Skip to content

„Diuna – Kapitularz” Franka Herberta, czyli godne zakończenie serii-legendy

Last updated on 17 kwietnia 2020

„Niektórzy nigdy nie są uczestnikami. Życie toczy się obok nich. Nie stać ich na nic więcej niż niemy opór, przeciwstawiają się wszystkiemu, co mogłoby odebrać im złudzenia bezpieczeństwa”. [s. 169]

Moja miłość do Franka Herberta zaczęła się dawno temu, w innej galaktyce

W jednym z pierwszych wpisów w tym blogu pisałam, jak to w zamierzchłej przeszłości, w czasach, które teraz są na nowo przywoływane dzięki działaniom pogrobowców i naśladowców zamordyzmów XX wieku, pani bibliotekarka zrugała mnie, że śmiem nie pamiętać, że Herbert miał na imię Zbigniew, nie jakiś Frank. Good times, good times.

„Jeśli przekonasz samą siebie, możesz mówić zupełne banialuki […], w każdym wypowiedzianym słowie zawierać kompletne bzdury, a i tak będą ci wierzyć. Wszyscy, poza naszymi Prawdomówczyniami”. [s.123]

Pamiętam, że z przyjaciółmi z dzieciństwa

równie nerdowatymi jak ja wtedy (nie ma obawy, przeszłam już na słuszną stronę rozbabranego humanizmu) prawie zaczytaliśmy na śmierć pierwsze wydanie „Diuny”, które kupiłam za kasę, za którą miałam opłacić jakieś składki w szkole (nie skończyło się to super dla mnie, ale warto było). Marne było, na fatalnym papierze, i nim „Diunę” przeczytaliśmy wszyscy, kartki w niej fruwały, a okładka była wytarta.

Kilka lat temu kupiłam sobie „Diunę” w tym samym wydaniu. Miałam inne, oczywiście, ale tamto było ważniejsze.

Było pierwsze, było moją inicjacją w Diunę. Pewnych pierwszych rzeczy się po prostu nie zapomina i chce się je mieć zawsze przy sobie.

„Ludzie rodzą się podatni na tę najtrwalszą najbardziej osłabiającą chorobę intelektu: okłamywanie samego siebie. Najlepszy z możliwych światów, tak jak i najgorszy, z niej właśnie czerpią koloryt. O ile jesteśmy w stanie ustalić, nie istnieje naturalna odporność na tę chorobę. Wymagana jest ciągła czujność” [ s.238]

Później przyszły lata 90

Zaczęły wychodzić dobre książki – ni tylko prawilne – a wydawnictwa wreszcie wydawały światową SF. W Bochni była mała księgarenka, której właściciel był tak zakręcony jak ja. Miał każdy kolejny tom serii Franka Herberta. Każdy. W wydaniu Phantom Press, które dziś sprawia, że trochę bolą mnie zęby. Złocone litery tytułu, wysoki połysk okładki i czerwie z otwartymi paszczami. Były to czasy… specyficznej estetyki, tak to sobie powiedzmy otwarcie.

Przychodziłam co dwa tygodnie, pytając o nowy tom. Pracowałam, żeby mieć kasę na te książki. Przynosiłam je do domu i zaczynałam czytać. Były powodem wielu epickich kłótni, ponieważ drogie niewiasty w moim ówczesnym życiu: mam i babcia, za Chiny nie rozumiały, że to, co dzieje się w Imperium Atrydów, jest ważniejsze niż jakieś plany, które wobec mnie miały.

„Religię uznać trzeba za źródło energii. Może być wykorzystana do naszych celów, ale tylko w granicach, które ustala doświadczenie. Na tym polega znaczenie wolnej woli” [s. 337]

Diuna zwyciężała zawsze. Za każdym razem spory i kłótnie kończyły się tak samo – czytałam na strychu. Wyjście tam było dość niebezpieczne, mama się bała wysokości, babcia była zbyt wiekowa. Mogłam być sama.

Jak widać, byłam okrutną nastolatką. Niewiele się zmieniło.

Kiedy kupiłam ostatnią książkę z cyklu, „Diuna – Kapitularz”, odłożyłam ją na półkę. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że to koniec, więc z dojrzałością, która już wtedy mnie charakteryzowała, po prostu ignorowałam ten ostatni tom. W końcu był już mój, prawda? Kto mógłby mi go zabrać?

Pamiętam nawet, co czytałam „w międzyczasie”, nim dojrzałam do zakończenia cyklu. „Trudno być bogiem” Strugackich, „Dziewięciu książąt Amberu” Zelaznego i „Fundację” Asimova. Tyle wytrzymałam, nim po raz ostatni weszłam w świat Diuny.

„W chwili, w której zamierzasz wziąć los w swoje ręce, możesz zostać zdruzgotany. Bądź ostrożny. Uwzględnij niespodzianki. Zawsze, kiedy tworzymy, działają również inne siły”. [s. 448]

Revenons à nos moutons, czyli do „Kapitularza”

Jesteśmy na najważniejszej dla Bene Gesserit planecie, na Kapitularzu, na ich planecie matce, planecie-klasztorze. Bene Gesserit z właściwa im konsekwencją i efektywnością zamieniają Kapitularz w drugą Diunę, próbując odbudować środowisko naturalne, w którym mogą żyć czerwie. Nie robią tego z miłości do tradycji czy przeszłości. Chcą mieć środowisko, w którym znowu pojawi się Przyprawa. Bez niej nie ma Matek Wielebnych, nie ma podróży międzygwiezdnych, nie ma świata, jaki Zakon pomagał kształtować.

A Przyprawa jest potrzebna. Czcigodne Macierze podbijają bowiem posterunek za posterunkiem Bene Gesserit i świat Zakonu Żeńskiego robi się coraz bardziej klaustrofobiczny.

Zakon nie myśli jednak latami, tylko setkami lat; pokoleniami, nie jednostkami. Bene Gesserit mają plan. Jego częścią jest Duncan Idaho, a raczej jego kolejny klon, jest Murbella, Czcigodna Macierz szkolona na Bene Gesserit i stary-młody baszar Miles Tag.

Wiedźmy planują uderzyć w serce imperium Czcigodnych Macierzy, w ich centralna planetę – Węzeł. Dochodzi do ataku, Bene Gesserit przegrywają, Matka Wielebna Darwi Odrade dostaje się do niewoli i ginie. Murbella przejmuje władzę nad Czcigodnymi Macierzami. Dwie potężne kobiece siły mają teraz jedną przywódczynię. Czy żelazna dłoń w jedwabnej rękawiczce nie zaciśnie się zbyt mocno na gardle wszechświata?

„Przyczyną największej słabości rządu jest strach przed wprowadzeniem radykalnych zmian, pomimo że ich potrzeba jest jawnie widoczna.” [s. 193]

Jak zwykle u Herberta – polityka jest najważniejsza. Przetrwanie i rozwój są wszystkim dla Bene Gesserit. I jak zwykle u niego nic nie jest tak proste, jakby się mogło wydawać. Czcigodne Macierze nie dokonują konsekwentnego podboju, tylko szukają dla siebie miejsca, bo uciekają przed niebezpieczeństwem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Dlatego atakują Bene Gesserit i wypierają je z kolejnych planet.

Co więcej?

Przeczytajcie:)

„Diuna – Kapitularz” to w cyklu Diuny mój numer dwa

Muszę przyznać, że po kilkukrotnej lekturze nie znosiłam „Dzieci Diuny”, „Bóg Imperator” zapierał dech, ale jednocześnie wkurzał mnie do bólu, a „Mesjasz”, czytany po „Diunie”, też nie gasił pragnienia, jak powinien był.

„Kapitularz” za to jest dla mnie wagą ciężką. To dobra powieść, niezależnie od tłumaczenia, w jakim wyszła. Postaci da się lubić, są ludzkie, bez koturnowości i zadęcia. Mistycym pojawia się znowu, w pięknej dawce. Czerwie, które wydawały się przeszłością po zniszczeniu Diuny – znowu przecinają piaski pustynnej planety. Innej, ale jakże podobnej.

„Najlepsza sztuka nieodparcie naśladuje życie. Jeśli naśladuje marzenie, musi to być marzenie o życiu. W przeciwnym razie nie istnieje miejsce, w którym możemy się spotkać. Nie możemy się porozumieć”. [s. 222]

Nie wiem, dlaczego tak lubię „Kapitularz”?

Prawdę mówiąc żadna z książek Herberta do pięt nie dorasta pierwszej części, „Diunie”. Żadna, prócz może tej ostatniej, prócz „Kapitularza”,

Może to Duncan? (zawsze byłam team Gurney, bo wolę brzydali niż przystojniaków, ale cóż…). Może Darwi, spokojnie idąca na spotkanie z przeznaczeniem? Może Murbella, która ma więcej sił niż Zakon Żeński i Czcigodne Macierze razem? Nie wiem.

Jest coś w tej części, co wciąga. Jest bolesna świadomość odchodzenia, ustępowania miejsca czemuś, czego się nie zna, nie rozumie i nie do końca akceptuje. Jest niezwykle ludzka nostalgia za tym, co zabiera przemijanie. Jest spokojna refleksja nad nieuchronnością i jednocześnie nad otwartymi możliwościami, bo przecież „Wszechświat jest pełen drzwi”, żeby zacytować klasyka ze świata Diuny. Jest wieczna zmiana i równie odwieczne trwanie. Są pytania, które nie mają odpowiedzi i wyobraźnia może błądzić.

„Ostatecznie wszystko jest wiadome, ponieważ chcesz wierzyć, że wiesz”. [s. 384]

Brzmię jak zakochana nastolatka? Prawdopodobnie nią jestem, kiedy wracam do świata Diuny.

„Proces opisywania historii polega w dużym stopniu na odwracaniu uwagi. Większość historycznych podsumować odciąga uwagę od utajonych wpływów, ukrytych u podstaw doniosłych wydarzeń”. [s. 75]

PS. Wiecie, ile kosztowała ta książka, kiedy ją kupiłam?? 75 000 zł. Nie, zera mi się nie pokoziołkowały, młodzi jesteście, prawda? 😉

Published inInspiracje i dezinspiracje, nie tylko literackie

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *