Skip to content

Co byśmy zrobili bez przyjaciół? Nic

Siedzę sobie i piszę

Głowę zaludniają mi obcy i nieistniejący ludzie, mówią coś, gdzieś biegają, ich emocje kontaminują się z moimi emocjami

Grzebię w sieci

bo nazwiska, daty, wydarzenia i fakty  m u s z ą  się zgadzać, nawet jeśli są trzeciorzędne dla całości sprawy. Kiedy grzebię, to nie piszę i frustracja we mnie rośnie, bo tłum w mojej głowie chce być napisany. A dla mnie ważne jest nawet to, jak się pisze: Sachertorte czy sachertorte? Błahe? Tak, ale ważne.

Wkurzam się

bo czasem zdania są krzywe i sens frazy oddalił się bardziej niż zakończenie powieści. Często bohater mi gdzieś utyka i nie chce się rozwinąć, miejscami logika kuleje, jeszcze gdzie indziej monotonia się wciska i upiera się, że wszystkie moje książki muszą zahaczać o Rzym. Mówię „nie”, ale i tak tam lewituję.

Sterta karteczek

pląta się po biurku, a na każdej jest perełka języka, diamencik zapoznanego geniuszu – innymi słowy Niezwykle Ważna Notatka. 

Warczę, klnę

zapętlam w koło swoją muzykę i tracę słuch, bo słuchawki walą wszystkim, co mają (ten wpis powstaje przy koncercie Stinga). Jestem monotematyczna i obsesyjna. Budzę się w nocy, żeby zapisać jedno zdanie…

Nie jest to proces czyściusi, bezbolesny i przebiegający łagodnie, co wiedzą ci, którzy mieli pecha obserwować mnie przy pisaniu. Ludzie, którzy znoszą mnie na co dzień (o których nie wspominam w tym wpisie, bo kategorycznie zabronili, grożąc sankcjami), a także ci, którzy wytrzymali ze mną w Bibione czy w schronisku na Maciejowej, wiedzą doskonale, jak nieobecny wzrok mam, kiedy stukam w klawisze. Jestem wtedy wszędzie, ale nie z nimi, nie tam, gdzie jest moja doczesna powłoka.

W takich – niełatwych życiowo – momentach zawsze mogę liczyć na:

  1. Rodziców. Mama zawsze zada doskonałe pytanie: masz już prawdziwą pracę? Tak, mamo, mam. Ostatnio spędziłam w niej trzynaście godzin. Co prawda dwanaście stron, które napisałam w trakcie, właśnie wyrzuciłam do wirtualnego śmietnika, ale to jest prawdziwa praca.
  2. Znajomych. Ci mówią mi, co się ma komu wydarzyć w książce i z kim. Ludzie ci pokazują, że im zależy i jestem im wdzięczna za pomysły, troskę i pytania. 
  3. Bliskich znajomych. Ci pytają: Shrek, daleko jeszcze? Odpowiadam: w cholerę daleko. Nie wiem, czy chcą książkę, czy żebym wróciła do żywych?
  4. Przyjaciół niezależnie od płci. To ci, którzy za nic mają moje jęki, złośliwości i fochy. Którzy maja w odwłoku proces, kurcze, tworzenia i bóle duszy „artysty”, jego ego i domniemaną wrażliwość.  Którzy uważają, że najlepiej motywuje mnie złośliwość, lekka szydera i elegancka ironia. Ci znają mnie najlepiej. Cóż, zawsze uważałam, że złośliwość jest formą sztuki.
Przedstawiciele tego gatunku robią także inne rzeczy:
  • Brutalnie odsyłają mnie do pisania („przestań pieprzyć, tylko pisz” – tak, facet to powiedział, a kto inny?)
  • Kiedy jęczę, że piszę źle, każą mi się wziąć w garść i pisać dobrze lub wrócić do korporacji i przypomnieć sobie, jak wygląda prawdziwe życie.
  • Bezlitośnie obnażają nagminne i bardzo dialektalne użycie czasownika „ubrać”, który dla mnie – i pewnie sporej liczby południowców –  znaczy tyle co „włożyć”. (wiem, że nie)
  • Pytają: dopominasz się o komplementy czy co? Haloooo? Ja? (też nie kupiłam swojego sprzeciwu)

Tak, marudzę. Tak, dziękuję.

Dziękuję także Ilonie Myszkowskiej z chatolandia.pl za możliwość wykorzystania komiksu we wpisie ❤️
Published inDroga Smoka

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *