Skip to content

Dlaczego kocham e-booki?

Jak to u mnie – odpowiedź na pytanie zadane w tytule pojawi się od razu, na początku wpisu: kocham e-booki, bo jestem leniem i nie lubię się męczyć noszeniem grubych (ani cienkich) tomów.

Skonstatowałam niedawno, że „zwykłe” książki (czyli te, które z powodu pewnych kłopotów z przestrzenią wylegują się na parapecie okna oraz w głębinach mojej szafy) to przede wszystkim książki, które dostałam do recenzji lub w prezencie. Nie wszystkie, ale większość z nich to właśnie takie pozycje.

Natomiast książki, które kupuję, gromadzę i które potrzebuję mieć z sobą, mam na czytniku, w tablecie lub w telefonie, w formie audio.

Uwierzcie mi, jestem dzieckiem Gutenberga!

Owszem, jak wielu z Was, kocham szelest papieru i uwielbiam zapach nowej książki. Jednak ja i papierowe książki jakoś coraz bardziej się od siebie oddalamy.

Zaczęło się dawno i od prostej kwestii: lubię czytać po ciemku. Cenię sobie to, że mogę nie wyrywać ze snu Bogu ducha winnych ludzi, kiedy o 4 rano zachce mi się obudzić i poczytać. (Nie, nie oferuję usługi „budzenie na życzenie” 🤭).

Ponadto mam wzrok daleki od doskonałości i łatwiej mi czytać na ekranie, niż zakładać okulary i szeleścić papierem, a potem nad szlachetną celulozą zasypiać. Nie wiem, ile razy usnęliście w okularach, ale powiem Wam dwie rzeczy: nie jest to wygodne, to raz. Dwa: w pewnym wieku produkcja kolagenu spowalnia i w związku z tym odcisk okulara nosi się na policzku tak mniej więcej do południa.

Not funny at all! Tak, jestem próżna. Kto nie jest, niech rzuci kamieniem w… inną stronę.

Kiedy więc przy okazji kolejnej przeprowadzki stanęliśmy z drugą połową nad stertą książek, które powinniśmy byli spakować, pomyślałam, że nie, nie dam rady ich zabrać. Na pewno nie tyle, ile leży na tej kupie. Nie miałam siły tachać wszystkich ważnych, lubianych, kochanych i potrzebnych książek z sobą.

Mam sporą bibliotekę

gromadzoną osobno i wspólnie z drugą połową przez lata całe. Tyle że… nie jestem osobą sentymentalną. Nie mam kłopotów z wyrzucaniem i oddawaniem rzeczy. Nie mam wielu durnostrojek, nie suszę kwiatów między stronicami, rzeczy nie przywołują moich wspomnień. Mam jedną z tych szczęśliwych psychik, które umożliwiają spakowanie się i wyjście, przeprowadzkę bez oglądania się za siebie i rozdarcia, bez nie martwienia się o korzenie, o przynależność i pamiątki rodowe. Dlatego to zawsze ja mówię: zostawmy to. Pozbądźmy się tego. Zastanówmy się, czy trzymanie tego ma jeszcze sens.

Rozmowa o książkach i ich przeprowadzce prosta nie była, ponieważ moje i drugiej połowy wartości czasem są odległe od siebie o lata świetlne. Ale osiągnęliśmy kompromis i bagaż nie ważył pięciu ton.

W Warszawie mamy prawie wyłącznie książki, bez których nie wyobrażamy sobie życia ( moja „Diuna” duuuh), plus nowe nabytki i książki, które wypożyczamy z biblioteki. W Krakowie zostały dublety ważnych rzeczy, stare książki i te pozycje, z którymi z różnych względów nie chcemy się rozstać.

Muszę przyznać, że przeprowadzka była przełomem i ostatecznym rozwodem z książkami w papierze.

Jestem pragmatycznym, ruchliwym leniem

Zobaczcie, tak wygląda zawartość mojego plecaka, z którym przemieszczam/przemieszczałam się po mieście. Nie pracuję w jednym miejscu i przed lockdownem często pisałam „na mieście”. Wywaliłam wszystko na stół, łącznie ze śmieciami.

Jak tak się temu przyglądam, to myślę, że w zasadzie mogliby mnie porwać kosmici, a przeżyłabym. Być może byłabym nawet w stanie zepsuć ich statek.🙄

Jak widzicie w moim plecaku jest i komputer, i kable, i słuchawki (3 pary… bo przecież wszystkie mogą się wyczerpać), i powerbank, i latarka, i kosmetyki, okulary i soczewki. Jest jedzenie, artykuły higieniczne (nie usuwałam ich, bo to prawda ekranu), zestaw kluczy do roweru. Jest tablet i czytnik. I hoho i jeszcze więcej, zobaczmy: notes (dwa, ponieważ logika tu mi się zagubiła), chusteczki i żołądź, ogonek od gruszki, 50 jenów i łyżeczka, luźne notatki (okazały się ważne i dobrze, że je znalazłam), stare papiery.

Jak widzicie – same potrzebne rzeczy.

To wszystko waży tyle, ile plecak dziecka zadylającego do szkoły.

Gdzie tu miejsce na papierowe książki?

Ćwiczenie z wyobraźni

Wyobraźmy sobie, że chcę – pod wpływem czytelniczego impulsu – sięgnąć do Biblii Ekumenicznej, „Braci Karamazow”, „Małego życia” i „7 nawyków skutecznego działania” lub do całości „Wiedźmina”. Jeszcze lepiej: że potrzebuję wykonać między-książkowy crosscheck i żeby to zrobić, muszę mieć wszystkie te tytuły pod ręką.

I co w takim przypadku? Odpowiedź najprostsza brzmi następująco: i nic.

Gdybym chciała mieć przy sobie wspomniane książki, musiałabym przemieszczać się z taczkami lub z silnorękimi tragarzami… (side note: wrócić później do tej myśli, nie jest taka głupia, jak to się wydaje. Sprecyzować warunki fizyczne, jakie mieliby  spełniać tragarze książek 😋)

Przecież jasne jest, że nie dźwigam tak „lekkiej” lektury w torebce! Genialna myśl, która przyszła mi do głowy lub impuls czytelniczy muszą zatem poczekać, aż znajdę się w domu.

Zdradziłam „team papier” na rzecz „teamu e-papier” i jestem zadowolona

Czytam o wiele więcej książek, wydaję na książki także o wiele więcej, czyli i wspieram pisarzy, i krzewię kulturę. I jestem z siebie dumna. O!

Książki w papierze czytam i posiadam, ale – jak mówiłam – są one zwykle prezentami lub egzemplarzami recenzenckimi. Te ostatnie, jak i inne, z którymi nie mam mocnych związków emocjonalnych, oddaję po przeczytaniu do mojej biblioteki. Nawet w Warszawie biblioteki nie cierpią na nadmiar środków z budżetu.

Książkami, jak radością, powinno się dzielić, więc robię to z uśmiechem.

Tak, wiem, czytnik to „ryzyko”, bo ktoś może mi odciąć dostęp do „moich” książek, które nie są tak naprawdę moje, tylko leżą na jakiejś, cudzej chmurze. Wiem, że można zmieniać ich zawartość i w ogóle.

Tak.

Wiem.

Tak działa współczesność, akceptuję to.

Zresztą książki wydane w papierze może zalać sąsiad z góry, albo może je chcieć spalić nadgorliwy cenzor mojego sumienia.

Książka jest kruchym i jednocześnie potężnym bytem i jest nim w jakiejkolwiek by formie nie była wydana.

Mimo wszystko – zdecydowanie wolę książki w wersji cyfrowej.

A Wy?

Aaa, zapomniałabym:  moja książka, „Morze krwi”, wyjdzie nakładem wydawnictwa 4Generations jako e-book oraz jako „normalna książka”, czyli w papierze.

Nieważne jaką wersję książek preferujecie, zachęcam Was do zaprzyjaźnienia się z moimi bohaterami. Warto, fajni są. 😉

Published inWydawanie książek i inne przygody

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *