Skip to content

„Czarne Koty” Edgara Hryniewickiego, czyli łatwo nie było

Last updated on 16 marca 2020

„Żeby złoto leciało za szczytne idee, byłbym najbogatszy […]” [s. 61]

Tak właśnie myśli sobie bohater „Czarnych Kotów” Edgara Hryniewickiego, osiemnastoletni Mins.

Złoto jest dla Minsa ważne. Urodził się ubogiej rodzinie, mieszka w jednej z gorszych dzielnic Thornis, jego przyjaciele posiadają tyle, ile posiada on: niewiele.

A Mins ma ambicje i chce być kimś.

Co prawda, kiedy czytałam „Czarne Koty”, zastanawiałam się, czy chce być bogaty, czy może woli być podziwianym przez wszystkim herosem, czy dobrym synem, czy wreszcie ukochanym? A może wszystko na raz i w tej samej chwili?

Jako czytelnik szybko poddałam się i przestałam się nad tym pochylać.

Widocznie nie mnie rozumieć psychikę osiemnastolatka.

A jest ona na tyle ważna, że Mins ładuje się – z roztropnością godną jego wieku – w niebezpieczną sytuację, potem kolejną, potem jeszcze inną. Dużo straci. Czy równie wiele zyska? To zostawiam bez odpowiedzi. Jak to się mówi? Aha: „każdy czytelnik „Czarnych Kotów” musi sobie odpowiedzieć na to pytanie sam”.

Minsa, jego przyjaciół: Joima i Menelaosa, poznajemy, kiedy dwóch pierwszych bierze udział w napadzie i kradzieży. Sytuacja wokół przyjaciół gęstnieje potem z rozdziału na rozdział, aż wreszcie staje się jasne, że chłopcy wplątali się w coś, o czym nie mają pojęcia: wielką politykę. Co więcej! Mówią sobie, że są bojownikami, którzy po prostu, niejako przy okazji, zarabiają kasę na byciu… „szlachetnymi”.

Są pościgi, walki, porwania, wrogowie, spiski, bójki, pijatyki… – wszystko, co byc powinno w książce dla młodego czytelnika.

Tyle opowiadania fabuły. Zajrzyjcie choćby do serwisu nakanapie.pl i dowiedzcie się więcej.

„Czarne Koty” Hryniewickiego postaram się ocenić tak, by nie zepsuć nikomu przyjemności czytania.

Czym są „Czarne Koty”?

W powieści? Grupa miejskich partyzantów o luźnym podejściu do ideologii.

Jako książka? To fantasy i to taką, która chce podążać śladami Sapkowskiego. Wiecie: przedstawia skomplikowane losy jednostek, które w obliczu wydarzeń muszą dokonywać niełatwych wyborów i za te wybory odpowiadać.

Hryniewicki stworzył swój własny świat, z geografią, biologią, religią, zwyczajami i polityką, i do tego świata zaprasza czytelników. To nie jest zły świat, nie. Prawdę mówiąc – jest nawet ciekawy.
Mamy wyspę, jej główne miasto Thornis, jej plebs i elity, jej skomplikowaną politykę wewnętrzną i zewnętrzną. Mamy zakony, istoty, które są inteligentne, ale nie są ludźmi. Mamy magię. Innymi słowy sztafaż idealnie nadający się na tło do przygodowego fantasy dla młodego czytelnika.

Bohaterowie, a przynajmniej niektórzy z nich

Eh. No właśnie, oni są także dla „młodego czytelnika”.

Mins, który jest głównym bohaterem i wokół którego kręcą się wydarzenia, jest niebywałym gówniarzem. Tak, dorasta (odrobinę) pod koniec książki. Nie mogę powiedzieć, że się nie zmienia zupełnie, ale… ale sprawia wrażenie, jakby goniąc za złotem i sławą nie miał czasu stać się meżczyzną. Jego przyjaciel z dzieciństwa, Joim, nie zasługuje na traktowanie, z jakim się spotyka. Mins jest tak wypchany poczuciem własnej zajebistości i wyższości, że jest wobec swojego przyjaciela złośliwy, sarkastyczny i po prostu lekceważący.

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy chcę być przyjacielem Minsa, powiedziałabym: dziękuję, nie skorzystam.

Joim to faktycznie nie jest najbystrzejszy człowiek świata, to poczciwina, przynajmniej starająca się być przyjacielem.

Ukochana Minsa, Tulelia, to dziewczę piękne i namiętne (pewnie dlatego, że w jej żyłach płynie krew nie tylko mieszkańców wyspy, ale i obcych ludów. Serio).
W historii miłosnej tej dwójki młodych ludzi będzie wiele przygód: i porwanie, i walka z umarłymi rycerzami, i namiętne pocałunki w śmierdzącym zaułku, i uniesienia na łodzi, które zaczynają się, kiedy Mins wiosłuje…

„W końcu, im mniejsza przestrzeń, tym większa intymność. Tulelia i bez tego nie naraziłaby go na samotność – nawet gdy wiosłował, nie dawała mu spokoju, ujawniając swój dziki temperament”. [z. 432]

Są oczywiście schadzki i nieporozumienia. A dziewczyna jest… no… jak skrzyżowanie bohaterki westernu, bajki i romansu. Ale czy ma charakter?

„- Przestań! – Nagle odtrąciła go od siebie, schmurniała.
– Co takiego zrobiłem?
– To ja powinnam cię pocieszać, nie na odwrót. – Groźną minę po chwili zastąpił uśmiech: piękny, szeroki i zniewalający są niewinnością”. [s. 452]

No właśnie: Tulelia jest dziewczynkowata. Niech jej będzie, skoro lubi i chce? Nie czepiam się tego. Ale autor napisał jej postać tak, że nie wiem, kim ona jest i czemu w zasadzie Mins ją kocha? Co ma, prócz pięknej buzi? Czy zawsze zmienia decyzje, jak bieliznę? Nie wyjedzie z nim, bo musi być z rodzicami. Kilka stron później: wyjedźmy stąd daleko!

Kaman. Eh.

Co mi się w „Czarnych Kotach” Edgara Hryniewickiego podobało?

  1. Bogata wyobraźnia, pozwalająca na stworzenie świata przedstawionego o dużej spójności i sile przekonywania.
  2. Szczegółowość opisów:) tak, lubię je, zwłaszcza gdy wchodzę do nowego świata. Hryniewicki nie pisze po prostu, że bohater szedł „szeroką ulicą w centrum miasta”. On tę ulicę nam opisze. To – dla mnie – ciekawe, bo pozwala mi lepiej zrozumieć/poznać świat przedstawiony i postaci, które go zasiedlają. Owszem – czasem opisy są ni z gruchy, ni z pietruchy, ale nie wpisuję tego do kolumny ze „słabymi stronami” książki. Lubię wyobrażać sobie światy, które wymyślił ktoś inny, tu autor mi pomaga.
  3. Autor „Czarnych Kotów” nie traktuje geografii, biologii, religii, strojów i kostiumów, zwyczajów i wyglądu postaci po macoszemu. Dowiadujemy się jakie kto ma oczy, jakie włosy, jak jest odziany, kim są jego rodzice. Szczegółów czasem bywa za dużo, ale widać, że Hryniewicki przemyślał świat, nim zaczął go opisywać.
  4. Jestem fanem – i mówię to bez ironii – opisów fantastycznych stworzeń u Hryniewickiego. Nie goblinów i nie kontusza, ale innych, w tym – tych drapieżnych. Good job.
  5. Hryniewicki ciekawie używa snów, magii i elementów świata „nadnaturalnego”. Można się czasem irytować, ale te fragmenty książki, gdzie zdecydował się je umieścić, mają i urok, i pewną moc.
  6. Podoba mi się założenie intrygi w książce. Naprawdę – podoba mi się i byłaby to książka, którą mogłabym się cieszyć, gdyby nie…

Wady „Czarnych Kotów”

Wada jest jedna, za to zasadnicza, bo przecież mówimy o książce! JĘZYK.

Zarówno składnia, jak i interpunkcja są w „Czarnych Kotach” nieco ekscentryczne. Tak, to chyba dobre określenie.
Zacznijmy od stylizacji językowej.

Postaci mówią ciężką do strawienia mieszanką języka współczesnego, z jego „dobra”, „dzięki”, „bezmózgowiec”, i archaizmami typu „waszmość”, „jeno”, „kamraci” oraz z orzeczeniem przerzuconym na koniec zdania.

W jednej, za przeproszeniem, oracji (s. 115 i 116) mamy obok siebie: „szopka”, „nie chcę przynudzać” i „jam w pełni świadom waszej śmiałości”.
Zapewniam, gdyby to był jedyny kłopot z językiem, to problemu by nie było. To byłby ciekawy zabieg literacki i świadoma zabawa z językiem.

Jednak kłopot leży na głębszym poziomie.

Hryniewicki w „Czarnych Kotach” piszę męczącym językiem!

Rozumiem, że narracja w „Czarnych Kotach” ma być prowadzona „po całości”. Dlatego pewnie autor się nie oszczędza i pisze, jakby to była saga: długie okresy zdaniowe, skomplikowane konstrukcje i rozmach stylistyczny. Tak przynajmniej wyobrażam sobie założenie, jakie poczynił autor.

Wyszło inaczej.

Zdania są pokręcone i w efekcie nie wiadomo, co kto robi! Frustracja czytelnika jest niebywała. W każdym razie – moja była. Niektóre fragmenty czytałam kilka razy. Nawet jeśli zdania są poprawne gramatycznie, to i tak czytanie ich jest jak przeciskanie się w tłumie. Idziesz, idziesz, słowa na ciebie napierają, uciekają, chowają, pojawiają się znikąd nowe zdania wtrącone. Przymiotniki spadają z każdej strony, a imiesłowy rzucają się do gardła. Nie, nie przesadzam. Może trochę?

Fakt jest taki: odebrało mi to przyjemność z lektury.

„- Do wieczora – odparł ciągle jeszcze pełen rozterek Mins, choć już dość skutecznie zmniejszonych wizją dobrego zarobku” [s. 23]

„Kilkudziesięciołokciowej wysokości gładkie skały pełnię swojej okazałości pozwalały podziwiać jedynie obserwatorom z morza. Śmiałkowie małymi, zwrotnymi łódkami próbowali szczęścia, płynąc do morskich jaskiń, zabezpieczonych najeżonymi skałami. Najniebezpieczniejsze były te podwodne, kończące żywot wielu łajb awanturników, a przeważnie i ich samych, gdyż dopłynięcie do brzegu przy nawet niewielkich falach wymagało ogromnych umiejętności i szczęścia”. [s. 76]

„Był wyraźnie zafascynowany znaleziskiem, wręcz chyba chciał się rzucić na szyję Minsowi, lecz ostatkiem zatwardziałości pohamował się”. [s. 34]

„Tuż przed zniknięciem zachodzącego na czerwono słońca napotkali na skraju pasa niskich drzew i zarośli małe stadko niezłoci, zważywszy zwyczaje tych zwierząt, które łączyły się tylko w czasie wysiadywania jaj, zapewne samic, nieznoszących w tym czasie żadnych intruzów”. [s.347]

„Mins podniósł głowę, by poszerzyć horyzonty”. [s. 76].

Nie, to ostatnie, to chyba poczucie humoru.

„Czarne Koty” to nie jest zła książka. Przygody Czarnych Kotów pochłaniałabym, gdyby były napisane inaczej.

Uwaga: pisownia cytatów – oryginalna.

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *