DROGA SMOKA – przewodnik po świecie i postaciach

By Monika Lech

Urban fantasy? Nie wiem, nigdy nie słyszałem – powiedział Alex, Zmienny, przeciskając się koło mnie i zmierzając do biblioteki.
Nie wiem, czy byłabym w stanie powiedzieć, że on po prostu szedł, bo on zawsze „zmierzał”. Hyeon Ju „udawał się”, Andrea „lazła”, a Oleg „szedł”. Jego obawiałam się najmniej i czasowniki przy nim nie mutowały, tylko były sobą.

Zmienni to nic innego, niż Homo Sapiens Variabilis, rasa inteligentnych hominidów, zasiedlająca Ziemię od setek tysięcy lat, równolegle z nami, Ludźmi. Zmienni nie są łagodnymi pięknoduchami i mają w sobie dwie istoty: Człowieka i Bestię. Obie są połączone, obie inteligentne, obie długowieczne. Tylko błagam, nie mówcie o nich wilkołaki. Jeśli to słyszą, to nie są zadowoleni. Wilki zwykle się irytują, a Koty… a Koty po prostu odwracają się na pięcie i odchodzą w milczeniu. Jeśli masz szczęście. Jeśli masz pecha, to tracisz zęby. Powiedziałam, że są drapieżni? Nie, zapomniałam. A powiedziałam, że są nieprzyzwoicie przystojni? No właśnie… no właśnie.  Nikt nie mówi, że życie jest proste.

Informacja natury ortograficznej. Pojęcie „Ludzie„, czyli Homo Sapiens Sapiens, piszemy zawsze dużą literą, chyba, że chcemy po prostu wrzasnąć „ludzie, do k… nędzy, co się z wami dzieje?”. Wtedy, mała litera jest wymagana i uzasadniona.
Aaa… dotarło do Was, że Ziemia nie jest tak płaska, jak się to niektórym wydaje, prawda? No, brawo! Zaczęliście drogę do oświecenia!
Jedźmy dalej.

Mamy jeszcze Homo Sapiens Magensis, czyli Magicznych. To również hominidy, również nierozróżnialne, na pierwszy, drugi, trzeci i osiemdziesiąty rzut oka, od Ludzi. To, pytacie, co to za hece z tym osobnym gatunkiem?  No cóż, to są istoty, które władają magią. Jedne są słabiutkie, jak ci Ludzie, którzy lubią udawać wiedźmy i czarowników. Inni… moc innych jeży włos na głowie.
Można się zwracać do nich per „you witch”. Zwykle się nie obrażają, a jeśli się obrażą, to cóż, populacja ropuch w Europie się kurczy i nie jest wstydem ją zasilić.

Nie, to nie wszystko.
Są jeszcze Nieśmiertelni, którzy, moim zdaniem nazwani są dość… paradoksalnie, bo, żeby zostać Nieśmiertelnym, to trzeba umrzeć. Ale, jak już umrzesz i Twój rodzic da ci tę iskrę nieśmiertelności, to potem żyjesz i żyjesz, i żyjesz. Musisz uważać na srebro, na możliwą dekapitację i na oczy. Oczy masz wrażliwe. Ale słońce lubisz, nawet możesz się opalać. A, i musisz czasem pić  krew, bo inaczej ta iskra, o której pisałam, po prostu zanika. Nieśmiertelni są również nieprzyzwoicie piękni i, jak jestem straight, to Parvaneh śni mi się po nocach. Platonicznie, ale mi się śni. Nie, to nie jest ten przypadek, że trzeba wezwać Dreamwalkera na ratunek. Dreamwalker jest też niczego sobie, mimo iż ani Zmienny, ani Nieśmiertelny.

Nie wolno, podkreślam z całą mocą, nie wolno mówić o Nieśmiertelnych „wampiry”. To faux pas mniej więcej takie, jak nazwanie własnej teściowej „pijawką, harpią, heterą”, czy innymi, równie miłymi epitetami. Ja mojej to powiedziałam i godzinę później nie miałam męża i domu. Tak jest, jak się mieszka w Las Vegas.
Gorąco zatem odradzam, ale to ciągle jeszcze wolny kraj, więc nikomu nic nakazać nie mogę.
Co my tu jeszcze… no tak, jak mogłam zapomnieć o Panteonach? Panteony to różnorodna czereda, zwykle wewnętrznie skłócona, zwykle leniwa, ale czasem groźna i nieodpowiedzialna, zwłaszcza, jako rodzice. A z drugiej strony, nie ma lepszych przyjaciół, niż Panteony. 

To chyba wszystko, co jest ważne. 

A, nie.
Mamy drugą połowę XXI wieku. Pierwsza zakończyła się spektakularnymi dokonaniami rasy Homo Sapiens Sapiens.
Nie wiem, jakim cudem wszyscy to przetrwaliśmy, Entropia jest chyba po naszej stronie i ciągle jeszcze rozmnażamy się z większą szybkością, niż się zabijamy. I ciągle jeszcze Ludzie nic nie wiedzą o tym, że koło nich, po tych samych ulicach, chodzą istoty, które mogłyby ich populację zdmuchnąć z powierzchni planety. Mogłyby, tylko obawiają się nudy. Tak przynajmniej myślę, bo nigdy żadnego z nich, z tych potężnych, o to nie zapytałam.

To całe „urban fantasy” jest właśnie o tym. I o przepowiedniach, wojnach, miłości, trochę o seksie, bo w końcu wszyscy jakoś się muszą rozmnażać, więc, czemu nie, skoro to fajne i każdy to robi?
Czy to romanse?
Tak. To są romanse.
– Nie masz nic do roboty? – Yoshitsune zajrzał mi przez ramię i popatrzył na to, co piszę – Jakie romanse, dziewczyno, my tu świat ratujemy, a ty myślisz, że my to dla siebie? To są poważne sprawy, przetrwanie i koegzystencja, a ty tu o miłości… tylko nie mów, wiesz komu – rzucił na końcu.
Odszedł, kręcąc głową, a ja zagapiłam się na jego tyłek. Dobrze, że nie ma wiadomo kogo…
– Hej, ty, dziunia – Andrea darła do mnie twarz z pierwszego piętra – Alarm mamy. Dwójka krasnoludów prawie wlazła do zbrojowni. Weź ich przejmij, nim położą tłuste łapy na którejś z katan, albo na moim karabinie, co?
– Yes, m’am – powiedziałam, jak każda dobrze wychowana niania.
A potem zerknęłam na szybę, na której wyświetla się położenie wszystkich krasnoludów, czyli dzieciaków z tej rodziny. Faktycznie, dwójka zakradała się na poziom -2, w pobliże zbrojowni. Mieli do niej jeszcze z dwieście metrów, ale z tymi genami znajdą się tam za chwilę.
Zamknęłam oczy i przyblokowałam im drogę.
My, Magiczni, wiemy, co robimy. 

 

 

Wyimek z pierwszej części „Drogi Smoka” znajdziesz pod tym linkiem: „Morze krwi” fragment