożyłam samej sobie, że niebawem wrócę

Nie, nie dla samej Osieckiej

Choć oczywiście także dla niej. Wrócę, żeby uważnie przeczytac przypisy i obejrzeć zdjęcia i rysunki. Redaktorka tomu, Karolina Felberg, zrobiła niebywałą pracę. Po pierwsze – samo przygotowanie dzienników do wydania! Weźcie jakiekolwiek zapisy kogoś Wam bliskiego i spróbujcie je odczytać, przygotować dla innych, obcych osób. Katorżnicza praca, tym bardziej, że trzeba dołożyć mnóstwo przypisów, wyjaśniej, uzupełnień.
Ok, mam fioła na punkcie przypisów, to prawda, ale bez nich zrozumienie kontekstu jest niemożliwe. Owszem, „Dzienniki” czyta się dla spotkania z Osiecką, jej emocjami, rozważaniami, jej poczuciem ironii i goryczy, ale otoczka, obraz czasów, wszystkie te who is who – są niezbędne.
Szacunek zatem za ogrom wykonanej pracy. Przypomnę raz jeszcze – przypisy i indeks przygotowała Karolina Felberg, a materiały archiwalne opracowała Marta Dobromirska-Passent.

Czytałam ten, chyba szósty wydany przez Prószyński i Ska, tom dzienników poetki na emocjonalnym wysokim C. Taki miałam nastrój i to, co pisała Osiecka dziwnie we mnie rezonowało.

Te pierwsze dwa lata 1956-1958

To zapiski młodej, żeby nie rzec młodziutkiej, dziewczyny, która chyba w każdej sprawie ma własną opinię, na wszystko ma swoje zapatrywania, a jej emocje są równie ważne jak poszukiwania ideologiczne i zawodowe.

Zapiski z roku 1970 to Osiecka dojrzalsza, ale z tym samym głodem życia. To się nigdy nie zmienia: poetka biegnie z miejsca na miejsce, robi kilka rzeczy na raz, spotyka się z ludźmi, dyskutuje, polemizuje, nie zgadza się, przeżywa fascynacje i niechęci. Tyle się tego dzieje, że notuje i w dzienniku, i w tzw. agendach, które są nieco obszerniejszym zapisami w kalendarzu. Jeśli nie notuje na bieżąco – dokonuje autobiograficznych rozliczeń z sobą i swoim życiem. Jeśli nie pisze – rysuje, a nawet bazgrze. Nulla dies sine linea, a w jej przypadku – nie ma dnia, w którym by się coś nie działo.

A działo się w tym okresie tak wiele!

W polityce wre, w życiu kulturalnym rozwija się STS, w życiu osobistym równolegle rozgrywa się kilka emocjonalnych bitew. Jest wyjazd do Paryża, później do Londynu, jest Maisons-Laffitte i Giedroyć. Można by tak rzucać nazwiskami, ale co to da? Dreszczyk z kim Osiecka romansowała? Po co?

Ważniejsze jest to, co działo się w niej, niezwykle twórczej, młodej, zachłannej i otwartej na nowe. Ale dobrze, powiem tak – oczywiście, że Osiecka pisze o swoim życiu emocjonalnym! Oczywiście, że zapisuje, co czuła i wobec kogo. Pisze o swoim skonfliktowaniu, o kłopotach, które wynikały z komplikacji w życiu osobistym.

Agnieszka Osiecka nawet we własnych dziennikach nie poklepuje się po ramieniu, nie szuka dla siebie usprawiedliwień „na wszelki wypadek”. Przeżywa swoje emocje – i te związane z jej kłopotami z „nieprawomyślnością ideową” i jej przeżyciami natury prywatnej i stara się zrozumieć, analizować.

„Droga wszystkich moich szczenięcych flirtów wiodła od kokieterii i dużego zaangażowania z mojej strony (coś w rodzaju gry) do „sukcesu” i gwałtownej chęci wycofania się. Chęć ta była zawsze rozpaczliwa, tłamszona przez wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności wobec człowieka, którego sobie wzięłam w zasadzie nie wiadomo po co.
Wszystkie moje powodzenia były moimi klęskami”. [s. 200]

Co widać w „Dziennikach”? A raczej – co w nich zobaczyłam?

Osobę diabelsko inteligentną i anielsko wrażliwą. I nie jest to tylko ten rodzaj wrażliwości, który każe Osieckiej pisać o swoim ukochanym, Witoldzie Dąbrowskim, „Ten chłopiec ma twarz najpiękniejszą ze wszystkich twarzy i niełatwo przestać na nią patrzeć, kiedy się już zaczęło”.

Myślę także o poczuciu prawości, który widać u niej w ocenach politycznych i ocenach działań jej koleżanek i kolegów. Myślę także o tzw. Wrażliwości społecznej. Nie, Osiecka nie zapisuje tysiąca stron na ten temat. Relacjonuje, co widziała na Żuławach i czego nie mogła opisać w gazetach, z którymi współpracowała. Nie narzekała, nie robiła z siebie ofiary systemu. Żałowała, że nie może opisać rzeczywistości.
Albo opisuje – kilkoma zdaniami – niewielką, trwającą może minutę scenę:

„Jedliśmy lody. Weszła stara kobieta z laską. Zapytała dziewczynek [!], ile kosztują najtańsze.
– Złoty dwadzieścia.
Podreptała w kółko i wyszła. Było gorąco.
Uważam, że państwo nasze urządzone jest do dupy”. [s. 121]

Najciekawsze jest to, że największe emocje widać nie tylko w tym, co pisze, ale w „pustych miejscach”, w dniach, w których zapisów nie było. Są takie okresy w życiu Osieckiej, kiedy ten brak notatek aż pęcznieje od emocji, którymi naznaczone były dni wcześniejsze. Tak, u Osieckiej warto śledzić także ciszę.

Widać także szczerość – także wobec znanych i uznanych kolegów-artystów.

„Wieczorem – kabarecik w Piwnicy.
Za dużo się tam lekceważy, żeby to było artystyczne. Raczej dobrowolna świetlica zetempowska + nastrój. […] „Boski Piotruś” (Skrzynecki) wita nas patetycznie ze sceny. Miło”. [s. 430]

Rok 1970 to dojrzała i nieco zmęczona Agnieszka Osiecka

Zdania w jej dzienniku są dłuższe, mniej jest przekreśleń i podkreśleń, więcej zmagania się z historią i innymi ludźmi. Jest to nerwowy zapis niespokojnego czasu, bardzo erudycyjny, bardzo… hmmm powiem tak: sprawiający, że mózg pracuje na najwyższych obrotach. Nie, nie dlatego, że Osiecka za wysoko stawia poprzeczkę. Po prostu mój mózg tak reagował na zapiski poetki: przyspieszoną pracą, hektycznym myśleniem, pędzeniem nie wiadomo gdzie. Bo jest w tym okresie niebywały niepokój, który czuć praktycznie z każdego zdania zapisków Osieckiej.

Dobrze, tyle wystarczy.

Z dziennikami jest jak z poezją. Każdy odbiera je bardzo osobiście, filtrując je przez siebie samego. Czytanie intymnych zapisów innych ludzi często więcej nam mówi o nas samych niż psychoterapie.

„Dzienniki 1956-1958 i 1970” Agnieszki Osieckiej – to nie jest zapis dzień po dniu

To bardzo różne formy notowania i opisywania rzeczywistości. Historia i obraz Osieckiej budują się powoli i warstwami. Nie jest to zatem prosta, liniowa lektura. Ale jest to piękna książka.

Zostawiam Was z cytatem:

„Nie wolno grać w dwóch sztukach naraz. Wtedy nie gra się w żadnej.
Człowiek umie przeżyć tylko jedno życie”. [s. 151]

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *