Skip to content

„Bladość powłok” Marcina Pełki, czyli książka jak pudełko czekoladek…

No dobrze, chciałam użyć innej metafory, to prawda, ale ta z „Forresta” sama wskoczyła mi do głowy, bo „Bladość powłok” Marcina Pełki to zbiór dwudziestu jeden opowiadań SF o różnej wadze i jakości.

Mamy szerokie, za przeproszeniem, spektrum tematyki i jakości: od bardzo dobrego „Hodowcy” przez błahy „Posterunek”, foturologiczno-nostalgiczne „Lato w mieście”, ciepłego i pełnego słońca „Uzdrowiciela”, po „Rekord” czyli po prostu „Taxi” w wersji rok 2100, niebywale irytujące „Fale”, śmieszny „Dowód istnienia”, pozostający w głowie „Październik” czy zupełnie wypadające z pamięci i nijakie „Rhomos, Colleus Beta” i „Przełom”.

Jednak mimo iż w jego zbiorze „Bladość powłok” pojawiło się kilka słabszych opowiadań,

Marcinowi Pełce należy się szacunek.

Jako ktoś, kto nie jest w stanie napisać opowiadania (one są dla mnie zbyt krótkie 😞), w pełni doceniam każdego, kto dobrze się czuje w tej formie, kto umie się okiełznać wyobraźnię i własny słowotok, i jest w stanie opowiedzieć historię na marnych kilku stronach. Nie posiadłam jeszcze tej umiejętności.

Ukłony dla każdego, kto to potrafi. Opowiadania są bowiem formą wymagającą warsztatowo i niełatwą w wykonaniu.

Ogólnie rzecz ujmując: jest na czym mózg zawiesić!

Są dwie myśli przewodnie spajające „Bladość powłok” Marcina Pełki: to Obcy (w rozumieniu SF) oraz przyszłość Ziemi.

Obcy!

W pierwszym nurcie, tym, w którym mamy do czynienia ze spotkaniem dwóch ras inteligentnych, Pełka daje nam bardzo dobre opowiadanie „Dowód istnienia”, ale daje także kilka opowiadań, które są dość… które na kolana nie rzucają. Ot, pokaz sprawności Autora w wymyślaniu kolejnych Obcych („Symbioza”, „Prymitywna rasa”, „Zarodniki”), których już widzieliśmy, w sytuacjach, o których już czytaliśmy. Poprawne, ale głowy nie urywają.

Za to „Dowód istnienia” mnie urzekł.

Czym? Ironią, przewrotnością (ok, niech będzie, że przewidywalną, ale jednak), skatologicznym humorem, jadowidością języka narratora. Czytałam dwa razy i śmiałam się, serio – śmiałam się!

„W pewnym momencie jeden z obcych stworów odszedł od grupy pozostałych nieco w bok. Termevianus, ufając instynktowi, podążył niezauważony za nim. Wszystkie zmysły wyczulone miał do granic możliwości. Obcy zatrzymał się, obrócił dwukrotnie dookoła i na oczach niepomiernie zdziwionego Caprionina zdjął wierzchnie warstwy swojej skóry. Chwilę później ponownie zgiął się w pół, tym razem jednak nieco inaczej niż poprzednio. Środkowa część jego nagiego ciała wystawała teraz znacznie ku tyłowi. Coś powoli wysunęło się z niej. Termevianus nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że obcy składał jaja. Już wiedział, co zaniesie Plemiennej Radzie Dostojnych”. [s. 91]

Jak widzicie z niektórych wypraw przynosi się tylko… nie skończę tego zdania. 😉

W głowie siedzi mi także „Październik”, którego refren: „Trwał październik. Ostatni miesiąc życia Bradocka” rozbrzmiewa potężnie raz po raz, najpierw rozpaczliwie, potem paradoksalnie tryumfalnie. To dobre opowiadanie.

Podobnie, jak dobry jest „Uzdrowiciel”. Inny niż pozostałe w zbiorze, jakby do niego nie pasujący, bo bardziej fantasy niż SF, ale przecież również traktujący o obcości.

Ziemia za dobrych parę lat…

Jeśli o tę tematykę chodzi, to Marcin Pełka optymistą nie jest. Wiecie, albo nas najadą Obcy, albo my najedziemy cudzą planetę, albo doprowadzimy swoją do stanu nieużywalności. To ostatnie zwłaszcza w „Bladości powłok” Marcina Pełki wybrzmiewa mocno i wręcz dosadnie. Widać to zwłaszcza w naszym, polskim kontekście, kiedy „ekologizm” jest wyśmiewany, ekologia lekceważona, żyjemy, jakbyśmy byli właścicielami Ziemi, nie jakby była nam użyczona. Pełka to widzi.

„Lato w mieście” jest jednym z dziwnych i zostających w głowie opowiadań. Pełka kresli w nim obraz o Łodzi przyszłości. Jest w tej wizji nostalgiczna i nieco beztroska nuta, którą znamy z „Mikołajków” (jest nawet Jadwinia, słowo daję, jest!). Narracja prowadzona jest w pozycji dziecka i to sprawia, że historia łapie za gardło. Bo my, to pal licho, ale czy chcemy dla naszych dzieci życia w skafandrach, podziwiana roślin z plastiku i obawy przed zapyleniem? Serio, chcemy? To opowiadanie każe nam się nad tym zastanowić.

„Leżeliśmy na spękanym betonie, a zakurzone skafandry głośno brzęczały, próbując poradzić sobie z nadmiarem wyprodukowanego przez nasze ciała ciepła. Szczepan opowiedział wówczas ciekawą historię. Według niego dawno temu także grano w piłkę, tylko że nie magnetyczną, a zwykłą, z powietrzem wdmuchanym pod ciśnieniem do środka. Podobno grały dwie drużyny w odmiennych strojach, a na rozgrywki przychodziły wielotysięczne tłumy.
Ach ten Szczepan! Chłopak na bujną wyobraźnię, mógłby pisać fantastyczne książki”. [s. 138, pisownia oryginalna]

No właśnie.
Drugim, równie mocnym było „Kino”. Nie, nie będę go strzeszczać, zostawiam Wam możliwość odkrycia świata wyobraźni Marcina Pełki.

Jest jeszcze „Próba”, która jest mocnym dowodem na destrukcyjną siłę punka. Matko! nie pozwól swojemu dziecku grać w kapeli! Świat przez to skończy się szybciej, niż myślisz!
Dziękuję Autorowi za to opowiadanie. 😀

Ale najlepszy jest „Hodowca”. Jeśliby trzeba było streścić to opowiadanie w jednym zdaniu, brzmiałoby ono: „będzie pan zadowolony!”. Wiecej nie powiem, bo zaspoilerowałabym. Przeczytajcie, śmiejcie się, śpieszcie się kochać NFZ póki jest.

Wady „Bladości powłok” Marcina Pełki

Wady? Prócz opowiadań, które autentycznie nie zmarszczyły mi myśli i których bym nie zapamiętała, gdybym nie robiła notatek w czasie czytania? Hmmm.

Język i irytująca tendencja Autora do inwersji i pleonazmów!

Marcin Pełka pisze dobrze. Ma warsztat, jest sprawny językowo. W kilku miejscach są słabe momenty, kiedy struktura zdania tak się pochrzaniła, że można ją uznać tylko za błąd. Książka jest jednak przed korektą i mam nadzieję, że usterki językowe znikną. Podobnie jak zniknie przezabawny „przydomowy ogórek” [s.140], który porządkował jeden z bohaterów.

Nie to mnie uwierało.

Uwiera mnie skłonność Autora do odwracania szyku wyrazów.

Nie wypisywałam sobie wszystkich przykładów, ale zostawię tu kilka, bo jest możliwe (choć mało prawdopodobne), że najzwyczajniej w świecie się czepiam.
Otóż mamy: „sieciowe łącze”, „aktywujący kod”, podbramkową sytuację”, „zabiegowe stoły”, „nerwowy rozstrój”, „medyczny pakiet”, „bojowe zadanie”, „reklamowe slogany”, „bateryjne ogniwa”, „izolacyjne skafandry”, „krwionośne naczynia”… itd itp.
Wypisałam je z całości tomu, bo musiałam wziąć pod uwagę, że może to część stylizacji językowej któregoś z narratorów. Ale nie. To cecha języka Autora. Mnie irytowała, ale nie każdego musi, prawda?

Podobnie jak nie każdy musi czepiać się pleonazmów. Wszystkich tych „stawów pełnych wody” (a czego by innego?), „ryb morskich” (kiedy piszemy o morzu…) „graficzne wykresy” (a jakie?), „osteoporoza układu kostnego” (a czegóż innego?), „urzeczywistnienie teorii w praktyce” (urzeczywistnienie teorii = praktyka, prawda?).

Widzicie? Czepiam się. Ale czepiam się, bo mi się „Bladość powłok” Marcina Pełki podoba i żal mi, że takie „okruszki” przeszkadzają mi w czytaniu i drażnią.

Najgorsze jest jednak coś innego.

Kulejący komponent, czyli „science” w SF

Nie każdy musi się znać na kwarkach powabnych i fizycze czasu. Sama się nie znam i nie miałabym kłopotów z brakiem hmmm podejścia zbliżonego do naukowego, gdyby książka przedstawiła sie jako „fantasy”. Wiadomo: inny gatunek, magia jako siła napędowa itp. Ale nie tu! Nie w SF!

Mamy pierwsze opowiadanie „Największy pech w życiu”: laboratorium i pechowiec. Człowiek ów przenosi próbówki z wirusem (nie piszę jakim, bo to ważne dla akcji, nie dla mojego pyszczenia) i owe próbówki po prostu rozbija. Alarm skażenia biologicznego i… wszyscy uciekają. Jak z supermarketu. Tak po prostu!
Rany julek! W jakim laboratorium groźne wirusy są noszone w otwartych próbówkach jak ziemniaki na talerzu? W jakim, po ogłoszeniu alarmu typu „biohazard”, da się po prostu uciec?
No właśnie!

Patrzcie na tak lubiany przeze mnie „Dowód istnienia”. Wszystko pięknie i ładnie, ale jaki normalny naukowiec na obcej planecie, na której jest, żeby zebrać próbki, zdobywa się na zanieczyszczenie obcego ekosystemu produktami ziemskiej, własnej i ludzkiej, przemiany materii? Przecież to może mieć katastrofalne skutki dla biosfery planety, może wprowadzić obce mikroorganizmy, zakłócić i zniszczyć to, co właściwe dla konkretnej planety i każdy egzobiolog to wie. No wiec czemu?
Żeby pokazać, że ludzie potrafią zniszczyć wszystko? jeśli tak – to sorry i szacun. Jeśli Autor nie to miał na myśli, to buuu.

„Fale” – to mogłoby być dobre opowiadanie, gdyby nie ciężkie obrażenia, jakie przy jego pisaniu zadano nauce. Mamy laboratorium, w którym prowadzone są prace nad bronią opartą na antymaterii. Well and good. Jeden z techników wypija odczynnik. Sprawdzam raz jeszcze – nie, nie jesteśmy w labie chemicznym. Ok, nie czepiam się, nie pracuję, nie wiem. Ale idźmy dalej: teoria fal antymaterii, której „nikt nie umiał udowodnić, ani wyjaśnić natury tego zjawiska. Niemniej została ogólnie przyjęta […]” [s.51]
Tak nie działa nauka. Nikt, żaden „ogół naukowców” nie przyjmuje czegoś tak mgławicowego.
W dodatku sama antymateria… zachowuje się jak perpetum mobile nie jak antymateria! Autorze, proszę!

Ogólnie? Tak, warto.

Marcinowi Pełce lepiej wychodzi kreowanie rzeczywistości postapo i stanów ducha Obcych niż stara, dobra SF, ale warto przeczytać jego opowiadania. Nie straciłam czasu, zrelaksowałam się, wyjrzałam przez okno i ucieszyłam się, że to jest moja rzeczywistość. W tej, którą opisuje Pełka, żyłoby nam się o wiele gorzej.

Published inLudzie piszą, ja recenzuję

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *