Skip to content

„Ciemna strona Waszyngtonu”, czyli: nie, to nie jest aluzja to teraźniejszości

JFK  i jego czasy, ech…

Jak już się zwierzałam, historia prezydentury JFK nigdy nie pociągała mnie jakoś specjalnie.

Jednak po przesłuchaniu „A Cruel and Shocking Act” Philipa Shenona postanowiłam pogrzebać trochę w literaturze dotyczącej tego okresu i tej postaci. Odrzuciłam kilku apologetów Kennedy’ego, odrzuciłam kilku jadowitych przeciwników i skupiłam się na takim mniej zajadłym, na Seymourze M. Hershu.

Sięgnęłam po jego „Ciemną stronę Waszyngtonu” i nie zawiodłam się.


Lubię książki porządnie obudowane przypisami, cytatami i bibliografią.

Nazwijcie mnie zboczeńcem i fetyszystą, ale jeśli ktoś pisze historię, to jego głowa nie powinna być jedynym źródłem odniesienia, nawet jeśli pisze autobiografię.
Książka Hersha jest dobrze obudowana źródłami, aczkolwiek nie mam pojęcia, czy nie zostały one dobrane tylko po to i tylko tak, by potwierdzić tezę autora. Tego nie wiem i piszę to na początku.

Na potrzeby napisania swojej książki Hersh przeprowadził nie tylko kwerendy w archiwach, ale i godziny rozmów z ludźmi, którzy mogli rzucić światło na postać, zachowanie i decyzje prezydenta i jego otoczenia. Autor zresztą często wspomina, że coś zostało w jego książce ujawnione czy napisane po raz pierwszy. Pozostaje mi ufać w dobrą pamięć świadków oraz poprawną interpretację wydarzeń dokonaną przez autora.

JFK jaki był, nie każdy widział

„Ciemna strona Waszyngtonu” Hersha jest de facto odarciem krótkiej prezydentury JFK z pozłoty, którą została pokryta po udanym zamachu na niego.
Jakoś tak się dzieje, że gwałtowna śmierć postaci publicznej zdaje się wyłączać w „szerokiej publice” zdolność do krytycznego myślenia i znacznie ułatwia rodzinie/kolegom z partii działania o charakterze zdecydowanie propagandowym. Propaganda z czasem zamienia się w hagiografię i tak oto zamordowany w Dallas prezydent stał się bohaterem wyobraźni całego pokolenia. Jego wiek, uroda i urok osobisty przyczyniły się do znacznego ułatwienia zadania hagiografom. Prezydent John Kennedy był przecież, jak to mówił jego ojciec, „największą atrakcją kraju” [s. 98]. Nie przestał nią być i po swojej śmierci.

Nie, nie przepadam za Johnem F. Kennedym, jak na to wpadliście?

Propaganda, „smoke and mirrors” były w rodzinie Kennedych uznanym i akceptowanym narzędziem uprawiania polityki.
„Ciemna strona Waszyngtonu” Hersha to historia polityka, mężczyzny, który:

„[…] był przekonany, że świat należy do niego. Zdobył nominację (prezydencką, uzupełnienie moje), potem wygrał wybory. Wydawało mu się, że sprawy będą przybierały obrót zgodny z jego oczekiwaniami, więc po prostu po raz kolejny rzucił kości”. [s. 205].

Kennedy non stop „rzuca kości”, zawsze jest tak przekonany, że wie wszystko, rozumie wszystko, potrafi wszystko, wszystko robi najlepiej, więc po prostu robi, co chce. Otacza się ludźmi, którzy są mu absolutnie oddani i nie potrafią mówić „nie”, a nawet z nim dyskutować. To polityk, który przeniósł klanowość do struktur demokratycznego rządzenia dużym państwem w epoce nowoczesnej.

Nie, nie robię aluzji do współczesnej sytuacji USA. A może jednak trochę?

Hersh pokazuje rodzinny background prezydenta Kennedy’ego, szczególny nacisk kładąc na sylwetki ojca, Joe, i dziadka ze strony matki. Widzimy chciwość, rządzę władzy, przekonanie o własnej nieomylności. Kontakty z mafią, polityczne przekupstwa i zbrodnie, które nie kończą się ani z końcem prohibicji, ani rozpoczęciem prezydentury JFK. Widzimy jak pieniądze ułatwiają zwycięstwo, a nawet je załatwiają. Jak media łatwo dają się zmanipulować. Cóż, dziennikarze też ludzie.

Kryzys za kryzysem

„Ciemna strona Waszyngtonu” pokazuje najważniejsze kryzysy lat 60.: kryzys kubański, berliński i Zatokę Świń z perspektywy stopniowo odtajnianych dokumentów zarówno z Departamentu Stanu jak i tych, pochodzących z Moskwy. Tym drugim specjalnie nie ufam, mam tyle lat, że dopuszczam możliwość, że Sowieci nawet do własnych tajnych archiwów pchali fałszywki lub pięknie skrojoną wersję prawdy. Te drugie traktuję z większym zaufaniem.
Jakkolwiek by nie było, źródła pokazują, jak bardzo Kennedy kierował się własnym ego, zarówno w jego nienawiści do Castro, jak i chęci udowodnienia Chruszczowowi, że jest twardzielem. Przez takie podejście… dobrze, nie gdybam. Zacytuję za to jednego ze współpracowników prezydenta Kennedy’ego:

„Nie powinniśmy dopuścić, by oddziały dzieciaków wylądowały na plaży (w Zatoce Świń, uzupełnienie moje) i zostały rozbite za pomocą sprzętu, który mieliśmy unieszkodliwić wiele godzin wcześniej. Moim zdaniem wzięliśmy udział w masowej zbrodni…”. [s. 215]

Wszystkie te kryzysy pokazują bezmyślność, impulsywność i nieumiejętność sięgania po rady fachowców, typowe, zdaniem Hersha, cechy prezydenta Kennedy’ego.

Happy birthday, Mister President…

Innym, jeszcze mniej ciekawym aspektem osobowości Kennedy’ego było jego… był jego nieopanowany temperament seksualny. Wszyscy to słyszeliśmy, wszyscy o tym wiemy. Obawiam się, że rzeczywistość była gorsza niż plotki.
Jeden z agentów Secret Service powiedział następujące słowa:

„Często żartowałem, że nie byliśmy w stanie obronić prezydenta nawet przed chorobą weneryczną”. [s. 231].

Nie, nie byli. JFK nie zwykł ułatwiać zadań swojej ochronie. Chcecie więcej pikantnych historii? O Marylin Monroe, o Judith Campbell, o pierwszym małżeństwie prezydenta, o „polskim wątku” w sypialnianej historii JFK?

Odsyłam do „Ciemnej strony Waszyngtonu” Seymoura Hersha.

Czy „Ciemna strona…” to dobra książka?

Powiedziałabym, że tak. Nie czyta się jej na jednym oddechu, bo jest zbyt wypakowana faktami, by ktoś, kto jak ja, nie siedzi w tym kawałku historii, mógł ją pochłonąć za jednym zamachem. Musiałam często szperać w sieci, sprawdzać po swojemu, doczytywać, żeby w pełni docenić to, co miałam przed sobą, na stronach książki.

Z „Ciemną stroną Waszyngtonu” jest jak z wejściem do kuchni na godzinę przed Wigilią. Widzi się wszystko w rozproszeniu, brudne gary, resztki surowca, zmieszane zapachy niespecjalnie miło pobudzające mózg. Spotyka się niezadowoloną mamę/żonę/ciocię i zmęczonych pomocników tychże. A później, kiedy siada się do wieczerzy, widzi się już zupełnie inną rzeczywistość. Czy inną?
Z polityką jest podobnie. Zaplecze wygląda nieciekawie.

Aż strach pomyśleć, jak teraz wygląda taka „kuchnia” Białego Domu.

Lubicie JFK? Nie sięgajcie po „Ciemną stronę Waszyngtonu” S.M. Hersha. Nie lubicie go? To jest książka dla was.

Published inFascynacje historyczne

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *