„Czarne Piaski” – fragment

Wypuściłam w sieć kolejną – czwartą – część mojej sagi „Droga Smoka”. Niżej znajdziecie fragment pierwszego rozdziału „Czarnych Piasków”

Parvaneh

Schodzenie z roweru było bolesne. Bon, oui, nie chce mi się nawet opisywać jak bardzo. Niezależnie od tego, jak często jeżdżę, to i tak po tych 120 kilometrach zsiadanie, a potem siadanie na czymkolwiek robi się… pas tres drôle, niezbyt zabawne. Tyłek jakoś do konia przyzwyczaja się szybciej niż do siodełka kolarzówki.
Dziewczyna-ochroniarz wzięła ode mnie rower.

– Proszę, podpompuj mi koła, Bianca, mogę jej jeszcze potrzebować. Bon après midi! – powiedziałam do kobiety w mundurze i poklepałam kierownicę, jakby to był łeb konia.
Bianca ukłoniła się bez słowa i zabrała mój ukochany środek lokomocji. Miał kolor prawie jak bonbons à la menthe, delikatnie i chłodno zielony.

Rower, zwłaszcza szosówka, pozwalał mi się zmęczyć i poczuć ciało, rozluźnić się w trudnych momentach. Z siodełka widziałam tyle, ile kiedyś, dawno temu widywało się z siodła. Mogłam patrzeć na życie, a nie tylko mijać je, odgrodzona pancerną szybą samochodu.
Tak, niektórzy z moich ludzi sarkali i krytykowali moją pasję, mais naturellement! Oczywiście, że to robili! Nieśmiertelni to jedna z bardziej…, non, to po prostu najbardziej marudna z Nadnaturalnych ras. Moi pobratymcy nie tylko krytykują wszystko i wszystkich, umieszczają także zdania odrębne nawet w napisanych przez siebie pracach naukowych. Oczywiście wyrażają także opinie w sprawie, którą nawet nie powinni się interesować.

Nieśmiertelni mają… mamy obsesję, żeby być zawsze BCBG, bon chic, bon genre. Zawsze piękni, zawsze doskonale ubrani, zawsze zwracający uwagę na to, jak jesteśmy, czy możemy być oceniani. Ich królowa w spodenkach z pieluchą, w jadowicie różowej koszulce i seledynowym kasku jest obrazą majestatu.
Prawdę mówiąc j’ai n’suis pas sûr, nie jestem pewna, czy władca może obrazić swój własny majestat?

Naturellement, moi ludzie mieli trochę racji. Zwykle sama byłam BCBG, ubrana dobrze i pięknie. Kocham kolory, tkaniny, uwielbiam jedwabie i skóry. Lubię to, co zakrywa i opływa, lubię kroje i cięcia. Ale nie, nie jestem jedną z tych mieszkanek Mediolanu, które zarabiają na modzie. Moja firma zarabia na wnętrzach.
Lubię zarabiać. Wiem, że mówienie o pieniądzach c’est pas trop chic, nie jest zbyt eleganckie, ale akurat hipokryzja finansowa nie jest cechą mojej rasy. Lubimy pieniądze i cenimy tych, którzy potrafią je zdobywać.

Kiedyś to były dla mnie zasadnicze rzeczy: image, postrzeganie, zasady, odbiór społeczny. Przestałam się nimi przejmować dopiero kilka lat temu, dokładnie po 13 maja 2055. Doskonale pamiętam ten wieczór. Jedyny mężczyzna, którego kiedykolwiek nazwałam „moim królem”, „moim mężem” i „moim panem” powiedział mi wtedy „przepraszam”.

To było takie małe słowo!

A tak mocno mnie zmieniło.

Tout d’abord, na początku myślałam, że jedynym efektem usłyszenia tego słowa będzie radość, bo przecież to niesamowite, że wreszcie udało mu się to wydukać, n’est pas? Ale potem, później… jego małe „przepraszam” zaczęło we mnie pracować. Jestem twarda jak heban. Jak skamieniałe drewno. Niewiele rzeczy jest w stanie zarysować moją powierzchnię. Myślałam, że po tym wszystkim, co przeszliśmy we dwójkę, nic mnie nie zarysuje i wewnątrz. Tymczasem w środku zaczęło mi się rozpychać to małe słówko „przepraszam”, a ja zaczęłam… widzieć wiele rzeczy w nowym świetle.
Oh, lala, i to ile!

Kocham go, to wiedziałam.

Ale nie zdawałam sobie sprawy, że ciągle noszę w sobie żal! W dalszym ciągu, po tylu setkach lat miałam do niego żal! To „przepraszam”, nigdy wcześniej jasno i na głos nie powiedziane, zaczęło czyścić i pożerać złogi zadawnionych emocji. Jak odkurzacz wsysało w siebie to, co dawno już nie powinno być częścią mnie: przestarzały ból.

Już na drugi dzień chciałam do niego zadzwonić, żeby zapytać…
Ale ja tak nie robię, prawda? Ce n’est pas fait. Nigdy nie dzwoniłam od razu. Zawsze trochę czekałam, żeby nie wyjść na zbyt gorliwą lub, co gorsza, natarczywą.

Puis, później pomyślałam, że robię głupio, bo przecież to nie jest żadna „kwestia racji stanu”, tylko relacja mężczyzny i kobiety, męża i żony. Jeśli chcę mu powiedzieć, że chciałabym, żeby nasza historia przestała nas dzielić, to czemu nie mogę? Bon, pourquoi?

Chciałam, żeby nasza separacja się skończyła. Żebyśmy byli jak dawniej, jak przed „tym”.
Nie wszystkie fortyfikacje między nami były dziełem Hyeon Ju, sama też swoje zbudowałam. Dzieliła nas nie tylko zdrada, historia, brak „przepraszam”, ale i mój żal.

Uświadomiłam to sobie w 2056, bo jednak w 2055 nie odważyłam się zadzwonić.
Kornik drążył mi duszę i drążył, i dalej zmuszał do myślenia.

Kwiecień 2056 to był moment, w którym odkryłam, że szybka jazda na rowerze pomaga mi myśleć. Wtedy właśnie zaczęłam jeździć i szokować moich eleganckich i wyrafinowanych poddanych, dając im powód do plotek.
W czasie jednej z takich przejażdżek, robiąc tour dookoła Como, postanowiłam się skontaktować z Hyeon Ju.

Mamy XXI wiek! Kobiety mają nawet prawo głosu! Na co mam czekać, na asteroidę i koniec świata?
Sprawdziłam dyskretnie, gdzie był mój ukochany mąż, moje światło. Brzmię comme une debille, non? Kiedy żyje się tyle, ile ja, udawanie, że jest się zadurzoną szesnastolatką, nie jest złamaniem etykiety, tylko niewinną przyjemnością.

Nic jednak nie wyszło z wizyty-niespodzianki, bo był czerwiec 2057, a mój mąż był Stanach. Mnie sprawy Nieśmiertelnych trzymały w Europie i w Chinach. Nie mogłam do niego dołączyć.
Tęskniłam tak, że zdarzało mi się płakać w poduszkę. „Tak robią śmiertelne kobiety!” – mówiłam sobie, żeby się zawstydzić – Moi, je suis la Reine!, przecież jestem Królową…
Tyle tylko, że królowe też cierpią, naturellement.

Kornik „przepraszam”, które wypowiedział Hyeon Ju ciągle robił swoje. Oczyszczał.
Donc, zatem tak właśnie zaczęła się moja przygoda z rowerem i ze spodenkami z pieluchą. Składam każdą niestosowność, którą zdaniem moich ludzi popełniam, na barki mojego męża. Są mocne, uniosą takie oskarżenie.

Mamy teraz drugą połowę 2058 i od pół roku, czasem nawet kilka razy dziennie, sięgam po komórkę, parce que, bo chcę mu powiedzieć, że przyjeżdżam, że chcę go zobaczyć, porozmawiać. Powiedzieć, że…
Że to było najdłuższe tysiąc lat w historii. Że nie chcę ukrywać naszej miłości i małżeństwa, nie mam już sił znajdować pretekstów, żeby go zobaczyć. że chcę wejść, usiąść na jego biurku i sprawić, że znowu zacznie mówić po persku. Do mnie. Że go kocham!

Pas encore, pas encore, jeszcze nie. Jeszcze potrzeba nam pretekstów. Ale to się niebawem skończy. Czuję to, skóra aż mi wibruje od oczekiwania.

– Kilka ważnych raportów – powiedziała mi Ukimo, moja asystentka, odbierając ode mnie buty. Zatrzymałam się przy niej.
Miała skórę o cudownie ciemnym kolorze, miękką i gładką, comme le chocolat noir, jak ciemna czekolada. Kiedyś była partnerką George’a Napiera, jednego z żołnierzy mojego Hyeon Ju. Kiedyś… Ech.
– Coś ważnego?
I tak przeczytam wszystko, jeśli nie teraz, to w nocy, ale wolę być przygotowana na to, co może na mnie czekać.
Podeszła bliżej. Jej echo, sposób, w jaki widzę moich ludzi, było spokojne. Była jak skała, ta moja Ukimo.
– Są wiadomości z Krakowa – szepnęła mi osoba zarządzająca moimi prywatnymi „szpiegami”.
Nic nie powiedziałam, tylko skinęłam i weszłam do mojego gabinetu.

~~*~~

Godzinę później siedziałam ze zmarszczonymi brwiami. Z jednej strony miałam to, co mieć chciałam: dobry pretekst do kontaktu z mężem. Z drugiej… jak się cieszyć z takiego czegoś?
Nie, nie mięknę na starość. Jestem drapieżnikiem, kiedy miękniemy, umieramy. I nie uważam tego określenia za przesadę. W końcu piję krew. Mam na sumieniu kilka wojen, z czego jedną szczególnie krwawą. Zabijam, jeśli muszę. Stoję na szczycie łańcucha pokarmowego i bronię swojego miejsca z dzikością i zażartością. Je sais, je sais, mam doskonałe politologiczne uzasadnienie: jestem na samej górze, bo jestem bardzo dobrym władcą.

Jeślibym nie była dobra, to każdy mógłby przyjść i wyzwać mnie, podważając tym moją zdolność do obrony pozycji, n’est pas? Ów „każdy”, jeśliby wygrała lub wygrał, stałby się władcą. Nieśmiertelni zyskaliby jako rasa, bo wspólnota zawsze zyskuje na rządach najlepszego. Jeśliby zaś przegrała/przegrał, to Nieśmiertelni zyskują, bo władca się nie zmienia i rządzi nimi najlepsza możliwa osoba.
Jednak tak sobie myślę, że kiedy obierze się te dywagacje ze wszystkiego: ze słów, pojęć, terminologii, świętoszkowatości, to zostaje jedno: obrona pozycji na szczycie.
Non, c’est pas vrai.
Obrona własnego życia.

Kiedy chcemy rządzić to, jak Zmienni, walczymy do śmierci.

Wyciągnęłam rękę po komórkę, w głowie układając tekst wiadomości do Hyeon Ju. Stylistycznie rozciągały się od „Królowa Nieśmiertelnych pozdrawia Władcę Zmiennych…” po „Tu veux me voir?”. Skasowałam to ostatnie, jak wszystkie wcześniejsze.
Pfffff…. „Chcesz mnie zobaczyć?” byłoby jednak zbyt desperackie. Prawdziwe i sięgające aż do dna duszy, ale jeszcze nie mogłam tego napisać.

Jest coś niebywałego w tym, że nie potrafię po prostu napisać, że chcę zobaczyć własnego męża! Że nie mogę mu powiedzieć, jak przykro mi, że jeden z bliskich mu ludzi jest chory! Że chcę być przy nim! Jest coś strasznego w tym, że muszę pisać, zamiast iść od niego i się przytulić.
Ridicule, no? Nie, to nie jest „niebywałe” czy „śmieszne”, nawet nie jest „potworne”. „Żałosne” jest najlepszym słowem.
Oto co oboje z sobą zrobiliśmy.

Yi Hyeon Ju był zbyt dumny, żeby powiedzieć, że strasznie… że popełnił głupotę. A ja pielęgnowałam swoje żale, zamiast być tą mądrzejszą i wyciągnąć do niego rękę. Wolałam udawać, że zaciągam go do sypialni przypadkiem, i że to on mnie uwodzi, a ja się poddaję. Jakbym miała dwadzieścia lat! Tralala. Ça, c’est faux! Bzdura! Zawsze tego chciałam. Przynajmniej przez chwilę mogłam go mieć.

Komórka gapiła się na mnie ciemnym ekranem. Patrzyłam na nią ze zmarszczonymi brwiami.
– Chcesz ją zastraszyć? Nie wystarczy, czy ja wiem… uruchomić aplikację? Chyba że … – rozłożył ramiona z typowo rzymską afektacją – … ten model jest telepatyczny.
Stał w drzwiach, leniwie oparty o futrynę. Za jego ramieniem widziałam lekko uśmiechniętą Ukimo.

Prychnęłam i podeszłam go przytulić.

Fabri, mój najstarszy syn, pochylił się, żeby mnie ucałować.
Nie byłam niska, ale mój potomek i tak górował nade mną. Wibrował niepokojem, stresem i obawą. Rzadka mieszanka, parce que, ponieważ mój syn jest zrównoważony i bardzo, bardzo potężny. Quintus Valerius Urbicus nawet własnej śmierci patrzył prosto w oczy, odmawiając pochylenia przed nią głowy.

Odłożyłam komórkę, kwestię wiadomości do męża odkładając na trochę później. Zabieram się za to od trzech lat, wreszcie trzeba nacisnąć „send”. Dziś do niego napiszę.
– Ça va, Fabri?
Martwiły mnie emocje, które w nim buzowały, tym bardziej, że tym razem ich nie ukrywał. Nie byłam przyzwyczajona do tego, że Fabri mnie niepokoi. Mam trójkę dzieci i tylko jedno z nich sprawia kłopoty. Nie przez to kim jest, czy jakie jest, ale przez to, czego nie robi. Bo niewiele robi, ale to nie jest nowa rzecz i nie zmieni się nigdy. Nieśmiertelni jak Ludzie, zmieniają się rzadko i prawie nigdy z własnej woli.

Fabrizio stanął przy oknie, patrząc na Mediolan z góry. Rzymianie tak zwykle patrzą na moje miasto, nie brałam tego do siebie.
– Muszę ci o czymś powiedzieć – powiedział po chwili, kiedy już odwrócił się do mnie z westchnieniem.
– Poczekaj, ja także.

Mogłam rozmawiać i z nim, i z moją córką, Bazylisą Cesarstwa Rosyjskiego, o wszystkim. Z dwójką moich potomków wiązała mnie nie tylko magia i miłość, ale i przyjaźń. Oboje byli, po Hyeon Ju, najbliższymi dla mnie istotami. Do Ragny zadzwonię za chwilę, ale Fabriemu powiem już teraz. Ucieszy się, że przestaję zamykać się w swojej wieży z kości słoniowej, że przestaję udawać bierną księżniczkę, która ulega presji konieczności politycznej i spotyka się z mężem, żeby rozwiązać jakiś międzyrasowy problem, która regularnie ulega jego urokowi i daje się… assez! I tak powiedziałam za wiele!

Chodzi o to, że ucieszy go to, że chcę mieć męża. Nie „un mari”, „a husband”. Nie. Chcę tego, który jest mój. Jego chcę i jego odzyskam. Ale najpierw sama powiem: pardonne moi, mon amour. Kornik jego „przepraszam” zrobił, co miał zrobić i okazało się, że ja też mam za co przepraszać.
Mój Fabri jest blisko i Alexa, i Olega, i Napierów, i mojego męża. Zawsze był blisko Olega, od kilku lat zbliżył się i do reszty. Jakieś cztery lata temu zapytał, czy mam z tym kłopot? Zaprzeczyłam. Nie, nie miałam. Cieszyłam się z tego. Zupełnie, jakby … jakbym poprzez niego mogła być przy Hyeon Ju.

Pathétique, n’est pas? Tak, to żałosne, nie ma dwóch zdań.

Usiadłam przy nim.
– Wiesz, że dawno temu, kiedy jeszcze mówiliśmy po grecku, nie wtrącałaś w grekę obcych słów? Nawet perskiego – powiedział, zdejmując marynarkę i moszcząc się wygodnie na kanapie, naprzeciw mnie.
Zaśmiałam się. Tak, on to pamięta. I wiecie, co robi mój potomek? Czuje moje napięcie i stara się je zredukować.
– Zaczęłaś to robić dużo później. Najpierw to był jakiś chiński dialekt.
Potrząsnął głową z dezaprobatą, a ja się roześmiałam. Fabri nie znał żadnego języka Azji, nie lubił ich po prostu.
– Potem był rosyjski, ale szybko od niego odeszłaś, bo zakochałaś się we francuskim, który został z tobą przez siedemset lat – uśmiechnął się lekko.

Przytakiwałam, milcząc. C’est vrai. Często wkładam w zdania jakieś wypełniacze językowe wzięte z francuszczyzny. Te wszystkie: bon alors, mais non, mais oui, quand même, en effet. Nigdy chyba nie powiedziałam tylko niesławnego „ouais”, czyli „noooo”.

Mądrego mam potomka i przystojnego, n’est pas? Wysoki i muskularny, ciemnowłosy rzymski trybun, ze srebrem na skroniach i siwizną na bródce, którą teraz nosił. Ogorzała twarz, bardzo jasne oczy i zmysłowe usta. Zmarszczki w kącikach oczu. Miał trzydzieści osiem lat, kiedy umierał z ran i kiedy go Przemieniłam. Ja miałam chyba setkę. Byłam jak na ówczesne standardy młodym Nieśmiertelnym. Nigdy nie żałowałam swojej decyzji.

– Ale te językowe śmieci mają jeden wspólny mianownik – umilkł, a ja popatrzyłam na niego uważnie.
– Jakiż to? – byłam bardzo ciekawa tego, co powie.
Fabrizio widział rzeczy, które chciałam ukryć. Zawsze. Nie było wiele osób, które umiały mi zwrócić na nie uwagę, on to potrafił.
Teraz się uśmiechnął. Leciutko.
– Będę impertynencki – ostrzegł.
Przechyliłam głowę.
– Bardziej niż zwykle?
Udał, że się zastanawia.
– Tak.
Odchyliłam się i oparłam się wygodnie. Bon alors, to będzie ciekawe.
– Mów, Fabri, mów. Zaintrygowałeś mnie.
Pochylił się do mnie, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek usłyszał, co ma do powiedzenia. Te dzieci! Myślą, że rodzice nie wiedzą, co robią.
– Zaczęłaś te makaronizmy w czasach Kubilaja – zamarłam, a on mówił dalej – Im częściej ich używasz, tym bardziej za nim tęsknisz – zaakcentował „nim”, żebym przypadkiem nie myślała, że mówił o Kubilaju, starym bandycie.
Mój syn nie patrzył na mnie, tylko na wibrujący kolorami obraz Miro, który powiesiłam naprzeciw biurka. Miał w sobie smutek, mój syn, nie obraz, i ten stary żal słychać było w jego głosie.
– Kiedy już spotkasz się z nim, mówisz przez jakiś czas jak dawna ty. Normalnie, spokojnie. Później… francuski znowu wraca i wszystko się zaczyna od nowa – podniósł głowę – Mam dość.
– Moich makaronizmów? – byłam zaskoczona.
– Separacji.
– Chcę ją skończyć.

Jego „Separacji” i moje „chcę ją skończyć” zabrzmiały w tym samym momencie. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nie wiem, które z nas czuło większą ulgę.

– Mów, synu – powiedziałam, szczęśliwa i lżejsza o tonę.
– Moi przyjaciele są tu i tam. Moja rodzina jest tam i tu. Ale moja lojalność może być tylko w jednym miejscu. Teraz jest rozrywana, Parvaneh. Nie umiem i nie mogę żyć z tak skonfliktowanymi wartościami. Pomyśl, co się dzieje z tobą? Co z Ragną? A z innymi? Z mojej strony – przesunął się bliżej i wziął mnie za rękę. Pocałował ją z szacunkiem i czułością – ogłaszam koniec wojny tysiącletniej.

Miałam zamknięte oczy. Fabri nie miał danych, a jednak trafił w punkt, w serce mojej decyzji. Potrząsnęłam głową, żeby wyjść z moich dywagacji.
– Tu a raison – umilkłam, kiedy zobaczyłam, jaką ma tryumfującą minę. Zaczęłam od nowa – Masz rację. I o tym właśnie chcę porozmawiać. Chcę to skończyć – powtórzyłam swoją deklarację.
Skinął i czekał.

Później słuchał mnie, a jeszcze później ja słuchałam jego. To była bardzo długa rozmowa. Jedna z tych dobrych. Wyjaśnienia bez wyrzutów. Wyznania bez kajania się i szukania wymówek. Informacje podane bez arogancji.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *