Skip to content

„Błyszczące sześciany” Dexa Carstera, czyli jak nie pokochałam głównego bohatera

„Poczułem coś na kształt pogardy do siebie za chwilę okazania słabości. Ucieczka od problemów poprzez strumień lasujących mózg zawartości transmitera była jednak zbyt pociągająca dla mego rozdartego serca.
Romansidła, dramaty, sporty drużynowe, fantastyka naukowa, kanały przyrodnicze, erotyka – wszystkiego było na pęczki. Wszystkim tym karmił się dawny świat i do niczego dobrego nas to nie doprowadziło. Nie miałem zamiaru powielać błędów innych pochłaniaczy tanich odskoczni od rzeczywistości. Mimo wszystko wciąż uważałem, że mogłem zrobić dla świata coś więcej niż tylko stać się jednym z wielu trybików nienaoliwionej maszyny, która w drodze do celu i tak prędzej czy później ulegnie awarii. Tak to wszystko działało od wieków; niejedna historia zatoczyła krwawe koło i niejedno marzenie zostało przemienione w pyłu porwane przez wichry czasu. Nie można w nieskończoność powtarzać tych samych głupstw. Ktoś kiedyś musiał zatrzymać toczący cywilizację nowotwór indyferentyzmu”. [s. 202 – 203]

Niezły cytat, prawda? I wiecie co? To jest bohater „Błyszczących sześcianów” w pigułce. Aczkolwiek – co muszę powiedzieć jako spoiler – jako czytelnik uważam, że nowotwór indyferentyzmu dotknął zwłaszcza jego samego. IMO Roger, którego losy śledzimy w „Błyszczących sześcianach”  interesuje się… tylko sobą.

To powody, dla których z bohaterem się nie polubiliśmy.

A książka? Posłuchajcie.

Kiedy czytałam „Błyszczące sześciany”, zastanawiałam się, jakim cudem moja ocena tej książki może być tak… dwoista. Bo jest to i dobra książka, i niezwykle irytująca. Nie-zwy-kle.

Zacznę od tego, co mi się podoba.

1. Fabuła

Dobrze wymyślona, wciągająca, w miarę spójna. Jeśli się wciągniesz – czytasz i nie odpuszczasz. Kawał dobrej przygodówki.

A, nie powiedziałam o czym to jest

Nadrabiam zaległości, oto jak książkę przedstawia wydawca, Wydawnictwo NovaeRes:

„Im więcej odkrywasz, tym więcej tajemnic pozostaje nierozwiązanych.
W niedalekiej przyszłości życie zostało zdominowane przez tajemnicze przedmioty zwane skrzyniami eksploracyjnymi. Każda z nich umożliwia użytkownikom wejście do jednej z mnogich kreacji – pełnych wyzwań, alternatywnych rzeczywistości skrywających cenne nagrody. Roger Orter, nieautoryzowany eksplorator, postanawia odkryć tożsamość geniusza odpowiedzialnego za zrewolucjonizowanie ludzkiego życia. Talent i odwaga Rogera, tak przydatne w zdobywaniu kolejnych fantów, pewnego dnia sprawią, że mężczyzna wplącze się w śmiertelną intrygę uknutą przez nieuchwytnego Kreatora. Co będzie musiał poświęcić, by uratować siebie i swoich najbliższych?”

2. Realizm oniryczny

Bardzo, ale to bardzo podobają mi się części narracji opisujące pobyt Rogera wewnątrz światów, wytworzonych przez Kreatora, wewnątrz skrzyń. To mroczne chwile, oniryczne, w których zawieszeniu ulega wszystko to, co wiemy, a pojawiają się koszmary, jakim eksplorator musi stawić czoła.

Bardzo dobrze napisane, dobrze przemyślane, żałowałam szczerze, że jest ich tam mało, bo szczypta horroru dodaje książce pikanterii.

3. Zakończenie.

No wiadomo, że kolejna część już jest na twardym dysku, tak zwykle jest. Ale to zakończenie jest ciekawe, intrygujące i zostawia w czytelniku posmak, jaki powinny zostawiać dobre książki.
Ok, autor trochę przyspieszył na końcu, pojechał nieco po łebkach, jakby zabrakło mu pary, albo jakby stwierdził, że książka jest za gruba i teraz trzeba znaleźć w sobie oszczędność słów. Mimo tego – podoba mi się zakończenie.

4. Obsesja głównego bohatera

Nienowy to pomysł, ale dobry i ciągle „żre”. Każdy zna kogoś, kto ma jedną, jedyną obsesję czy pasję i wszystko dla niej poświęci. Bo czy mówimy o samochodach, znaczkach czy łowieniu łupów w skrzyniach – nie ma znaczenia. Widać też ewolucję obsesji Rogera. Najpierw to skrzynie i to, co w nich jest, a raczej to, co znaleziska mogą przynieść dobrego. Później to już osoba tego, który skrzynie tworzy. Znaleźć go, dopaść za wszelką cenę.

Na +/- jest język

Język jest pomiędzy plusami i minusami. Poprawny, z kilkoma babolami, które mam nadzieję nie ukażą się w docelowej wersji książki (miałam recenzencką, przed redakcją i korektą, zatem ufam, że będzie lepiej).

Miejscami za dużo „mych” i „me”. Lubię archaizacje, ale tu nie pasowały kompletnie do niczego. Próbka stylu jest w cytacie otwarcia i w cytatach poniżej.

„W chwili zmiany naszego położenia do napaści przystąpiły kolejne hordy uśmiechniętych istot. Ich pozbawione ludzkich cech lica emanowały czystą nienawiścią. Jak dotąd żadnemu z wrogów nie udało się nas nawet zadrapać. Ścieżka, którą podążaliśmy, wybrakowana była podziurawionymi trupami.
W moim sercu zakwitła nadzieja, że uda nam się zbiec”. [s. 120]

 

„Ukląkłszy, ksiądz Schmidt zaczął przechadzać się po pomieszczeniu, podpalając po kolei knoty licznych lamp oliwnych, przymocowanych do emanujących chłodem, spękanych ścian. Czerwone światło wypełniło wnętrze kościoła. Przywołując do życia cienie znajdujących się weń obiektów”. [s. 144]

Sentymentalnie, niby-poetycko, dużo słów, żeby pokryć miałkość bohatera.

Tak. Teraz orzechodzę do tego, co mi się nie podobało

Stopniujmy napięcie.

A. Praktyczny brak kobiet

W świecie „Błyszczących sześcianów” na pierwszy planie są mężczyźni. Bohater jest mężczyzna, jego przyjaciela nim jest, policjanci nim są, hakerzy, gangsterzy, duchowni, Kreator. Wszyscy, którzy się liczą, „przestraszonych” i „zmęczonych” pielęgniarek nie liczę. A, lekarz też jest facetem.
Czyli niby przyszłość, ale taka XVII wieczna. Co prawda jest…

B. Ona, czyli żona

Jedna kobiet w ważkiej roli, ale to żona. Laura. Laurą charakteryzuje się tym, że jest piękna, kocha męża i nie chce, żeby ten szedł za swoim powołaniem, czyli nurkował w skrzyniach, w światach powołanych przez Kreatora i z nich wychodził ze skarbami.

Serio – nic więcej. O stosunku bohatera do małżonki – jedno zdanie poniżej.

C. Bohater

Zacznijmy od tego, że to człowiek nadzwyczajny, który potrafi udusić cyborga. Nie, to nie pomyłka. Chwyta za gardło istotę, której czaszka (podejrzewam że zatem i szyja) są mechaniczne, zaciska i ten traci oddech. Serio to jest wyczyn.

Nie znosi korporacji, państwa, policji, Ligi Światowej. Jestem pewna, że w 2020 byłby przeciwnikiem Unii, Gatesa, nie myłby rąk i nie nosiłby maseczek, ale opowiadałby komunały, że w kolejnej skrzyni znajdzie coś, co pomoże ludzkości i zwalczy pandemię.

Przy końcu książki, po traumatycznym przeżyciu, Roger ogląda zdjęcia. I wiecie, co widzi?

„W chwilach najgorszego zwątpienia zbierałem w sobie resztki odwagi i przeglądałem stare fotografie, na których widniałem razem z Laurą”. [s.339]

Nie – na których mogłem zobaczyć jej kochaną twarz, nie. Co to, to nie. „Na których widniałem razem z Laurą”. A co, jej zdjęć solo nie ma? Nie? No po co, przecież to Roger był ważny.

Przy końcu książki Roger mówi, że „zapłacił za to straszliwie wysoką cenę” [s. 351]. Otóż nieprawda. Zapłacili WSZYSCY, tylko nie on. Inni płacili, on tarzał się w poczuciu winy i robił dokładnie to, co zawsze. Ale czyż wszyscy tak nie robimy?

Autorze, ukrywający się pod pseudonimem Dex Carster: PISZ. Pisz, bo tak mnie wkurzyłeś, że hej. Pisz, bo masz ciekawą wyobraźnię.

Published inCo teraz czytam? Czego słucham?

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *