Skip to content

„Droga Smoka: Morze krwi” – kolejny fragment rozdziału 1

„Droga Smoka: Morze krwi”, Moniki Lech. Fragment rozdziału 1

ALEX

Czy ja mam jeszcze nogi? O reszcie, tej poniżej pasa, nawet nie wspomnę… Dotkliwy ból informował, że mam ramiona i plecy. Brak czucia od pasa w dół przerażał mnie bardziej, niż ból prawie spalonego ciała.

– Ciesz się, Mnichu. Nic nie idzie do amputacji.

Sanitariusz wstał, poklepał mnie po ramieniu i prawie zawyłem, bo skórę tam miałem poparzoną do mięśni.

Niech mi ktoś powie, jakim cudem osoba – zajmująca się udzielaniem pomocy, może być tak bezmyślna? Moja Bestia popatrzyła na niego z gniewem oraz, ku mojemu zdziwieniu, z wyrzutem, a ja zacisnąłem zęby. Wysoki mężczyzna cofnął się o dwa kroki. Zbladł.

Good, kiedy Alfa jest chory i zły, lepiej nie wchodzić mu w drogę.

– No co? Noga odrasta pięć, siedem lat. To się zrośnie w pół roku – pocieszał mnie, odsuwając się o kolejne parę kroków, z opuszczonymi oczami i odsłoniętą szyją.

Gdzieś z boku płomienie huknęły jak stara armata. Mój przełożony, Yi Hyeon Ju, nie przekrzykując ich, mówił coś spokojnie do dwóch Inkwizytorówi, którzy z nim przyjechali. Odwróciłem głowę w ich stronę, chcąc zobaczyć, co się dzieje i miałem wrażenie, jakby moja poparzona skóra schodziła ze mnie, jak wylinka z grzechotnika, cal po calu. Dobrze, zrozumiałem, nie będę się ruszał. Do tej pory skóra „tylko” bolała i ciągnęła, wróćmy do tego stanu.

Oparzenia są gorsze niż złamania, niż rany po postrzałach, niż odłamki, niż rany cięte. Są najgorsze ze wszystkich rodzajów uszkodzeń ciała. Ja wam to mówię, Inkwizytor.

Mój szef stanął nade mną, opierając rękę na otwartych drzwiach samochodu, w którym siedziałem. Powiedział tylko jedno słowo:

– Śpij.

Jego magia przepłynęła przeze mnie, chłodna i nieuchwytna.

„Byle tylko tatuaże ocalały” – pomyślałem, nim straciłem przytomność.

Elokwentny sanitariusz z Preternatural Bureau of Investigationii, typowy przedstawiciel tej godnej szacunku profesji, powiedział, że moje kontuzje są mało zabawne. Tak, trzeba mi to było wyartykułować, ponieważ najwyraźniej mam również wstrząśnienie mózgu i tego nie wiem. Brawo.

Ale miał rację. Potrzaskane w kawałeczki kości obu nóg nie są, nawet dla mnie, łagodnym urazem. Takie złamania potrzebują długich tygodni, żeby się w pełni zaleczyć. Jeśli dołoży się do tego uszkodzenie kręgosłupa, dwa postrzały, z czego jeden srebrem oraz efekt niewielkiego wybuchu w postaci oparzeń drugiego i trzeciego stopnia, to okaże się, że jestem wyłączony z aktywnej służby na jakieś trzy, a nawet cztery miesiące.

Kolejny raz ktoś na mnie polował.

Najpierw w powietrze wyleciało mieszkanie , w którym szukałem śladów jednego z naszych, oskarżonego o pospolite oszustwo. Zostałem ranny i szef kazał mi zaleczyć rany w jednym z naszych bezpiecznych domów, a potem wrócić do PBI. Ten dom ostrzelano i napadnięto kolejnej nocy. Kilka kulek trafiło i mnie. Potem było tylko lepiej.

W ciągu ostatnich dni zaatakowano trzy – podobno bezpieczne – domy, w których usiłowałem się zadekować.

Byłem zirytowany, obolały i sfrustrowany.

Byłem podminowany, bo nie byłem w stanie sam zadbać o swoje bezpieczeństwo i ludzie dookoła, moi ludzie, pozostawali w permanentnym zagrożeniu. Przeze mnie.

Byłem wściekły, bo ataki były dobrze przeprowadzone. W czasie drugiego z nich byłem sam. Zaatakowało mnie pięciu naszych i dwóch Ludzi. Pięciu Zmiennychiii. Podobnie było i później. Atakowano bezpieczne domy, w których miałem się leczyć i wracać do sił. Ze względów bezpieczeństwa, po tym pierwszym ataku, byłem w nich ja i jedna osoba z ochrony, zawsze bardzo fachowa. Dwa razy napastników było więcej niż pięciu. Jeden z moich ochroniarzy zginął w wybuchu. Drugi został ranny. Udało mi się go wywlec, nim wszystko pochłonęły płomienie.

Byłem zły, bo potrzebowałem zwinąć się w kłębek w jednym, najlepiej spokojnym i nudnym miejscu. Potrzebowałem zmienić się i po prostu zdrowieć przy pomocy mojej Bestii. Dać mojemu ciału czas na regenerację. Tymczasem moje rany bardzo źle się goiły i każdej kolejnej nocy do starych dodawałem nowe.

Dlatego nie będę przepraszał, że jestem w tym momencie zgorzkniałym i sfrustrowanym Inkwizytorem.

Czy wiem, czemu ktoś chce mnie zabić?

Dokładnie? Nie.

Ogólnie? Tak.

Moja praca polega na zapewnieniu i Zmiennym, i Ludziom bezpieczeństwa, głównie poprzez pilnowanie, żeby Zmienni w sposób bezwzględny trzymali się zasad i naszego Prawa, nie wystawiali łbów ponad powierzchnię i żeby udawali, że są tak bardzo Ludźmi, jak to tylko możliwe.

Inkwizytorzy to rodzaj policji, FBI, MI6, NATO oraz niebiańskiego trybunału sprawiedliwości w jednym. Szukamy winnych, wydajemy wyroki i wykonujemy je. W świecie Zmiennych nie ma czasu na odwołania i na długie procesy. Zamykanie nas w więzieniu ma niewielki sens, dlatego nasza sprawiedliwość jest szybka i brutalna. Musi taka być.

Dlatego też Inkwizytorzy mają sporo wrogów. I czasem w pracy zdarzają im się kłopoty. Tak, jak mnie teraz. Cóż, bywa.

Bywa, ale jest w najwyższym stopniu irytujące.

Mój organizm potrzebował białka w dużej ilości, więc zostałem odpowiednio nakarmiony. Po tym, jak moja Bestia przestała już warczeć na świat, Hyeon Ju oznajmił mi ze spokojem, że PBI potrzebuje trochę luzu, aby znaleźć dziury w systemie bezpieczeństwa i żeby poradzić sobie z tymi atakami. Dodał także, iż w związku z tym owo PBI potrzebuje mnie usunąć z drogi na chwilę. Tym nie byłem zdziwiony, ani nawet bardziej zirytowany.

Permanentna irytacja, którą dawałem odczuć współpracownikom, brała się głównie z bólu, który odczuwałem w sposób ciągły. To taki rewers naszej długowieczności, wygodnie przeoczany przez młodszych Zmiennych, druga strona szybkiej regeneracji i szybszego zdrowienia.

Ból.

Ból jest moim najlepszym przyjacielem. Moim BFFiv. Nawet, jeśli się jakiś czas nie widzimy, to potem szybko nadrabiamy zaległości w kontaktach.

Dobiło mnie to, że mój przełożony – osoba, którą więcej niż szanuję, uznała, że naprawdę idealnym miejscem na zdrowienie będzie Kraków.

Te słowa podcięły mi nogi.

Kraków? Gdzie jest Kraków? Co się dzieje w Krakowie? Nic. I właśnie to, zdaniem mojego szefa, predestynowało to senne miasto do bycia najlepszym miejscem dla mnie. Bezpieczeństwo plus specjalna ochrona, która ma pilnować, żebym nie wystawiał nosa z nory i trzymał pysk przy ziemi. Easy peasyv.

Dla mnie, starego i bardzo dominującego osobnika, konieczność oddania się pod opiekę kogoś innego jest nie do zniesienia. Alfavi bronią, nie są chronieni, for Pete’s sakevii!

Zatem byłem nie do zniesienia. Nie byłem zadowolony w samolocie. Nie byłem zadowolony na żadnym z trzech lotnisk, na których się zatrzymywaliśmy i przesiadaliśmy się, bo lecieliśmy unikając lotów bezpośrednich i porządnych linii lotniczych. Nie byłem zadowolony w taksówce. Nie byłem zadowolony, kiedy wchodziliśmy do małej knajpki w pobliżu rzeki.

W kawiarni muzyka była nastawiona tak, że nawet stojąc na zewnątrz czułem, jak szyby wibrują w rytm basów. Czułem drgania na skórze. Basy bywają bolesne. Wewnątrz było jeszcze gorzej. Jestem pewien, że muzyka i jej głośność były powodami, dla których nikt tu nie siedział. Owszem, w jasnym i przestronnym pomieszczeniu czuć było bardzo dobrą kawę i maślany zapach croissantów, ale nie mogłem tego doceniać, bo przeraźliwie głośny beat zatkał mi nawet nos. Nawet pory w skórze. Moje uszy, wrażliwsze niż Ludzi, były przytkane i bolesne już po pierwszych trzech sekundach.

Humoru nie poprawiało mi także to, że poruszanie się o dwóch kulach jest niewygodne i robiłem to pierwszy raz w życiu. Usiadłem przy owalnym stoliku, na miejscu, które wskazał mi Hyeon Ju. Mój przełożony podszedł do baru, za którym stała młoda, może dwudziestoletnia dziewczyna ze słuchawkami na uszach. Coś do niej powiedział i gestem dodatkowo poprosił o ściszenie muzyki. Dziewczyna bezradnie rozłożyła ręce i wskazała na postać, która zamaszystymi ruchami myła ogromną szybę, oddzielającą kawiarnię od ulicy. Za oknem widać było metalowy szkielet mostu, kładki w zasadzie i grupy pieszych, którzy niespiesznie przechadzali się po niej tam i z powrotem. Postać, kobieta, jak się domyślałem po sylwetce i zapachu, była ubrana w paskudne szare spodnie z krokiem w okolicy kolan, z paskiem zwiniętym w okolicy talii w taki sposób, że wyglądała, jakby miała oponę od 18–kołowej ciężarówki owiniętą w pasie. Popielata bluza zakrywała ją od szyi po pas, kaptur zasłaniał głowę. Rytmicznie kiwała głową w rytm muzyki i sprawnie kończyła robotę.

Muzyka waliła sekcją rytmiczną, jakby od wybijania rytmu zależała przyszłość reszty wolnego świata, a wokalista wrzucał w przestrzeń: I’m only joking, and I don’t believe a thing I’ve said, what are you smoking, I’m just to fuck with your head…viii

Hyeon Ju kiwnął głową, dał mi znak, żebym został na swoim miejscu.

Jakbym miał ochotę wstawać i tłuc się z tymi kulami gdziekolwiek, zwłaszcza po tych chodnikach, które jakiś sadysta wyłożył nierówną, granitową kostką. Wyszedł, przystanął i patrzył wzrokiem wytrawnego łowcy na myjącą szybę kobietę. Cierpliwie, spokojnie, bez przerwy – wiedząc, że wcześniej czy później ofiara się spostrzeże i rzuci na niego okiem.

Faktycznie, po kilku sekundach, co było bardzo dobrym jak na Człowieka rezultatem, kobieta uniosła głowę, popatrzyła, znieruchomiała i po kilku sekundach skinęła głową, zapraszając go z powrotem do środka. Potem z kubełkiem, prawie pustą rolką papierowych ręczników i windexemix w ręku, potruchtała w kierunku baru i, wchodząc na zaplecze, znacząco ściszyła muzykę. Wokalista dalej wyśpiewywał refren: What are you smoking, I’m just to fuck with your head…

Błogość osiadła w kawiarni razem ze względną ciszą. Młodziutka barmanka zdjęła słuchawki i westchnęła, opierając się o ścianę. Hyeon Ju usiadł obok mnie i nie odpowiedział nic, kiedy patrzyłem na niego pytająco. Diabelskie Koty. Ale ja też potrafię być cierpliwy. Barmanka podeszła do nas z menu, ale Hyeon Ju rzucił od razu:

– Cappuccino i croissant. Migdałowy.

Powtórzyłem jego zamówienie. To, co prawda, nie jest posiłek, ale umiem się dostosować. Starałem się usiąść wygodniej, ale niewiele da się zrobić, kiedy obie nogi są na sztywno wyprostowane. Więc powierciłem się tylko i wykorzystałem czas, żeby się rozejrzeć. Kawiarnia nie była duża. Miała wszystkiego dziesięć stolików, z czego trzy, przy niskich i dość wygodnych, wściekle różowych kanapach. Duży włoski ekspres stał za barem. Ściany miały rozbielony turkusowawy odcień, jednocześnie jaskrawy i nie męczący. Miejsce było czyste, spokojne i puste.

Trudno się dziwić. Jeśli wchodzących już na wejściu chce się zabić muzyką, to kto tu będzie siedział? No, może dla barmanki da się tu przychodzić. Była młoda i przyjemna, w ten kojący słowiański sposób, z szeroką twarzą o idealnej cerze, jasnych oczach, włosach zafarbowanych na różowo i już lekko wyblakłych. Miała może ze 155 cm wzrostu i krągłą, kobiecą figurę z niezłym biustem. Tak, dla niej zdecydowanie da się tu przychodzić.

Naszą kawę i croissanty przyniosła jednak nie ona, tylko ta druga. Nie przebrała się. Pachniała windexem, mydłem z delikatną nutą róży, lekko świeżym potem, ziemią, jaśminem, goryczą zielonej herbaty i ostrożnością, która promieniowała od niej na odległość. Postawiła przed nami naszą kawę i słodkości, postawiła na stole duży kubek z earl greyem i sięgnęła po krzesło. Nim usiadła, skłoniła się głęboko w kierunku Hyeon Ju, który zrewanżował się jej minimalnie płytszym ukłonem. Mnie zignorowała zupełnie. Potem usadowiła się naprzeciw nas, ale tak, żeby siedzieć twarzą do drzwi i widzieć okno, które przed chwilą skończyła myć.

– Hyeon Ju – podniosła głowę i uśmiechnęła się lekko do mojego szefa – wizyty twoje i twoich przyjaciół są dla mnie przyjemnością. Kiedyś powiesz mi w końcu, czym na ten zaszczyt zasłużyłam, bo z całą pewnością nie przyjeżdżacie dla czystej radości, jaką dają konwersacje ze mną – powiedziała płynnym angielskim, ze śladem akcentu, którego nie umiałem jeszcze umiejscowić.

Nie był to jednak polski akcent.

Uśmiechnęła się jakby połową twarzy, łobuzerskim uśmiechem, który od razu przywołał wyraz radości na twarz mojego szefa, który nie jest znany z nazbyt swobodnego używania mięśni twarzy.

Inni przyjaciele? Hyeon Ju przyprowadzał tu innych? Czemu on się tak uśmiecha?

Zmarszczyłem brwi i przyjrzałem się kobiecie. Była młodsza, niż mi się wydawało. Druga połowa dwudziestki, jeśli mam zgadywać. Wysokie czoło, bardzo duże szare oczy z ciemnymi brwiami i nieumalowanymi rzęsami. Dość pełne usta. Krótkie włosy w kolorze ołowiu, z widocznymi nitkami siwizny, spięte w kucyk na czubku głowy. Włosy na karku krótko zgolone, mniej więcej od wysokości uszu w dół. Nie była piękna, nawet wahałbym się ją nazwać „ładną”. Zwłaszcza, że miała na twarzy bliznę. Długa i cienka, zaczynała się pod prawym uchem, prowadząc wzdłuż kości szczęki, do samej brody. Po prawej stronie, tuż pod uchem, była inna blizna, o dziwacznym kształcie – jakby wypalona rozgrzanym kapslem od butelki…

Hyeon Ju napił się kawy i popatrzył na dziewczynę.

– Właśnie po to przyjechałem, żeby wyjaśnić kilka rzeczy – powiedział po polsku, z okropnym akcentem, ale płynnie.

Dziewczyna uniosła lekko brwi i nic nie powiedziała.

W tle ten sam głos, który śpiewał poprzednio, równie rytmicznie i niestety nie lepiej, wyśpiewywał teraz: Woah, come with me now, I’m gonna take you down, woah, come with me nowx.

Odpłynąłem na chwilę na fali ostrego bólu. Ból czasem tak działa, odrywa od ciała. Dlatego w rytuałach inicjacyjnych tak często jest używany jako triggerxi. Bo potrafi przenieść na inny, wyższy poziom świadomości lub do innej części mózgu.

Atak na mój dom. Siedmiu napastników. Pięciu z nich to Zmienni, dwaj to Ludzie, poruszający się i zachowujący jak żołnierze. Zapach jednego ze Zmiennych był mi znajomy. To David Willets, Kot, poszukiwany przez PBI, który zniknął był z radarów grubo ponad trzydzieści lat temu. Wcześniej szukaliśmy go za ataki na Ludzi w niewielkiej wiosce w Walii. Pewnego dnia skończyły się ataki na dorosłych, a z wioski zaczęły znikać dzieci. Lokalsi obwinili o powodowanie zniknięć rodzinę Pakistańczyków, która świeżo osiedliła się w tych okolicach. Dom tej rodziny spłonął, kilku jej członków zostało rannych, wszyscy szybko przenieśli się do Liverpoolu. Zmienny wyprowadził się z wioski dopiero po całej tej sytuacji. Dzieci przestały ginąć, a Davida nikt już nie widział.

Co robił w moim domu? Dlaczego byli z nim Ludzie? Dlaczego podążają moim śladem? Ja jestem celem, któraś z moich spraw, czy Inkwizytorzy ogólnie? Zawiesiłem się na sekundę jak stary model komputera, patrząc gdzieś w przestrzeń. I myśląc.

Dziewczyna tymczasem podeszła do konsoli, stuknęła w kilka klawiszy i z głośników rozległy się klasyczne rytmy Stinga. Englishman in New York. Bliss. Utter blissxii.

– Andreo Niwiński, chciałbym ci przedstawić mojego przyjaciela i współpracownika, Alexander Dougal Fitzwilliam. Alex, moja dobra znajoma, Andrea Niwiński.

Hyeon Ju swoją arystokratyczną dłonią wskazał na mnie. Uśmiechnąłem się krzywo i ścisnąłem jej rękę. Miała suchą, lekko szorstką skórę i mocny uścisk. I bardzo dużo odcisków, plus kilka wyczuwalnych zgrubień. Stare blizny? Widać było, że na życie zarabia własnymi rękami. Sprząta? Gotuje? Pracuje jako ogrodnik? Magazynier?

– Tylko nie Alexander. I na pewno nie Dougal. Alex jest bardzo ok. I proszę wybaczyć, że nie wstaję – głową wskazałem na kule.

– Hyeon Ju, to pierwszy z twoich przyjaciół, który potrafi mówić – dziewczyna odwróciła się w kierunku mojego szefa, wyłączając mnie po raz kolejny z rozmowy – Jestem pod wrażeniem.

Patrzyła na niego z półuśmiechem, czekając na to, co będzie powiedziane i zrobione, jakby miała do swojej dyspozycji cały czas świata. Wyczułem nutkę zaciekawienia w jej zapachu. Nachyliłem się nieco w jej kierunku, Hyeon Ju wyłapał ten ledwie zauważalny ruch i czułem, że coś go zafrapowało. Wyprostowałem się, jak uczeń przyłapany na ściąganiu i zrobiłem się bardziej zniecierpliwiony niż zaciekawiony.

Chciałem iść do hotelu i położyć się na godzinę. Zmienić się. Mniej bolało, gdy byłem Wilkiem. Ból towarzyszył mi od czterech dni w każdej minucie. Teraz do bólu kości dołączyły jeszcze dotkliwe skurcze mięśni. Wiedziałem, że się regeneruję, ale wiedza nie łagodziła bólu. Ani o jeden stopień.

Hyeon Ju obrócił w rękach filiżankę i oznajmił:

– Potrzebuję profesjonalnej pomocy. Twojej.

Zaciekawiło mnie to. Potrzebował posprzątać mieszkanie? Przesadzić kwiaty w ogrodzie? Wydać przyjęcie? Dziewczyna wydawała się równie zaskoczona. Odchyliła się do tyłu, założyła ręce na piersi i nawet nie musiałem czuć narastającego w niej dyskomfortu, widziałem go.

– Mam akurat teraz kilka rzeczy na głowie – powiedziała ostrożnie.

Hyeon Ju przerwał jej delikatnie, nim zdążyła wypowiedzieć kłamstwo. Czujemy, kiedy ktoś mija się z prawdą, wiemy, kiedy Ludzie i Zmienni kłamią. Czasem lepiej jest przerwać, nim ktoś zdąży skłamać naprawdę poważnie.

– To nie zajmie dużo czasu, powiedziałbym raczej… przestrzeni – dodał, jakby chciał wynająć powierzchnię magazynową.

Wyczuł moją irytację i popatrzył na mnie rozbawiony.

– Potrzebuję bezpiecznego i cichego miejsca dla mojego przyjaciela – głową wskazał w moją stronę – żeby dać mu szansę powrotu do pełnej formy.

Popatrzyła na mnie ze sceptycyzmem, któremu jakoś nie byłem się w stanie przeciwstawić. Sam patrzyłem na nią i na wszystko od początku tej podróży, sceptycznie.

– Do pełnej formy? Z takim uszkodzeniem obu nóg? Ma też kłopot z lewym ramieniem i usztywnioną prawą połowę ciała, prawda? Postrzał? Kilka postrzałów? Jeden dość poważny, mam rację? I problem z kręgosłupem. Widzę też zaczerwienioną skórę na karku i widocznym kawałku dłoni. Więc albo wkładał różne części ciała po kolei do wrzątku, albo się opalał, albo był w pobliżu jakiegoś wybuchu. To są spore uszkodzenia, Hyeon Ju. Rekonwalescencja zajmie… rok?? No, pół roku od biedy – rozłożyła ręce, jakby udowodniła hipotezę Goldbachaxiii.

Czułem wyraźnie jej dyskomfort i niechęć. Nie musiała mówić nic więcej. Akurat tu się z nią zgadzałem. Też nie chciałem tu zostawać.

Trzeba jednak przyznać uczciwie, że – jak na Człowieka nie dysponującego naszym zmysłem węchu, moje urazy skatalogowała z imponującą precyzją. Nie zauważyłem nawet, że poddała mnie tak uważnej ocenie. Nie zlekceważę jej więcej.

Drażniło mnie, że mówi o mnie, ale patrzy i dyskutuje z Hyeon Ju. Jakbym był jednym z foteli w kawiarni. Pomijalny. Jakby nie chciała mnie zauważyć i przyznać, że istnieję. Po pierwsze – kto tak robi? Po drugie… po drugie nie pamiętałem, kiedy ostatnio ktoś tak się względem mnie zachowywał. Czasem ludzie mnie lubią. Czasem nienawidzą. Czasem pożądają. Często się mnie boją. Nigdy jednak nie wyrzucają mnie poza nawias percepcji. Takie wyrzucanie drapieżnika poza pole postrzegania jest niebezpieczne. Złe rzeczy czają się w miejscach, których nie możemy zobaczyć i do których nie chcemy zaglądać. Ludzie powinni o tym pamiętać.

– Hmmm. Nie do końca. Kwartał, może cztery miesiące – powiedział Hyeon Ju kontynuując rozmowę i nie zważając na jej sceptyczne spojrzenie – Andrea, obiecałem ci informacje. Dostaniesz je, ale obiecaj, że rozważysz moją prośbę.

Kiwnęła głową, jeszcze nie do końca przekonana.

– Jest tutaj bezpieczne miejsce do rozmowy? Naprawdę bezpieczne?

Dziewczyna podniosła głowę znad swojego kubka i spojrzała Hyeon Ju prosto w oczy. Wstrzymałem oddech i zesztywniałem, odruchowo, szykując się do wejścia pomiędzy nią, a mojego przełożonego. Nie miałem na to ani siły, ani możliwości, ale w sumie to przecież chodzi tylko o to, żeby – kiedy już Hyeon Ju ją zaatakuje, dać mu sekundę, dwie na opanowanie się. Na powrót do chłodnej fasady. Nie muszę przecież z nim walczyć. Nie muszę wygrać.

Hyeon Ju nie ruszył jednak nawet mięśniem, kiedy przez długie, długie sekundy patrzyli sobie w oczy, a potem, jakby się umówili, oboje wrócili do kontemplacji swoich filiżanek. Co to, do jasnej cholery, było? Jakim cudem oczy jej nie krwawiły i z uszu nie lała się jucha? Przecież pojedynek na spojrzenia z Hyeon Ju powinien usmażyć jej mózg. Patrząc na fusy w swoim kubku, kiwnęła w końcu głową, napisała adres na kartce i podała go Hyeon Ju.

– Będę tam za… – zastanowiła się – pół godziny. Niechętnie, ale zapraszam.

Odwróciła się w kierunku baru i rzuciła do stojącej za nim dziewczyny, która, od kiedy weszliśmy, nie wypuściła z rąk komórki.

– Martyna! Joł! Martyna! – dziewczyna w końcu podniosła spojrzenie znad ekranu – Idę. Będę jutro. Jutro, inszallahxiv.

Barmanka pokazała jej środkowy palec i wróciła do swojego telefonu.

iInkwizytor – nazwa stanowiska osoby odpowiadającej w strukturach Zmiennego Preternatural Bureau of Investigation za prowadzenie śledztw oraz innych czynności związanych z utrzymywaniem porządku i przestrzegania prawa.

iiPreternatural Bureau of Investigation – organ zarządczy w każdej z ras Nadnaturalnych. Nazwa może wprowadzać w błąd, ponieważ PBI zajmuje się całością administracji, w tym kwestiami polityki wewnętrznej i międzyrasowej, nie tylko śledztwami. PBI powstało jednak bardzo dawno i nazwa jest pozostałością historyczną, której nikt nie chce zmienić.

iiiZmienni – jedna z pięciu inteligentnych ras zamieszkująca Ziemię. Jej charakterystykę poznają Czytelniczki i Czytelnicy w kolejnych rozdziałach książki.

ivBFF – akronim pochodzący od angielskiego „Best Friends Forever”, czyli „najlepsi przyjaciele na wieczność”.

vEasy peasy – angielski, slangowe i nieco ironiczne lub lekceważące określenie czegoś bardzo łatwego w wykonaniu bądź realizacji.

viAlfa – w hierarchicznej społeczności Zmiennych osobnik stojący na szczycie „piramidy władzy”

viiFor Pete’s sake – angielski odpowiednik polskich wyrażeń frazeologicznych typu: na rany koguta, rany julek, rany boskie!

viiiI’m only joking, and I don’t believe a thing I’ve said, what are you smoking, I’m just to fuck with your head… – fragment piosenki „I’m only joking” zespołu Kongos. Piosenkę nagrano w 2012 i można ją znaleźć w sieci.

ixWindex – amerykańska marka płynów do mycia szyb

xWoah, come with me now, I’m gonna take you down, woah, come with me now – fragment innej piosenki zespołu Kongos, „Come with me”, wyszła na singlu w 2011 i zapowiadała ich album „Lunatics”.

xiTrigger – ang. Zapalnik lub włącznik, tu także: mechanizm uruchamiający reakcję psychologiczną.

xiiBliss. Utter bliss – ang. Błogość, absolutna i całkowita błogość.

xiiiHipoteza Goldbacha – pojęcie z teorii liczb, jeszcze nie udowodnione dla wszystkich liczb. Mówi ono, że każda nieparzysta, większa od siedmiu liczba naturalna jest sumą trzech nieparzystych liczb pierwszych. Fascynująca jest prostota hipotezy i trudność udowodnienia jej dla wszystkich liczb.

xivInszallah – także inshallah, z arabskiego, oznaczające „jeśli Bóg pozwoli”.

Published in"MORZE KRWI", część 1

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *