Skip to content

C. Klobuch „Dom między chmurami”, czyli czekam na ciąg dalszy

„Kiedyś, dawno temu, słyszała od innej kobiety, że mężczyźni są tym, co robią, i że zwykle jest to tylko jedna rzecz. Niektórzy kochają konie, mówiła tamta, inni zapach krwi i pyłu na polu, na którym właśnie skończyła się bitwa, a jeszcze inny władzę – ale nie ma w nich nic więcej. Kiedy ich tego pozbawić, stają się jak puste skorupy i nawet, jeśli nadal żyją, to tylko dla zachowania pozorów. Czasami to pozwala im odnosić sukcesy gdzie indziej, bo nie dbają zupełnie o te nowe rzeczy i ryzykują; a czasem zostaje im już tylko dość siły, by nie pokazywać światu, że ponieśli klęskę”. [s. 196 w mojej kopii „Domu między chmurami”]

To był jeden z cytatów, który przykuł moją uwagę, głównie dlatego jednak, że jestem przekonana, że jest w mężczyznach więcej… przestrzeni. Czy jest jej więcej w Koro, głównym bohaterze „Domu między chmurami”? Doczytajcie recenzję do końca.

Ucieszyłam się, kiedy serwis Na Kanapie,

zapytał mnie, czy nie przeczytałabym i nie zrecenzowałabym „Domu między chmurami”.

Mam kilka wad (miłość do fantasy jest jedną z nich) i kilka zalet (m.in miłość do historii), więc książka, która łączy to pierwsze ze sprytnie przetransformowanymi kawałkami drugiego, zawsze mnie zainteresuje. Co prawda wydawca reklamuje książkę, jaką tą, w której „w której słowiańska mitologia miesza się z barbarzyńskimi kultami i wszechobecną magią”, ja tam jednak widzę starą dobrą tradycję Dzikich Pól, różnorakich obron Głogowa i Wołodyjowskich, nie słowiańską mitologię, która ostatnio musi być dodawana do wszystkiego, czy to ma sens, czy zupełnie go nie ma.

„Dom między chmurami”, czyli co?

Jak zatem zapowiada książkę wydawca, Zysk i Ska? A proszę bardzo:

Miłość, poświęcenie i zdrada w pasjonującej opowieści fantasy […] Minęły stulecia odkąd rycerze Wielkiego Księstwa Ostrodu powstrzymali pochód tysięcy stepowych wojowników, zalewający ze wschodu kontynent Poncji. Cena zwycięstwa okazała się jednak wysoka, zniszczone wojną państwo nigdy nie odzyskało dawnej świetności. Teraz na odległych stepach nowy władca znów jednoczy nomadów – jeśli mu się uda, Ostród nie wytrzyma kolejnego ciosu.

Na Koro, ciemnoskórego wędrowca z południa, czeka w Wielkim Księstwie zadanie, któremu nikt dotąd nie sprostał – poskromienie wielkiego ptaka, zdolnego unieść człowieka w powietrze, ale też rozpruć go jednym celnym kopnięciem. Z kolei Tami, krewna ostródzkiego dowódcy Derwana, szuka sposobu by wrócić do ukochanego wiejskiego majątku. Nie rzuciłaby tego miejsca dla wędrówek nawet na najbardziej niezwykłym wierzchowcu.

Sam Derwan nie ufa Koro, lecz potrzebuje jego powietrznych patroli. Jeśli kolejny rajd stepowych łowców niewolników nie zostanie zatrzymany, legnie w gruzach cały cywilizowany świat…”

Dodam, że Koro pochodzi z Ahonivii, gdzie dzieciaki kradną jaja olbrzymich ptaków, ortisów, i kiedy pisklę się wykluje, tresują je i stają się ich jeźdźcami.

W zasadzie można powiedzieć, że to, co napisał wydawca, jest odpowiednią zapowiedzią książki C. Klobuch, aczkolwiek… z jednej strony słowa te są nieco na wyrost, z drugiej zdecydowanie nie podkreślają mocnych stron książki.

Zacznę właśnie od nich

 

Po pierwsze – początek jest świetny!

Nie pomińcie, proszę, głębokiego symbolizmu sceny otwierającej „Dom między chmurami”. Kiedy mag Pakh tatuuje mężczyznę, który przychodzi do niego po pomoc dla swojego syna, mówi zaniepokojonemu ojcu:

„Będziesz miał wiele zdrowych dzieci, synów i córki. Ich potomkowie staną się liczni jak ziarna piasku na pustyni”. [s. 9, ibidem

Jest w tym echo Przymierza, jakie Bóg zawarł z Abrahamem i echo Jego obietnicy. Jak pamiętacie ten sam Bóg prosi później Abrahama o ofiarę z Izaaka i patriarcha jest gotowy tę ofiarę złożyć. Bóg jednak powstrzymuje w ostatniej chwili rękę ojca i młodzieniec uchodzi z życiem. W „Domu między chmurami” żaden bóg nie chroni dziecka i ostateczna ofiara zostaje złożona.

To mocny obraz, zwłaszcza widziany w kontekście opowieści biblijnej. W tradycji Starego i Nowego Testamentu Bóg jest wierny i troszczy się o swój lud, jak zatroszczył się o Abrahama. Tutaj widać jedynie chęć podporządkowania wszystkich sobie i za wszelką cenę.

Widzę mrok w przyszłości ludu, który Pakh poprowadzi, by podbił świat. Mag to pan, który wymaga, a w zamian daje jedynie pot, krew i destrukcję.

Czekam na kolejne części cyklu, by móc zweryfikować moje intuicje.

Po takim początku, mrocznym i mocnym, moja lektura przestała się nagle skupiać na zapowiadanym wątku romantycznym, a zaczęła na polityce. Wszystko nabrało innego, o wiele głębszego znaczenia. Książka przestała być jedynie przygodą młodego jeźdźca, obrazem jego drogi do dorosłości. Stała się bardziej epicką historią walki na wpół upadłego państwa z rosnącym w siłę, zjednoczonym nową ideologią, odrodzonym mocarstwem, które chce niszczyć i paść się na trupach podbitych ludów.

Pojawił się element nostalgii i głębi, tęsknoty i pewnego fatalizmu, który ujawnia się w pełni w końcowych fragmentach książki. Niektóre ze scen zostały mi w pamięci.

„Wiesz, jeźdźcy ortisów co jakiś czas wracają do Ahonivii, że opowiedzieć o swych wędrówkach tym, którzy zostali. A właściwie kiedyś mi się wydawało, że o to chodzi” – mówił Koro swojej ukochanej i wyjaśniał dalej – „Kiedy już miałem własnego ortisa, zrozumiałem, że jeźdźcy przylatują po to, żeby się upewnić. Chcą wiedzieć, że Ahonivi wciąż istnieje, że dzieciaki z głowami pełnymi marzeń nadal wychowują tam pisklęta, a dorośli nie śmieją się z ich naiwnych planów. Kiedy masz w pamięci takie miejsce, możesz ruszać dalej i odkrywać nowe lądy”. [s. 387 ibidem]

No dobrze, początek zacny. Co jeszcze jest plusem?

Wiecie, uwielbiam przemyślane światy, w których wszystkie aspekty rzeczywistości do siebie pasują i zaufanie czytelnika do autora nie jest nadużywana. W świecie „Domu między chmurami” geografia jest spójna, zwyczaje i religia trzymają się kupy, historia pojawia się i pięknie przebłyskuje z narracji, biologia i świat natury są interesujące, ludzie zachowują się, jak tego można oczekiwać, znając gatunek Homo Sapiens. Twórca naprawdę to przemyślał. Cieszy mnie to niebywale, bo czytałam za dużo pozycji, w których rzeczy pojawiały się z du… hmmm deus ex machina. Mam logiczny umysł, który lubi przyglądać się światom tworzonym przez innych:)

„W drodze do Strohomia Biem opowiadał mu o nosomakach, nazywanych tak od wielkiej narośli otaczającej nos i pomagającej zwierzęciu zebrać wydawany nosem wrzask w wąską wiązkę. Czarne drapieżniki używały tej broni głównie do polowania na lotoświstaki, szybujące pod koroną bukłakowego lasu, ale dla większych stworzeń krzyk też był groźny. Celne uderzenie z pięćdziesięciu kroków powodowało u człowieka ból głowy trwający nawet kilka miesięcy i zaburzenia równowagi dość silne, by ofiara nie mogła przejść prosto kilku kroków ani utrzymać się w końskim siodle. Bliższe spotkania wiązały się z jeszcze większym niebezpieczeństwem.  Nosomaki nie bały się ludzi i nie dawały się łatwo zabić. Strzały z łuku często ześlizgiwały się po grubych kościach czaszki, a trafienia w tułów pozostawiały zwykle rannemu drapieżnikowi dość czasu by mógł krzyknąć raz czy dwa w stronę myśliwego” [s. 278 ibidem]

Postaci drugoplanowe są ciekawe

Narysowane lekką kreską, ale taką, dzięki której stają się żywe i zyskują własną osobowość. Taka na przykład skresarka Drahusza, kobieta po czterdziestce i po przejściach, która wie, że życiem trzeba się cieszyć, kiedy się da.

„- Tobie zostało więcej czasu niż mi, panie de Savernes, i więcej nadziei. Korzystam z tego, co mam w garści. Już się nauczyłam, że że chwile przychylności Starej Pani nie zdarzają cie często i nie trwają długo”. [s. 186 ibidem]

Podobnie ciekawe są postaci Aniki, Derwana i kilkorga drugo- i trzecioplanowych bohaterów.

Ortisy i ludzie, czyli jak oswoić wielkiego ptaka?

Tak. To jest piękny kawałek książki, te miejsca, w których twórca pokazuje, co łączy jeźdźca i jego ptaka. Kapitalne od początku do końca. Czułam się jakbym czytała o zaklinaczach koni i podobało mi się to.

Plus, a raczej minus

Język powieści

Poprawny. Może nie porywający i uwodzący frazą, ale czyta się go bez bólu i irytacji. Miejscami piękny, miejscami chłodny, nie ułatwiający wejścia w relację z postaciami.

Kłopotem dla mnie było to, że w zasadzie w „Dom między chmurami” to wyłącznie dzianie się, wydarzenia. Postaci miały tyle charakteru, co kot napłakał. Niewiele posiadają życia wewnętrznego, niewiele przemyśleń, planów, czy marzeń. Są – jak ci mężczyźni z cytatu, którym otworzyłam recenzję – jednotorowe. Ciężko jest je polubić.

Udziwnienie redakcyjno-wydawnicze

Nie do końca rozumiem tego typu oznaczania kolejnych części książki:  „Rozdział 36 (Koro)”. Nie umiem zgadnąć, jaki ma sens podawanie w tytule rozdziału imienia osoby, z której perspektywy śledzi się akcję? Wiedza czy to Koro, Tami czy Derwan nic nie zmienia! Narracja jest w trzeciej osobie, język postaci nie jest przesadnie zindywidualizowany, jako czytelnik nie pogubiłabym się z całą pewnością i nie łamałabym swojej pięknej główki nad tym, kto też jest bohaterem tego rozdziału? 

Nie, nie jest to błąd, raczej… jest to jakby obietnica, że stoi za tym zabiegiem redakcyjnym coś więcej, coś czego nie ma. 

Akcja

Tu też jest +/-. Są świetne momenty, te bliżej końca, a zwłaszcza bitwa. Więcej nic nie powiem, bo nie chcę podrzucać spoilerów. Są także takie, że przy czytaniu łapałam się za głowę, jak choćby fragment, kiedy skrytobójca czai się na Derwana…. No kaman!

Nie, nie narzekam wcale na to, że akcja czasem hamowała. To nie jest wada „Domu między chmurami”. Wtedy, gdy wydarzenia nie pędziły do przodu, autor budował świat powieści, uzupełniał informacje o historii, o religii czy polityce.

Lubię książki, za którymi nie trzeba biec, które można smakować.

Minusy „Domu między chmurami”

Bohaterowie!!!!

Koro i Tami są po prostu… nie tyle niedojrzali, co niedopisani. Rozległość narracji, wielka historia, która ciąży nad ich życiem, polityka – wszystko to przytłacza tę dwójkę.

Nie boleję nad nimi, nie cieszę się z nimi, nie wierzę w miłość, która ich podobno ma łączyć. Nie znam ich, nawet nie chcę ich poznać. Interesuje mnie, co stanie się w państwie, jak będzie wyglądać atak, obrona, czy dowódca sobie poradzi, czy pospolite ruszenie da radę. To mnie interesuje, bo tę część książki twórca napisał porządnie i tak, że wciąga. Epopeja powinna mieć bohaterów, a tu ma tylko i aż porządnie napisaną warstwę historyczną.

Humor

Nie ma. Słownie: zero.

Na koniec:

Przeczytajcie „Dom między chmurami”, C. Klobuch, bo – pomimo mojego marudzenia – warto to zrobić.

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *