Diuna Franka Herberta: THE BOOK

przez | 18 lutego 2019


Na początek anegdota

Jest rok… jest druga połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Biblioteka publiczna w jednym z miasteczek Małopolski, nie w Bochni, licealistka przychodzi po książkę. Dialog rozgrywa się między nią, a bibliotekarką.
L: Dzień dobry, czy jest Diuna Franka Herberta?
B. myśli.
L: Książka wyszła w 1985…
B. wychodzi. Wraca.
L. czeka.
B: Nie Frank Herbert, tylko Zbigniew Herbert, dziecko drogie, i nie ma takiego wiersza w jego twórczości.
L: Ale…
B. Czy ty nie powinnaś czytać do matury, dziecko?
L. wychodzi, pokonana przez system.

Przyznam się od razu: żadna książka (chyba) nie wywarła na mnie takiego wrażenia, jak „Diuna” Franka Herberta. Nie do końca pamietam, jakim cudem dostała się w moje ręce,  już w pierwszym polskim wydaniu, Iskier, w 1985 roku. Podejrzewam mojego męża o złamanie mi w ten sposób charakteru, ale jego podejrzewam o wiele takich rzeczy, więc już nawet o tym nie będę wspominać. 

To było objawienie. Słaba edycja, rozpadająca się, klejona książka, marny papier, i słaba okładka. No, ale helooo! 1985 rok nie był szczytem dostępności materiałów poligraficznych. W ogóle nie był szczytem niczego. 

Książkę pochłonęłam. A potem ją czytałam i czytałam, i czytałam. Kiedy w Polsce wydawano resztę cyklu Diuny, kupiłam wszystkie książki. Miałam „układ” z właścicielem małej księgarenki w miasteczku Bochnia, przepraszam, w mieście Bochnia. W tych czasach zarabiałam intensywnie na wakacje, sprzedając na lokalnym targowisku pomidory. On dostawał najbardziej dojrzałe i jakiś jeden na dodatek, w zamian za co, każdy nowy tom cyklu czekał na mnie pod ladą. Czekał, aż na niego uzbieram pieniądze. 

Żadna z „nowych” Diun, może oprócz „Kapitularza”, nie była tak dobra, jak pierwsza. Więc to do pierwszej wracałam i wracam.

Co to ma wspólnego z moim pisaniem?

Nic. Albo wszystko. Dobra książka jest po prostu dobrą książką, i tyle samo zawdzięczam Herbertowi (Frankowi), co Marcinowi Ryszkiewiczowi, co Barbarze Tuchman, co Filipowi Zimbardo na ten przykład.
Wielcy uczą nas na różne sposoby.

O co chodzi z tą całą „Diuną”?

Książka, „Diuna” została wydana w Stanach 1965 roku i od razu wprowadziła zamieszanie. Bo była niezwykła.
Wiecie… ile razy czytam synopsis, opis, streszczenie „Diuny”, to zawsze zastanawiam się, czy autor streszczenia czytał tę samą książkę, co ja. Ba, czy on/ona czytał ją w ogóle! Bo opisać i streścić „Diunę” nie jest prosto. 

Streść „Władcę pierścieni” na ten przykład.
No, ok. Da się. Hobbit idzie zniszczyć pierścień mocy i, kiedy on idzie,  świat walczy ze złem i jakimś cudem dobro zwycięża.

Spróbuję tak samo opisać akcję „Diuny”

O czym jest „Diuna”?

Matka i syn usiłują odzyskać władzę i przeżyć. Aby to osiągnąć, muszą odbić z rąk wroga swoją planetę oraz pomścić ojca, męża i przyjaciół. W tym celu buntują się przeciw władzy, podburzają tubylców, narażają siebie samych, jedno nienarodzone dziecko oraz  miliony innych, na śmierć, w tym, taką z przedawkowania narkotyku.

A tak bardziej serio, to poniżej.

„Morze krwi” w Google Play

Akcja dzieje się w bardzo odległej przyszłości

Powieść umiejscowiona jest czasach, kiedy rasa ludzka podbiła Wszechświat i skolonizowała planety, które nadają się do kolonizacji. Niektóre z nich mają łagodny klimat, inne są piekłem, ale wartościowym, z najróżniejszych powodów. 

W naszej przyszłości rządzą nami, zwykłymi ludźmi, arystokratyczne rody, na których czele stoi Padyszach Imperator. Mamy zatem na karku łagodny but feudalizmu. To ciekawy koncept i Herbert dobrze go wykorzystuje. 

Nasz gatunek nie korzysta z komputerów

Komputery i inteligentne maszyny dostały od nas za dużo umiejętności, za dużo władzy i, będąc inteligentnymi,  zbuntowały się przeciw ludziom. Efektem krwawej i wyniszczającej wojny był zakaz używania komputerów. Zero komputerów, IA, AR, machine learning, algorytmów, fejsbuniów.
Proste? Nie, ponieważ potrzebujemy szybko procesować ogromne ilości danych i informacji. Musimy to robić, żeby się rozwijać, jako ludzie. Dlatego stworzyliśmy, poprzez nacisk na ewolucję i kontrolowane rozmnażanie, mentatów, ludzi o mózgach zdolnych do przetwarzania mnóstwa informacji.

Mentaci służą głównie wielkim rodom arystokratycznym, ponieważ niewielu innych na nich stać. 

Ponieważ Homo Sapiens jest we Wszechświecie i pokonuje tysiące lat świetlnych, musi być w stanie nawigować w kosmicznej pustce. Potrzebuje Nawigatorów. To kolejne dokonanie naszej rasy. Subgatunek, któremu pomogliśmy wyewoluować z nas, ludzi. Dzięki nim podróżujemy przez kosmos. 

Na scenie świata „Diuny” jest wielu ważnych bohaterów

Czasem pojawiają się tylko dwa, trzy razy. Czasem są wzmianką w nagłówku rozdziału, ale ich waga dla całości jest olbrzymia. To jedna z przyczyn, dla których tyle milionów osób czyta „Diunę”. Absolutne panowanie nad światem stworzonym. Absolutne. 

Kto jeszcze jest ważny?

Zapomniałabym o najważniejszych osobach, o żeńskim zakonie Bene Gesserit. Potężnych kobietach, które „istnieją, aby służyć” i, jako takie, mają prawdziwą władzę. Bene Gesserit patrzą do przodu, myślą pokoleniami i planują na tysiąclecia. One prowadzą unikalny program rozrodczy. Wszystkimi sposobami im dostępnymi doprowadzają do krzyżowania się odpowiednich, precyzyjnie wybranych linii genetycznych. Chcą uzyskać coś, co jest unikalne na skalę kosmiczną, męską wersję ich Matki Wielebnej, czyli istoty, która potrafi nieść w sobie świadomości wszystkich innych Matek Wielebnych. Żeby to osiągnąć, przekupują, zabijają, sprzedają ludzi, jednym nakazują mieć synów, innym, wyłącznie córki. Mogą to robić, albowiem ich adeptki są wszędzie. Dosłownie wszędzie. 

Akcja „Diuny” zaczyna się od przylotu flotylli transportowców  na pewną  planetę

Jeden z arystokratycznych rodów, Atrydzi, dostaje w lenno pustynną planetę, Diunę, która jest jedynym, znanym źródłem potężnego narkotyku, zmieniającego świadomość. Narkotyku, który jest używany wszędzie i przez wszystkich, i którego nie są się zsyntetyzować. Przyprawa, bo tak jest nazywany ten narkotyk, pochodzi tylko z Diuny i jej wydobywanie wiąże się z dużym niebezpieczeństwem. 

Atrydzi wygrali zatem los na loterii. Siedzą na kasie i nic, tylko czekać, aż jeszcze urosną w siłę.

Niezupełnie. Ta, celowa i przemyślana, decyzja Padyszacha stawia ich na kursie kolizyjnym z innym rodem, który zawsze był im wrogi, z Harkonnenami.
Czemu Padyszach tak zdecydował?
Trzeba sięgnąć po „Diunę”

Lądowanie na Diunie to początek akcji książki i początek śledzenia przygód Paula Atrydy, potomka i następcy, głowy rodu Atrydów, Leto. To moment, kiedy poznajemy jego matkę, Bene Gesserit Jessikę, która zamiast urodzić córkę, jak miała nakazane, urodziła syna. Poznajemy Diunę, która jest trzecim bohaterem książki Herberta. 

Więcej nie opowiem, bo reszta to właśnie „Diuna”

Opisywanie akcji odbierze przyjemność z pierwszego czytania.
Jeśli jednak chcecie, zajrzyjcie do Wikipedii. „Diuna” ma tak wielu fanów, że jej strony i po polsku, i po angielsku, są dobrze prowadzone. 

Czy to fantastyka? Tak, to fantastyka, w najlepszym wydaniu. To także opowieść o wojnie, miłości, nienawiści, spiskach i planach rozciągniętych na pokolenia. Oraz, a może przede wszystkim,  o ekologii. 

Skomplikowana, piękna, warta smakowania. 

CYTATY! 

Cytaty z „Diuny” mają swoje własne strony internetowe, dlatego nie będę robić „kopiuj wklej”, tylko zachęcę Was, po raz kolejny, do przeczytania książki. To nie jest duże tomiszcze. To jakaś jedna czwarta „Władcy Pierścieni”. Drobiażdżek, prawda?

No, dobrze. Jeden. Jeden cytat.

„Świat wspiera się na czterech filarach. Na naukach mądrych, na sprawiedliwości wielkich, na modlitwach prawych i waleczności dzielnych. Ale to wszystko jest niczym bez władcy znającego sztukę władania”

Zachęcam Was do sięgnięcia po Diunę

Nie potrafię doradzić, które z polskich tłumaczeń jest warte uwagi, ja jestem przyzwyczajona do tłumaczenia Marka Marszała i lubię właśnie ten rytm słów. Tłumaczenie ma, w tym przypadku, znaczenie. Powiedziałabym nawet, że ma niesamowite znaczenie w przypadku tej książki, dlatego, jeśli możecie, czytajcie w oryginale. To nie jest proste, bo Herbert bawił się słowami,  ale smakuje lepiej. 

„Diuna” była ekranizowana, w jednej z adaptacji zagrał nawet Sting, ale jakoś nie mogę się zdobyć na polecenie tych dzieł. Teraz podchodzi do tego zadania Denis Villeneuve. Trzymam kciuki.

 

Ilustracja to zdjęcie okładki francuskiego wydania „Diuny”, tłumaczenie Michel Demuth, Éditions Robert Laffont 1970, 1972

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *