Skip to content

„Dreamwalker i Wilk” – fragment

Last updated on 20 grudnia 2019

Nina

Szpital w Bochni był jednym z tych, których nikt nie remontował od dobrych dwudziestu lat. Odrapane łóżka wyglądały, jakby ich celem było pożarcie pacjentów. Kolory były równie podnoszące na duchu jak wyposażenie. Podłoga była szara i mimo uporczywego mycia, którego byłam świadkiem, ciągle lepiła się do moich tenisówek i mlaskała, odklejając się od podeszew butów śpieszących korytarzem pielęgniarek i salowych. Ściany kiedyś miały kolor kawy z mlekiem, a teraz to był odcień wymiocin. Jadowita zieleń fartuchów personelu medycznego powodowała, że pacjenci zamykali oczy. Zimne światło jarzeniówek niektóre z tych kolorów podkreślało, inne tłumiło prawie do zaniku.

Nad wszystkim unosił się odór lizolu, który ostatnio czułam w Port Moresby. Myślałam, że lizol używany jest tyko w trzecim świecie. I was proved wrong.
W moim pokoju stały cztery łóżka. Wszystkie były zajęte. Łóżko przy oknie, oddzielone parawanem od reszty nas, zajmowała starsza pani, która była nieprzytomna całe dwa dni, kiedy tu leżę. Przez te dni nie zajrzał do niej żaden z lekarzy, kręciły się tylko pielęgniarki, zmieniając cewniki, kroplówki i zabierając worki z moczem. Pozostałe dwie panie, krępe i zaaferowane życiem pięćdziesięciolatki, mówiły bez przerwy. Na szczęście rozmawiały ze sobą, nie ze mną.
Przez cały dzień, a w zasadzie przez oba dni, milczałam i udawałam, że śpię. Tyle że nie spałam. Myślałam, a kiedy już zasnęłam, budziły mnie koszmary.

~~**~~

Jak się tu znalazłam? W tej Bochni, trzydzieści kilka kilometrów od domu? Nie wiem, czy chcecie wiedzieć, a raczej – czy powinnam o tym mówić. To zbyt żenujące, żeby się tym chwalić na prawo i lewo, ale co mi tam. Przecież to ja zaczęłam opowiadać, prawda?
Miałam wypadek. Dachowałam. Przekoziołkowałam kilka razy, nim mój samochód uderzył w podporę wiaduktu na autostradzie i na niej się zatrzymał. Potłukłam się mocno. Coś musiało mi się przy tej okazji w głowie przestawić, bo wypełzłam z dymiącego samochodu i nie miałam ochoty się do siebie odzywać.

~~**~~

Chociaż nie, ta rewolucja w mojej głowie zaczęła się w Krakowie, jeszcze na Dąbiu, kiedy odrzuciłam połączenie od mojej mamy. Mogłam z nią porozmawiać. Przecież nawet nie wsiadłam jeszcze do samochodu, zresztą mam głośniki i rozmowa nie byłaby żadnym kłopotem od strony organizacyjnej. Byłaby jedynie kłopotem psychologicznym.
Moi rodzice mieszkają i pracują za granicą, w miejscu, z którego nie mogą zadzwonić ot tak, kiedy chcą. Zwykle odzywali się do mnie raz w miesiącu, kiedy schodzili do miasta po zapasy i żeby zaszaleć w ich unikalnym stylu.
Już piąty raz odrzuciłam połączenie od nich. Nie byłam w stanie zajmować się nieuniknionymi kłopotami, które na nich spadły tym razem. Tak, jestem marnym dzieckiem i jeszcze gorszym człowiekiem.
Po nieodbytej rozmowie z mamą przypomniała mi się sytuacja w pracy; ta, której byłam bohaterką. No, i w konsekwencji sama praca, której nie lubię.

~~**~~

A na samym końcu uświadomiłam sobie, że nie jestem szczęśliwa. Dawno się nie uśmiechałam, o śmiechu to nawet nie wspomnę. Są dni, kiedy nie mówię nic do nikogo, unikając nawet banalnej wymiany zdań w firmie.
Nie narzekam, nie jestem z natury rozmowna, ale to coś mówi, right? Mieszkam przecież w milionowym mieście, w którym nie jesteś w stanie być sam, bo zawsze ktoś na ciebie patrzy i czyjeś oczy cię obserwują, nawet jeśli to tylko oczy strażnika miejskiego, który ma pechową zmianę przy monitorach nadzoru.
Gdybym jednak zrobiła wykres własnego samopoczucia, stanu psychiki, to wyszedłby zbiór idealnie zamknięty pomiędzy dwiema liniami. Dolna na poziomie: „jest źle, ale da się znieść i w sumie nie ma o czym mówić”. Górna na poziomie: „jest fajnie, ale nie zmieniłabym planów, żeby poczuć tego więcej”.

~~**~~

Na Stoczniowców dotarło do mnie, że nie jestem nieszczęśliwa, not exactly. Bywam nawet umiarkowanie zadowolona, ale dawno, bardzo dawno nie czułam szczęścia. Innych rzeczy też: zadowolenia z siebie, przynależności, dumy z tego, kim jestem, dumy z dokonań bliskich mi ludzi, przyjaźni, koleżeństwa. Radości. Relaksu. Tego nawet gry mi nie dawały od jakiegoś czasu. A powinny. Powinnam grać, bo mam mistrzostwa za miesiąc i chciałabym dobrze w nich wypaść.
To wszystko uświadomiłam sobie przebijając się przez Nowohucką.
Myśl o mistrzostwach i o tym, że jestem w końcu wicemistrzem Polski, też nie sprawiła, że się uśmiechnęłam i poczułam dumę. Nie. Ja, stupid girl, uświadomiłam sobie, że od dawna nie śmiałam się na głos.
To objawienie przyszło na autostradzie na wysokości Podłęża. Kraków był zakorkowany, miałam czas myśleć i analizować.
W Szarowie zrozumiałam, że sama sobie jestem winna.
Potem zadzwonił telefon i przegapiłam swój zjazd, ale nie przejęłam się tym zbytnio, bo rozmowa poprawiła mi trochę nastrój.
Później, przed kolejnym zjazdem, tym na Bochnię, miałam wypadek.
Taką miałam geografię emocji.
Objawienia w mojej głowie miały miejsce w czułych objęciach ekranów zagłuszających ryk autostrady.
How romantic.
Nie, o życiu uczuciowym nawet nie chce mi się myśleć.

~~**~~

Trochę ponad tydzień temu komenda zrobiła nieoficjalną, ale w zasadzie to obowiązkową dla wszystkich imprezę z okazji Sobótki. Taki żarcik, bo komendant wojewódzki ma na imię Rajmund, a szef komendy miejskiej, Rudolf. Obaj obchodzą imieniny 21 czerwca i obaj bardzo wierzą w zasadę „ręka rękę myje”. Od kiedy jeden jest na Mogilskiej i drugi na Lubiczu, „imieninki” robią wspólne. Cost effective, you know.
W tym roku mieli szczęście, bo ich święto wypadało w sobotę i mogli zaszaleć. Zorganizowano zatem uczciwą popijawę w policyjnym stylu. Po dwóch godzinach od zakończenia oficjalnych przemówień wszyscy byli naprani jak działa, upaleni, czym się dało i szczęśliwi jak norki. Biegali po całym kompleksie Fortu Kleparz wrzeszcząc, wyjąc i śpiewając.

Nie jestem policjantką. Pracuję na komendzie, w administracji. Ogarniam, księguję, dostarczam. Jestem złotą rączką w zdezorganizowanym, budżetowym piekle. Załatwiałam na tę imprezę wszystko, co jest legalne i mieści się w budżecie. Na nielegalne i pozabudżetowe nawet nie patrzyłam. Nie jestem odważną osobą, nie jestem funkcjonariuszem. Bardzo łatwo można by się było mnie pozbyć, a praca jest mi potrzebna, thank you very much. Jak chcą mieć więcej wódy, niż jest pieniędzy w budżecie na reprezentację, to muszą sami kombinować. Nie chcę o tym nawet wiedzieć. No, no, no!
Na imprezie byłam tak padnięta, że chciałam jak najszybciej iść spać, ale przyplątał się policjant, który łaził za mną od kilku miesięcy, robiąc słodkie oczy, pusząc się, uwodząc w bardzo śmieszny i w sumie niesłychanie prymitywny sposób. Chciałam go kolejny raz odesłać do diabła, ale pomyślałam, ja, kompletna idiotka, do usług, że w sumie, co mi szkodzi? Czy ręka pod kocykiem, czy pan aspirant, jakie to ma znaczenie?

No tak, no. Kiedy jestem zmęczona i strasznie spięta, robię się nakręcona. Raz miałam orgazm w czasie egzaminu, serio! To było, kiedy profesor powiedział, że zostały nam trzy minuty, a ja miałam jeszcze mnóstwo rzeczy do napisania. Wiem, nie powinnam takich rzeczy mówić, bo zachowuję się jak moja mama, ale jak full disclosure, to full disclosure. Czułam napięcie, którego chciałam się pozbyć.
Zamiast więc szukać po domu mojego wibratora, to pomyślałam, że zastosuję sobie pana policjanta. Swoją drogą, jaki jest sens ukrywania wibratora w mieszkaniu, w którym się mieszka samemu, to jest pytanie za 100 euro.

Ta odkrywcza myśl przyszła mi do głowy na wjeździe na węzeł Wielicka. Rybitwy były rozkopane, tylko idioci jadą tamtędy.
Jak się okazuje, lepiej bym wyszła, znajdując ten wibrator. Pan aspirant, aczkolwiek w pewnym sensie stanął na wysokości zadania, to jednak był jednym z moich gorszych wspomnień i ma poczesne miejsce w katalogu z innymi, złymi wspomnieniami. Girls would know what I mean.
Tak się skończyła moja próba bycia „młodą i beztroską”, czyli wdrożenie w życie nauk, które od lat wkładali mi w głowę rodzice oraz usiłowanie wypełnienia ich gorącej prośby: „zacznij żyć dziecko, zacznij wreszcie żyć! Tyle tracisz!”

W zasadzie na tym powinna się ta niefortunna przygoda skończyć: na moim zniesmaczeniu sobą, nim i sytuacją. Ale w życiu działa prawo Murphy’ego i jeśli coś może się pogmatwać, to pogmatwa się na pewno. Pan oficer ubrdał sobie, że jesteśmy parą. Gorzej, uważał, że jestem jego narzeczoną. A my nie jesteśmy parą! Nie byliśmy nawet na żadnej randce, for goodness’ sake! Z całą pewnością nie jesteśmy także zaręczeni. Bzyknięcie kogoś w samochodzie to nie zaręczyny. Nie jestem Jezebel, ale nie jestem także pruderyjna i nigdy nie przyszło mi do głowy czekać na tego jednego, jedynego, żeby mu ofiarować siebie na łożu obsypanym płatkami róż. Seks jest fajny, z odpowiednią osobą jest nawet bardzo fajny, ale seks nie daje nikomu prawa do mnie.

Pan aspirant o tym nie wiedział. Nie dopuszczał tego do świadomości. Czaił się na mnie na korytarzach Mogilskiej. Zostawiał kwiaty przy komputerze. Czekał przed wejściem, żeby mnie odprowadzić. Za każdym razem przy świadkach mówiłam, że nie życzę sobie, że dziękuję, że nie. Nie jesteśmy parą, nie jesteśmy narzeczonymi. Nie rozumiał, moje ponawiane odmowy zdawały się do niego nie docierać. Zaczepiał mnie na stołówce. Był wszędzie!

Dzwonił. Nie odbierałam.
Dzwonił dalej. Wyciszyłam telefon, wyłączyłam wibracje.
Zasypywał mnie wiadomościami. Jednego dnia potrafił ich wysłać 300.
Jego kolesie rzucali w moją stronę niewybredne dowcipy.
Trochę to znosiłam, później poszłam do mojego dyrektora. Mamy w policji procedury, które powinny mnie chronić przed takimi zachowaniami. Mój dyrektor pokiwał głową, zobaczył ilość wiadomości i połączeń, i powiedział, że w zasadzie sama sobie jestem winna, bo nie powinnam była z nim khm khm się fraternizować.
Oczywiście, że nie powinnam, for the love of God! To był prawdziwy clusterfuck, nie…
No właśnie.

Nie, no skąd, tego ostatniego nie powiedziałam! Gen samobójstwa społecznego w mojej rodzinie skończył się mniej więcej na pokoleniu moich rodziców. Słucham przełożonych, nie spieram się z nimi. Nie ma we mnie nic z rewolucjonisty. Zbyt potrzebuję pracy i pieniędzy, żeby się unosić godnością.
Przełożony powiedział mi, że nie powinnam robić ani policji, ani w policji kłopotów, zwłaszcza nie komuś, kto ma taką karierę przed sobą, jak rzeczony pan oficer. Dodał, trochę nieśmiało, że może powinnam się z aspirantem umówić? Zapytałam, w ostatniej próbie dania mu szansy jako człowiekowi, nie jako szefowi, czy może mi jakoś pomóc?
Nic nie odpowiedział. Ani nie naciskałam, ani nie wysłałam mu podsumowania tego spotkania w mailu.

~~**~~

A pan aspirant zaczął za mną jeździć do domu. Siedział w samochodzie pod moim blokiem, a kiedy odjeżdżał, na zwolnionym przez niego miejscu stawał radiowóz. I tak przez kilka dni. Do wczoraj. Plus zaczepki, łażenie za mną po korytarzu, czajenie się pod drzwiami toalety. I zaczął być coraz… gwałtowniejszy. Obrażony, zły. Kwiaty się skończyły. Były wyszeptywane: „kto teraz?”, „nie uciekniesz”, „w końcu dotrze do ciebie, że jesteś moja”. I inne słowa. Nie mam ich w swoim słowniku.

Nie mogłam uwierzyć, że w ciągu pięciu dni moje nudne życie mogło zmienić się w piekło.
Wszyscy widzieli działania pana aspiranta. Niektórzy się krzywili, inni poklepywali mnie pocieszająco po plecach, mówiąc, że mu przejdzie, że faceci tak mają. Jeszcze inni się ze mnie nabijali. Jeszcze inni robili mi propozycje, bo czemu nie, right? Przespałam się z jednym, prześpię się z innymi. Z nimi.

Czułam się strasznie. Nie chciałam pamiętać, że poniżej pasa jeszcze istnieję.
Jedna z koleżanek z pracy powiedziała, że może trzeba by mu zasugerować, że mam kogoś, chłopaka czy coś…, żeby się odczepił. Nie byłam przekonana, że to dobre rozwiązanie. Nie jestem feministką, ale nie lubię się chować za plecami mężczyzn, szczególnie tych nieistniejących.
Nie zgodziłam się.

Musiała jednak puścić jakąś dezinformację w obieg, a panu oficerowi musiało się to nie spodobać, bo kiedy w czwartek wzięłam wolne i pojechałam zobaczyć miejsce, które śniło mi się over and over, miałam wrażenie, że cały czas mam we wstecznym lusterku ten sam radiowóz. Później moja paranoja kazała mi zauważyć jeszcze jeden samochód.
Kiedy w samochodzie odebrałam telefon od Laury, mojej koleżanki ze szkolnych czasów w Anglii, straciłam z oczu radiowóz, ale ten drugi samochód nie zniknął. Wydawało mi się nawet, że jest bliżej mnie. Ale nie byłam w zbyt dobrym nastroju i prawdopodobnie sobie go wymyśliłam. Duże samochody to symbol statusu. Na płatnej autostradzie jest ich statystycznie więcej niż na drodze gminnej.

A telefon nie był od Laury, tylko Edwarda… OK, po kolei. Laura urodziła się i przez osiemnaście lat była dziewczynką, ale wszyscy wiedzieli, że wszystko poza gonadami i ciałem miała męskie. Wielka Brytania jest otwarta na takie kłopoty, z jakimi mierzyła się Laura, więc zaraz po osiemnastce moja przyjaciółka poszła do sądu, dostała wszystkie zgody, przeszła przez wszystkie operacje, przez długie leczenie i już od trzech lat jest Edwardem.
Była cudownie beztroską dziewczyną z dobrej rodziny, stała się uroczym flirciarzem z dobrej rodziny. Zmiana płci nie miała wpływu na dar opowiadania.
Dlatego jadąc na miejsce, które przemierzałam we śnie od kilku dni, słuchałam, jak jej starszy brat, William, dowodzący statkiem szkoleniowym Marynarki Wojennej Jego Królewskiej Mości, miał na pokładzie tak zwane nastolatki, czyli „dzieci” w wieku 12-15 lat. Edward opowiadał, co grupa młodzieży potrafi zrobić z poukładanym statkiem i jego równie poukładanym dowódcą, a ja uporczywie przypominałam mu nasze wyczyny w internacie, z analogicznego okresu rozwoju. Współczułam Williamowi szczerze.

Edward, kończąc rozmowę, po raz kolejny wystosował zaproszenie do Edynburga. Rozłączyłam się może sekundę wcześniej, nim silnik mojego samochodu zaczął się palić i nim uciekłam z drogi w bok, przebijając barierkę. Nie chciałam, żeby samochód zrobił „bum” na zatłoczonym zjeździe na Bochnię. Potem było to, o czym już mówiłam.

Koziołkowanie, dachowanie, szpital.

Głupi seks z kolegą z pracy nie jest powodem mojej niechęci do samej siebie.
Nie jestem idiotką. Nie jestem ani hipisem i swingersem jak moi rodzice, ani pruderyjną cnotką, choć nawet nie pamiętałam, kiedy ostatnio się z kimś przespałam? To dlatego właśnie byłam taka zła na siebie: bo źle wybrałam. Bo wszystko się tak pokomplikowało. Posunęłam się nawet do tego, że w okolicach Rybitw wyrzuciłam wibrator. Do kosza, nie do rowu. Jestem ekologiczna. Nie chciałam mieć nigdy do czynienia z seksem. Miałam mdłości na samą myśl o tym, co stało się „po”. Chciałam, żeby „to wszystko” się skończyło i nigdy więcej się nie powtórzyło.
Czy jestem złym człowiekiem?
Nie.
Nie jestem złym człowiekiem.

Jestem zwykłą, trochę bezmyślną, trochę egoistyczną dwudziestoparolatką. Niewiele wystaję ponad przeciętność na plus i chyba niewiele na minus.
Jestem uporządkowana, więc zrobiłam sobie katalog wad. Okresowa bezmyślność, upór, łatwość w ocenianiu innych, tchórzostwo, uciekanie od znaczących wyborów. Pływanie po powierzchni rzeczy. Oportunizm i konformizm. Mistrzostwo, a właściwie to wicemistrzostwo Polski, w eskapizmie.

A, i nie zapomnijmy o pierwszych oznakach szaleństwa. Niestety tak, to prawda. Miewam dziwne sny. Jestem wariatką in making.
Nie „dziwne” w sensie, że śnią mi się niezwykłe rzeczy, jak gigantyczne karaluchy rozprawiające o polityce Borisa Johnsona. Nie. To przecież śni się każdemu, so it’s not so strange.

Moje są dziwaczne, bo czasem śni mi się coś, co wygląda jak cudza rzeczywistość, jak cudzy sen. Z niektórych wychodzę z jakimś fantomowymi siniakami, z zadrapaniami i bólem. Wszystko przechodzi, ale jest w miarę rzeczywiste.
W niektórych z moich snów jestem nawet odważna.

Ostatnio śnię w kółko, again and again, o prostej, prawie nieoświetlonej drodze, zsuwającej się łagodnie z podwójnej górki; o skrzyżowaniu, o drogowskazie z napisem „Stradomka 3”, o samochodzie, który taranuje inny samochód. Jakby mój. Widzę siebie z szerokootwartymi, martwymi oczyma. I szerokie, błyszczące liście, które lecą na karoserię. I płonienie pożerające niewielką, metalową puszkę, w której jest moje ciało.
Kolejny mój sen o płonącym samochodzie.

Kiedy napięcie w pracy było zbyt duże do zniesienia, postanowiłam na sekundę oderwać się od rzeczywistego koszmaru i skupić na mniej rzeczywistym. Znalazłam na mapie miejsce, o którym śnię. Wzięłam wolne i właśnie jechałam obejrzeć „the point”, kiedy miałam wewnętrzne objawienia natury emocjonalnej i kiedy rozmawiałam z Edwardem.
W całym zamieszaniu i w stresie związanym z moją nieudaną próbą posiadania życia intymnego, postanowiłam znaleźć miejsce mojej domniemanej śmierci. Nie wiem, czemu myślałam, że to coś poprawi. Call me stupid.
Moja urocza kupa złomu zapaliła się na autostradzie. W innym miejscu niż to, o którym śniłam.

~~**~~

Leżałam więc z zamkniętymi oczami na szpitalnym łóżku i dalej mieszkałam we własnej głowie. Aż przestały działać środki przeciwbólowe i przyszła rzeczywistość.
Czułam się jak jabłko noszone dwa dni w damskiej torebce. Wyciąga się je stamtąd poobijanie, z miękkim, pachnącym i zbrązowiałym miąższem. Miałam wrażenie, że to byłam ja, to jabłko. Czułam każdy mięsień z osobna. Ale jak powtarzał dość miły lekarz: niczego sobie nie złamałam, nawet nie podrapałam się specjalnie. Siniaki będą, ale trudno się obyć bez nich, skoro wyszło się cało z dachującego samochodu, prawda, droga pani?
Zresztą na mojej skórze widać każdy mocniejszy dotyk i siniaki nie są niczym dziwnym. Nawet ze snów wychodzę czasem posiniaczona, so…

~~**~~

Mój samochód wypadku nie przeżył. Był już stary, ponad dziesięcioletni, i według informacji od miejscowego policjanta znalazł się na złomowisku. Podobno coś w nim nie wytrzymało i coś puściło, jakieś hamulce, sprzęgło, koło, nie mam pojęcia co, a potem silnik zaczął się palić i straciłam kontrolę.
Nie tak to pamiętam. Pamiętam, że zjechałam z autostrady, bo nie wiedziałam, czy silnik nie wybuchnie. Nie miałam kłopotu z hamulcami ani ze sprzęgłem. Moje auto po prostu zaczęło się palić.
Słuchałam jednak przesłuchującego mnie policjanta, nic nie mówiąc, nie dokładając swoich opinii, kiwając tylko głową i myśląc. Konformizm i szacunek dla „pana władzy” to ja, remember?
Trochę to było jednak zaskakujące, ponieważ mój staruszek przechodził wszystkie remonty i kontrole w policyjnym warsztacie. Nasi mechanicy potrafią trzymać okazy muzealne na chodzie. No, ale cudów widocznie tam też robić nie potrafią.
Zamajaczył na horyzoncie moment, na który tak długo czekałam. Decyzja przez duże „D”: kupić samochód? Jest sens? Za co? Z mojej policyjnej pensji?
Ha ha ha.
A co, jeśli odejdę z policji?
Nie mieć samochodu i jeść. Mieć samochód i jeść trawę.

~~**~~

– Pani Łącz? Pani Łącz!
Zniecierpliwiony głos wrzasnął mi nad uchem i z bólem przetoczyłam się na prawy bok. Przy łóżku stała wąsata pielęgniarka, patrząc na mnie spod krzaczastych brwi. Niewiarygodnie owłosiona kobieta. Niewiarygodnie.
– Pani ma do wypisu iść. Doktor czeka. Pani myśli, że doktor nie ma nic lepszego do roboty, niż na panią czekać?
Zawstydziłam się trochę, bo faktycznie pewnie ma. Popatrzyłam na wąsatą pielęgniarkę pytająco. Wzruszyła ramionami. Była szczupła i niestara. Te wąsy do niej nie pasowały.
– Tu chorzy ludzie miejsc potrzebują. Co pani myśli, że to hotel jest czy coś? Nic nie jest złamane, ani jednego szwu nie ma, wstrząśnienia nie ma. Po co tu pani ma tak zalegać i łóżko nam zajmować?
Dwie panie przestały rozmawiać i patrzyły na mnie, jakby ktoś rzeczywiście przeze mnie leżał na noszach na podwórku, oh please… Ale i tak poczułam się głupio.
Faktycznie, mogłam się ruszać. Bolało, ale zwykle przecież boli, kiedy się człowiek poobija, right?

Jestem takim mięczakiem.
Podniosłam się, poprawiłam podkoszulek i usiadłam.
My goodness, jak ja bym chciała mieć biustonosz! W szpitalnym sklepiku były legginsy i cienkie podkoszulki, nie było żadnej bielizny. Brak majtek mi nie przeszkadzał, ale brak stanika był dla mnie kłopotem. Mam spory biust, miseczkę C idącą w D. Moje piersi, kiedy są nieujarzmione bielizną, robią się niezdyscyplinowane, kiwają się i przyciągają niepotrzebną uwagę.

Nie lubiłam tego.
Nie lubiłam przyciągać uwagi i spojrzeń ludzi, niezależnie od ich płci. Zwłaszcza po tym ostatnim.
Skuliłam plecy.
To zawsze działa.
Wsunęłam stopy w tenisówki i wyprostowałam się na łóżku. Ból mnie ściął z nóg. I’m such a pussy, jasny gwint! Jakoś inni ludzie potrafią sobie radzić lepiej z takimi rzeczami jak ból.
Zacisnęłam zęby i wstałam. Wsunęłam rękę pod poduszkę, włożyłam porfel za pasek legginsów i poszłam za pielęgniarką, starając się nie powłóczyć nogami. Nie mogłam się wyprostować, ale do Krakowa dojadę. W samochodzie będę się mogła oprzeć. Autobusów już nie będzie o tej porze, ale na dole jest wypożyczalnia samochodów. Mała, bo Bochnia to nie Kraków, ale czynna 24/24, co jest dobrą rzeczą. Mam jeszcze na koncie jakieś pieniądze, na mały samochód powinno mi wystarczyć.

Dojadę do Krakowa, do domu, i położę się spać. W poniedziałek zdecyduję, czy w przychodni wojskowej poproszę o dalsze zwolnienie, czy wrócę do pracy. Zdecyduję też, czy chcę złożyć wypowiedzenie i umrzeć z głodu szukając roboty w supermarkecie, czy będę preferować rozsądne zachowanie: zaciśnięcie zębów i pozostanie na Mogilskiej.
Są przecież na świecie gorsze rzeczy niż praca dla policji. Na przykład prostytucja. W opinii wielu moich koleżanek i kolegów niewiele zresztą jest różnic między mną a paniami z Kurników i okolic Dworca.
Mamy 2059 rok, a ja mam wrażenie, że to jakiś 1919.

Published in"DREAMWALKER I WILK", część 6Droga Smoka

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *