Co człowiek robi, kiedy nic nie robi? O pożytkach z sabbaticala

Photo by Clark Young on Unsplash#spelnianiemarzen, #noweotwarcie, #kreatywnosc, #samorealizacja, #szukanieswojejdrogi, #zyciowezen, #lifeworkbalance, #bewhatyouwant

Zastanawiałam się długo, jakie jeszcze hashtagi mogę umieścić w nagłówku, żeby nakarmić demona internetu, ale doszłam do wniosku, że tyle wystarczy.

W miejscu, w którym zwykle piszemy o osiągnięciach zawodowych i karierze, zwłaszcza tej, która rozwija się błyskawicznie, chcę podzielić się opowieścią o moim sabbaticalu, czyli o tym, jak „nic nie robiłam” 

Co to jest ten cały „sabbatical”?

Sabbatical nie jest nowym wynalazkiem.
W Polsce jest pewnie lepiej znany jako „urlop dla poratowania zdrowia”, do którego mają prawo nauczyciele i nauczyciele akademiccy. Faktycznie,  zwykle kojarzony jest z zawodami związanymi z edukacją.

Monika_Lech_Morze_krwi

To prawda, że nauczycielom i pracownikom naukowym, zwłaszcza tym, którzy aktywnie prowadzą własne badania, publikują, wykładają, pozyskują granty i uczą, tego typu przerwa w pracy jest niezbędna, żeby mogli odetchnąć, nabrać dystansu, przewietrzyć głowę, zebrać nowe doświadczenia.
Zawsze zazdrościłam nauczycielom tej możliwości, chociaż wiem, że w ich przypadku taki długi i płatny odpoczynek jest przecież czasem czystą koniecznością. Koniecznością, bo zdrowie im siada, koniecznością, bo czasem trzeba wyjechać „na saksy” i zarobić, żeby móc być nauczycielem. Szanuję nauczycieli, rok byłam jednym z nich.

Mamy jednak XXI wiek i wielu z nas, większość z nas właściwie, pracuje intelektualnie. Wzmożony wysiłek umysłowy przestał być domeną pracowników naukowych, stał się udziałem każdego z nas. Nasze mózgi muszą sobie radzić ze zmęczeniem w równym stopniu, jak muszą sobie z nim radzić nasze ciała. Jednak, nasze prawo pracy nie przewiduje możliwości płatnego sabbaticala dla większości z nas. To źle, bo nie bierze pod uwagę zmian w sposobie wykonywania pracy, czy dobrze, bo nie zwiększa obciążeń po stronie pracodawcy lub samozatrudnionego? Tego nie wiem.

Wiem natomiast, że wdrożenie tego konceptu, konceptu dłuższego czasu poświęconego sobie samemu, własnemu rozwojowi intelektualnemu, czy każdemu innemu rozwojowi, dowolnie zdefiniowanemu, jest w naszych czasach niezbędny.
Przepracowanie, wypalenie zawodowe, spadające zaangażowanie, nie są kłopotami tylko nauczycieli i naukowców. Są rzeczywistością tych, którzy pracują głową, bazują w pracy na własnych zasobach intelektualnych, dla tych osób, dla których ośmiogodzinny dzień pracy jest mrzonką, bo praca nie opuszcza naszej głowy nawet w nocy, nawet w weekend i nawet na urlopie. 

Dla tych, którzy wychodzą z biura, ale rzadko opuszczają pracę.

Pewnego dnia, w 2018 zdecydowałam, że zaryzykuję i wypróbuję na własnej skórze, o co chodzi z tym sabbaticalem, jak to działa i jak ja zadziałam w czasie jego trwania. 

Ten post, to nie jest instruktaż, ani, tym bardziej, artykuł z serii „how to…”. To tylko zapis mojego doświadczenia, od momentu, kiedy dotarło do mnie, że sabbatical jest mi potrzebny, do teraz, do chwili, kiedy patrzę na to, co mi ów sabbatical dał i czuję zadowolenie.

Dlaczego sabbatical był mi potrzebny?

Jestem osobą, która w pracy daje z siebie dużo.
Nie oszczędzam się, ale jest to w takim samym stopniu zasługa mojego charakteru, jak i firm, w których dane mi było pracować.
Wszędzie, gdzie pracowałam, począwszy od Szkoły Podstawowej w małej, podkrakowskiej wiosce, przez grupę Onet, a potem Onet RASP, a skończywszy na Agorze, wszędzie znajdowałam fantastyczne środowisko i ludzi, z którymi, i dla których warto było ciężko pracować i warto było się starać.
Pracoholizm był zatem zrozumiały i wytłumaczalny. Tam, gdzie pracowałam, nikt nie pracował na „pół gwizdka”, zatem order pracy, za to co robiłam, mi się nie należy.

Ale z zasobami mojego organizmu działo się to, co z każdymi zasobami: kiedy są eksploatowane w sposób zbliżony do rabunkowego, lubią się wyczerpywać. Moje były na wykończeniu, mój organizm dał mi to do zrozumienia i zmusił mnie do zastanowienia się, co z tym zrobię. Czyli, jak to się mówi w większości korporacji: jak będę procedować?

Miałam kilka opcji.
Pierwsza, była najbardziej logiczna: zrobić to, co zwykle. Wyjechać na krótki urlop i wrócić do pracy, licząc na to, że wewnętrzne akumulatory mojego organizmu będą naładowane na jakiś czas.
Druga, była równie logiczna: iść do lekarza i sprawdzić, co mi jest. Z całą pewnością jest jakiś minerał, czy hormon, którego mi brakuje. Zawsze jest coś, czego brakuje, prawda? Recepta, uzupełnić to coś i już. To rozwiązanie jakoś mi się jednak nie podobało. Prawdopodobnie dlatego, że byłoby to, jak plaster na złamanie otwarte. Jeśli plaster jest wystarczająco szeroki, to może i zasłoni wystającą kość, ale niewiele pomoże na samą dolegliwość.
Trzecia opcja, była również ciekawa i również już przeze mnie wypróbowana: zacząć robić coś nowego. Zmienić pracę, zmienić stanowisko, zacząć coś nowego prywatnie, w wolnym czasie. Wolontariat, studia podyplomowe, zacząć ćwiczyć krav-magę. Zwykle zasada „kup sobie kozę” sprawdzała się bez pudła.

Wybrałam jednak, całkowicie wbrew własnym intuicjom, czwartą opcję: nie robić nic. 

Dlaczego  wybrałam sabbatical? 

Jest przecież tyle minusów rozwiązania, które wybrałam, minusów, które powtarzałam sobie każdego dnia, przez miesiąc, kiedy myślałam i podejmowałam decyzję:
  jestem doświadczonym managerem, ale mimo wszystko, praca nie czeka i nie będzie mi łatwo znaleźć  czegoś nowego, zwłaszcza w ciekawej firmie,
  będę mieć dziurę w CV! Jak to będzie wyglądać?
– nie robię się młodsza, sama wiem, że większość pracodawców lubi „młode, ambitne i kreatywne zespoły”, do których mogę nie pasować. A przynajmniej tak mogą uważać osoby rekrutujące i czytające moje przyszłe CV.
– zaczynanie od nowa jest bolesne…
–  jeszcze nigdy nie byłam w sytuacji, w której nie pracowałam!
– jak wytłumaczyć znajomym i ewentualnym pracodawcom, że „nic nie robię, bo tak chcę”? Żyjemy w kulcie coraz to nowych projektów, wiecznej, hektycznej czasem zajętości, jak to zatem „nic nie robię przez cały rok”? Nie robię, bo co? Przecież wszyscy pomyślą, że mi się zupełnie w głowie przewróciło.

Jednak, po przejrzeniu moich opcji, stwierdziłam, że te od jeden do trzy mam już „przerobione”. Owszem, wszystkie działały, ale na krótko. Każda z nich pomagała, ale po jakimś czasie znowu odczuwałam to samo.
Jedyne, czego nie próbowałam, to nie robienie niczego i danie sobie zgody na odpoczynek. Nie dwa, trzy tygodnie. Przez rok.

Jestem człowiekiem, który zwykle ma plany B i C, i którego plany B zwykle mają ich własne plany B i C.
Nie muszę zatem mówić, że byłam przygotowana na ewentualność „brak pracy”,  czyli mówiąc prosto z mostu, miałam oszczędności, takie „na wszelki wypadek”.
Jestem osobą niezależną. Lubię i cenię sobie swoją niezależność, także finansową, i nieważne, ile zarabia mój mąż, to w sytuacji, kiedy sama, z własnej i nieprzymuszonej woli, wybieram niepracowanie, to nie mogę po prostu być „na utrzymaniu”.
Psychicznie czułabym się z tym źle.
Gdybym cały rok żyła w cieniu myśli „rany julek, ja nie zarabiam, nie mam prywatnej kasy”, to wątpię, czy udałoby mi się zrobić cokolwiek z tego, co mi się udało. 

Stare ścieżki myślenia trzymają się mocno

Miałam zatem środki, miałam wybrany sposób, w który chciałam pomóc sobie w powrocie do pełni zaangażowania, sił, kreatywności i przyspieszenia zawodowego. 

Potrzebowałam teraz PLANU!
Prawie zaczęłam planować i zastanawiać się nad tym, co dokładnie będę robić w czasie, kiedy planowałam nic nie robić, kiedy, na szczęście, stuknęłam się w głowę.

Znowu miałam zamiar wejść na utartą i dobrze mi znaną ścieżkę. Znowu chciałam planować czas dla siebie. Znowu zadaniami, projektami, zamierzeniami, rzeczami do ogarnięcia i załatwienia chciałam utrudnić sobie zadanie. 

Jakie zadanie?
Postawiłam sobie pytanie, jakie zadałabym sobie, gdybym była na sesji coachingowej. Chciałam znaleźć odpowiedź na pytanie, co robiłabym, gdybym nie musiała pracować zarobkowo? Czym byłabym, gdyby świat, był światem idealnym, bez perspektywy emerytur, ubezpieczeń zdrowotnych, oczekiwań własnych i całego świata, zobowiązań, statusów, itd?

Pierwsze dwa tygodnie mojego sabbaticala nie były trudne

Były, jak urlop. Ani mniej, ani więcej. Dziwny, bo zaczął się w lutym, ale OK. Odpoczywałam. Chciałam robić rzeczy, czasem drobne i bez znaczenia, ale takie, na które wcześniej nie miałam czasu. Zrobiłam je, wszystkie i moja lista todo została zamknięta. Nic nie wisiało mi z tyłu głowy i żadne, nawet najbardziej błahe, ale niewykonane taski, nie odrywały mnie od myślenia. 

Kolejne tygodnie były bardzo ciężkie

Nie umiałam nic nie robić, ale nie byłam jeszcze gotowa, żeby zacząć coś nowego, coś, co mogłabym nazwać swoim. Nie miałam pojęcia, czym to „coś” jest. Biegałam, jakbym była w kadrze olimpijskiej emerytów. Przebiegłam po raz pierwszy dystans maratonu, dowiedziałam się, że nie przepadam za tym dystansem, ale potrafię go przebiec w 4:15:24, więc nie jest źle. Czytałam, namiętnie i wszystko, co w moim przypadku znaczy głównie literaturę faktu, kryminały i fantasy. Słuchałam audiobooków. Zapisałam się na zajęcia, na które nigdy wcześniej nie udało mi się uczęszczać. Spacerowałam po Warszawie, poznając miasto. 

Każdego dnia było mi lepiej i łatwiej myśleć, i któregoś dnia zrozumiałam dlaczego: proces detoksykacji zaczął się na dobre i w moim mózgu zaczynała się pojawiać przestrzeń na procesy myślowe, niezwiązane z załatwianiem spraw, czy ogarnianiem bieżączki. 

Nie będę ukrywać, jakkolwiek kochałam swoją pracę, to każdy kolejny rok zostawiał we mnie jakiś ślad, osad. Zapychał mi głowę, tak, że czułam się, jak komputer, w którym nikt, nigdy nie włączał programu czyszczącego RAM.

Mój program zaczął działać po dwóch miesiącach detoksu.

W kwietniu 2018 zaczęłam pisać

Zaczęłam pisać, bo zawsze chciałam to zrobić i zawsze miałam w głowie historie, które chciałam, w nieokreślonej przyszłości, spisać i opowiedzieć. Teraz nie miałam już żadnych wymówek. Nie byłam przemęczona, czułam się doskonale, nie miałam ważnych projektów na głowie, prezentacji, szkoleń, spotkań z zarządem, na które miałam być przygotowana, nie musiałam robić analiz, zestawień, budżetów, oceniać i być ocenianą. Byłam tylko ja i pytanie, czy to, co mi chodzi po głowie, to jest narracja, czy tylko moje złudzenie?

Pod koniec maja moi przyjaciele dostali ode mnie pierwszą wersję mojej pierwszej książki. Poprosiłam ich o opinię, ale wiedziałam, że nawet jeśli im się nie spodoba, nawet jeśli w delikatnych słowach powiedzą mi, że to grafomania, to ja i tak będę pisać. Bo to uwielbiam. To jedna z piękniejszych rzeczy, które kiedykolwiek robiłam, a jak się jest w moim wieku, to kilka rzeczy już się w życiu robiło. 

Historie, które miałam w głowie, jako szkice, urywki, cienie, pojawiły się z całą ostrością i chciały się pojawiać. Pisałam zatem dalej. 

Nie, to nie jest formatu Olgi Tokarczuk, czy Jamesa Joyce, nie. Nie. Ale nie o to chodzi, prawda? 

Ja lubię i cenię urban fantasy, i w tym gatunku mieści się to, co piszę. 

Mój sabbatical się kończy

Co jest jego efektem?
Pięć książek w jedenaście miesięcy.
Przez te jedenaście miesięcy pisałam każdego dnia. Pisałam w świątki, piątki i niedziele, nawet po kilkanaście godzin dziennie. Odwiedzając rodziców, w pociągu i autobusie, na urlopie z przyjaciółmi, w czasie rozmowy z mężem, za co go przepraszam.
Dalej tak piszę, bo dalej chcę to robić.
Co jeszcze? Wiele rzeczy, ale na płaszczyźnie prywatnej, a to nie jest miejsce na dzielenie się takimi rzeczami.

Co jest ważne? Wiem, że dla mnie mój sabbatical był dobrym pomysłem. Czy jest dobrym pomysłem dla każdego? Nie wiem. Nie potrafię tego powiedzieć. Ale żałowałabym, gdybym nie podarowała sobie takiego prezentu.

Nauczyłam się także wielu cennych rzeczy

Zaczęłam doceniać grupy osób (o nich poniżej), które kiedyś doceniałam deklaratywnie, ale których cechy charakteru i power dotarł do mnie w pełni dopiero teraz.
Zrozumiałam, jak niebywale skomplikowana jest polska interpunkcja i podziwiam wszystkich, którzy mają ją w jednym palcu, a szczególnie mojego byłego kolegę z pracy w Onecie, którego złośliwe dusze nazywały „Panem Przecinkiem”. Sorry!
Nauczyłam się, że praca niejedno ma imię, że pisząc, i nie zarabiając, potrafię być tak samo tym pochłonięta, jak pracą zawodową, za która mi płacono.
Dotarło do mnie, że mój mózg rozpaczliwie potrzebował przewietrzenia i to, że powinnam zrobić to wcześniej. 

Tylko, że wcześniej, to ja do tej wiedzy nie dojrzałam, a gdybym ją miała, to moje książki by nie powstały i moi bohaterowie nie ujrzeliby światła dziennego.
Nie żałuję.

Czy sabbatical był prosty?

Nie, nie był, z wielu powodów. 

– pracowałam kilkanaście godzin dziennie, ale i tak, gdzieś na dnie miałam wyrzuty, że „nie pracuję”! – pracuje się z domu, siedząc w tym samym otoczeniu długie godziny. Nawet jeśli pisałam w kawiarni czy w przestrzeni coworkingowej, to jednak byłam sama z sobą, większość czasu siedząc we własnej głowie. Jestem introwertykiem, nie jest to dla mnie kłopotem, jednak, jeśli nie jest się do tego przyzwyczajonym, to może być kłopotliwe.
– trudno jest mówić, tłumaczyć i wyjaśniać innym, co się robi. Powiedzenie „jestem pisarzem” jest nieadekwatne i nieprawdziwe w moim przypadku, powiedzenie „nie robię nic”, również nie jest prawdziwe.
– doceniam wszystkich, którzy zostają w domu i opiekują się dziećmi, osobami chorymi, niepełnosprawnymi czy starszymi. To, co wy robicie jest o wiele ważniejsze, wiele trudniejsze, niż to, co robiłam ja, a pewnie i tak jesteście o wiele mniej doceniani, niż jakiś tam autor, jakiejś tam niewydanej książki.
– nie mam pojęcia, jak będzie się rozwijać moja „kariera” lub „kariera zawodowa” i jest to powodem do niepokoju, ale jeszcze nie, stresu. Nie będę ukrywać, nie wiem, co się stanie od dzisiaj za miesiąc, czy dwa.
– jako były pracownik dużych korporacji doceniam wszystkich, którzy pracują sami, sami muszą dbać o wszystko i załatwiać wszystko, przebijać się do wydawców i do osób, które mogą im pomóc. Znowu i po raz kolejny: doceniam samozaparcie i determinację tych osób. Nie miałam, w pełni, tej świadomości wcześniej.
– sabbatical w polskich warunkach jest fanaberią i, najczęściej, tak właśnie jest traktowany.

Czy ktoś z Was, Szacowni Użytkownicy, korzystał z sabbaticala? Jakie są Wasze doświadczenia? Co robiliście? Jak Wam szło „nie robienie niczego”?
Jeśli nie mieliście nigdy takiej przerwy, czy przyszło Wam do głowy ją sobie zrobić?  Chciałabym poznać Wasze doświadczenia.

Uzupełnienie 4 sierpnia 2019

Dalej piszę. Mam na swoim koncie siedem skończonych fabuł, jedną w drodze, dwa opowiadania. Dwie książki wydałam, sama. Tak, prawdopodobnie cynicy mają rację, gdyby to było „rzeczywiście dobre, to ktoś by się znalazł i wydał”. Też tak myślę i dziękuję za uwagi. Wszystkie pomagają mi się bardziej cieszyć tym, co robię.

Moje książki można znaleźć na Smashwords.com , na Google Play Books, na Apple Books

Photo by Clark Young on Unsplash

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *