Dlaczego urban fantasy? 

Czy fantastyka to literatura?

Ze studenckich czasów pamiętam kilka rzeczy, w tym, dwie dyskusje. Pierwsza z nich, to teoretycznoliterackie never ending story. Powtarzała się często i dotyczyła granicy gatunków literackich. W literaturze, inaczej niż w przyrodzie, gdzie granicę gatunku wyznacza, za przeproszeniem, zdolność do wyprodukowania płodnego potomstwa, gatunki się krzyżują, spółkują, mieszają się i, ogólnie, często zachowują się jak studenci w czasie Juwenaliów.
Nieodpowiedzialnie.
Dodając tym pracy adiunktom, redaktorom czasopism naukowych oraz studentom, którzy muszą na egzaminach uzasadniać dlaczego „X” jest…. (tu wpisz dowolny gatunek literacki, byle nie haiku i sonet)

Druga dyskusja odbyła się tylko raz, ale wylała się z sali ćwiczeń do rzeczywistego życia i trwała bodaj rok, z mniejszymi lub większymi przystankami. To była dyskusja o tym, czy fantastyka, a w szczególności fantasy, to jest literatura. 

Od razu powiem, werdykt był na „nie”.

„Wstydliwe” gatunki literackie

Dla młodych adeptów literatury polskiej, kierunku nauczycielskiego, nic nie było tak poniżające, jak przyznanie się, że czytują fantastykę i fantasy. Na Polibudzie czy AGH, to jeszcze można „to” czytać. Ale tutaj?
Apage satanas! Już mi marsz, „Siódmą pieczęć” oglądać!

Równie żenujące było tylko powiedzenie „przeczytałem trzy Harlekiny w weekend”. 

Wszystko na „F”, oprócz czynności definiowanej przez angielski czasownik „to fuck”, było uznawane, za nieprzyzwoite. Nikt, kto się znał na literaturze, lub chciał uchodzić za konesera,  nie czytał „tego”.

Pamiętam, jak na teorii literatury robiłam jakiś referat o postmodernizmie i przywołałam Sapkowskiego, który jakoś w tym czasie pierwszy raz wychodził w formie książkowej. Szybko zostałam sprowadzona na ziemie. Postmodernizmem może być literatura, ale to literaturą nie jest.

Podobno teraz się zmieniło i nasze uczelnie przestały udawać, że nie ma takiego gatunku, jak fantastyka i fantasy.

Fantastykę czytałam zawsze i zawsze ją chciałam pisać.

Najpierw marzyły mi się space opery. Kto nie oglądał „Kosmos 1999” i „Star Treka” i nie kochał się w ich bohaterach, niech rzuci kamień.
Przeszło mi jednak, bo, jako człowiek, który miał przejściowe problemy z obliczeniem energii, jaką zużywa tona miedzi z przejścia ze stanu stałego do gazowego, uświadomiłam sobie, że  pisanie o podróżach międzygwiezdnych byłoby poważnym nadużyciem. Nie będę się wygłupiać i pisać o podboju Wszechświata, skoro Feymanna nie przeczytałam, a „Fizykę podróży międzygwiezdnych” Kraussa miałam usianą notatkami. Te notatki, to były zalecenia dla mnie i wskazówki, czego mam się nauczyć. Było ich więcej niż tekstu. Przesadzam, ale nie chodzi o dokładność, tylko o wrażenie.
Robienie z siebie idiotki nie było wtedy częścią mojego planu, więc przerzuciłam się na coś innego. 

Na czytanie. 

Po przeczytaniu pierwszego „Wiedźmina”, jeszcze w Fantastyce, gdzie Sapkowski wygrał konkurs literacki, pomyślałam, że jest nie dobrze, bo oto jakiś człowiek pisze tak, jak chciałabym pisać ja. Potem było jeszcze gorzej i po przeczytaniu całej sagi spaliłam, autentycznie spaliłam wszystkie zeszyty ze swoimi szkicami i notatkami, i nie pisałam nic, oprócz artykułów, prezentacji, ocen, maili i notek, przez następne kilkadziesiąt lat. Po co mam pisać, skoro ktoś, to zrobił za mnie?
Później napisałam jakąś bzdurkę dla mojej chrześnicy, ale nawet jej tego nie pokazałam. Dlaczego wysłałam do Esensji, nie potrafię wyjaśnić. Moją nieudaną, ale uroczą i naiwną próbę literacką, można znaleźć tutaj” „Wkręć żarówkę, proszę”

Później dalej nie pisałam, ale czytałam tony książek. Z pojawieniem się czytników, czytanie przestało być hobby, a stało się obsesją. 

Nie czytam dużo polskiej fantastyki. Cztery nazwiska: Dukaj, Piekara, Grzędowicz, Jadowska określają granicę mojej zdolności do tolerowania polskiej fantastyki. Wszystkich ich polecam.
Dlaczego?
Zachęcam do przeczytania „Siedmiu grzechów głównych polskiej fantastyki” genialnie opisanych przez Marka Oramusa. Jakby ktoś nie miał pod ręką Fantastyki z 1985 roku, to tekst jest pod linkiem. Oramus się nie starzeje. 

„Morze krwi” na Google Play

Czwórka autorów, których nazwiska podałam powyżej, jaśnieją na tle innych. Zwłaszcza Dukaj, który jest geniuszem, i którego „Inne pieśni” są oprócz „Diuny” Franca Herberta, moją ulubioną książką. 

Nie pisałam kilkadziesiąt lat, ale w głowie zawsze miałam historie. Po prostu.

W pewnym momencie zastanowiłam się, dlaczego nie piszę?

Odpowiedziałam sobie na to pytanie szczerze.
Dlatego, że chciałabym napisać takie książki, które sama mam ochotę czytać. W czym problem? Pisz, niewiasto! 

Problem w tym, że wreszcie miałam odwagę przyznać się do tego, że nie mam ochoty czytać książek, które dostały Bookera (chociaż cenię sobie Zadie Smith, szczególnie jej „Białe zęby”), Nike, Nebula, Hugo, czy inne cenne wyróżnienia. Nie podobają mi się książki z list polecanych przez kwartalniki, czy dodatki. Nie potrafię odpoczywać przy książkach, które „kulturalny człowiek musi znać”.
Nie lubię duszoszczypatielnych tematów. Nie lubię splatter punka. Jestem zaangażowana” większość swojego czasu. I jestem tym zmęczona.

Jeśli potrzebuję się dobić czy uwznioślić sięgam po literaturę faktu, którą czytuję namiętnie, czy po Biblię. 

Dla własnej przyjemności to ja chcę czuć się dobrze. Podniesiona na duchu. Chcę wierzyć, że się da, że można. Że zło zwycięża dobro, a dobrzy bohaterowie są nagradzani przez los.
Lubię eskapizm. Pracuję ciężko, kilkanaście godzin dziennie, moja głowa z pracy nie wychodzi, zasługuję na trochę eskapizmu! 

Ups, ja się usprawiedliwiam!
Zupełnie niepotrzebnie. 

Odkryłam też swój eskapizm: urban fantasy.

Ten gatunek, którego najważniejszym wyróżnikiem jest to, że napakowana magią akcja dzieje się w zurbanizowanym środowisku, spodobał mi się od razu. Ile w nim jest powietrza! Ile możliwości! Ile magicznych stworzeń może dzielić z nami przestrzeń!  Na tej samej klatce, może mieszkać strzyga, albo inkub. Open space może z nami dzielić płanetnik, który jest najbardziej efektywny w deszczowe dni. Przystojniak, którego często widzimy na siłce może być wilkołakiem, nasz szef, demonem, a kosmetyczka, wiedźmą.

Na styku światów, realnego i nadnaturalnego zawsze coś się może wydarzyć, nawet zgubiona lista z zakupami może być punktem, od którego zaczyna się tajemnica, którą trzeba rozwikłać.

No i miłość! Czy jest coś bardziej dramatycznego, niż miłość ognistego Ifrita i Wodnika, który poza swoim akwenem ginie i umiera? Lub uczucie, które łączy piękną wampirzycę i stolarza? 

Uwielbiam miasta. Kocham ich anonimowość, ich rozległość. Zakamarki, ludzi, których można podglądać, bo i tak wszystko mówią głośniej, niż powinni i w miejscach, w których nie powinni wszystkiego mówić. Lubię tramwaje i metro. Ścieżki biegowe. Nierówne chodniki. Po prostu to lubię. 

Znalazłam swój eskapizm w urban fantasy. W ekstremalnie subiektywnym gatunku, z narracją, w większości wypadków prowadzoną w pierwszej osobie, z tymi wszystkimi „głupotami”, w które wierzą dzieci, a nam już nie wypada. 

Następny razem opowiem o moich ulubionych Autorach 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *