„Bitwa na miarę jednego życia” – fragment

 – Wyjedź za miasto, za jakiekolwiek z miast Romy. Na polach zobaczysz tylko zdemobilizowanych i zbyt okaleczonych, żeby walczyć, no i kobiety i dziewczynki. Przejdź się ulicami Latium, zobacz, kto pracuje w warsztatach, kto prowadzi sklepy. Kobiety, starcy i kaleki. 

– O to ci chodzi?!

Teraz dopiero wybuchł prawdziwym gniewem, który dziś krążył mu jakoś wyjątkowo płytko pod skórą.

Teraz dopiero siła jego krzyku sprawiła, że wszyscy pochylili głowy.

– Tylko o to ci chodzi!? – parsknął teraz wysilonym śmiechem – O baby!? Bo sama jesteś pizdą, jak one! – to ostatnie wypluł, z nienawiścią prawie – Imperium Romanum to więcej niż jakieś babiny gnące karki na roli, czy młódki dające dupy w uliczkach Latium!

Jak zawsze, kiedy wypowiadał nazwę swojej stolicy, łzy pojawiały się w jego oczach. Kochał to miasto, które zbudowali jego przodkowie ponad czterysta lat temu. Kochał je prawdziwie. W każdym kamieniu była kropla krwi jego rodu! Rzuceni tutaj, w tę pustkę, przez siły, których nie rozumieli, jego ojcowie przetrwali! Podbili słabszych, rozmnożyli się, odbudowali cywilizację! Zbudowali to miasto, połyskujące teraz złotawymi marmurami i dumnie prężące się łukami akweduktów.

Co się dzieje, kiedy on chce mieć prawo wzmocnić to Latium, budować potęgę Romy, tworzyć Imperium Romanum? No co? Okazuje się, że wszystko jest ważniejsze, niż chwała Latium i Romy! Gospodarka! Rzemiosło! Rola! Literatura! Jakieś cipy są ważniejsze, niż państwo! Już on pozwoli żołnierzom tak im wszystkim dogodzić, żeby nie brakło dzieci do pracy w tych ich zapchlonych sklepach, do dawania dupy i do obrabiania pól. 

– Latium znaczy więcej! Nie widzisz tego?!!!

Cisza zaległa w sali, gdzie obradowała jego rada. Absolutna i zupełna. 

I co zrobili? Jak mu odpowiedzieli? Mieli jeszcze jakieś argumenty? Nie!

Nic nie zrobili. Nic nie odpowiedzieli.

A ona? Też nic. Patrzyła tylko prosto na niego, na swojego władcę, na swojego brata. Gapiła się tymi niebieskimi, jakby wyblakłymi oczami, identycznymi jak jego. W takich momentach jak ten, miał wrażenie, że patrzy w oczy samemu sobie. Nie lubił tego. Luster też nie lubił.

Usiadł na krześle, żeby wszyscy mogli znowu zacząć udawać, że nic im nie zagraża. Miał nadzieję, że ich przygiął, ale nie. Ona przecież była Juniusem, jak on. Gryźć nie mogła, ale szczekała dalej, suka!

– W ciągu ostatnich lat na frontach naszych wojen zginęło dwieście tysięcy tych „pizd” – mówiła cicho, przypominając mu dane. 

Jakby musiała to robić! On rozpoczął spisywanie i zapisywanie wszystkiego, co trzeba. On najlepiej z nich wszystkich znał te liczby! 

– … i to są dane, które dotyczą tylko tych, które były w naszych legionach, bracie – powiedziała, odchylając się na krześle. Spokojna i chłodna.

– No i co? – warknął w ciszę pokoju – No i co? Mężczyzn zginęło dziesięć razy tyle! Czy ktoś tu po nich rozpacza? Co?

Pokazał szerokim gestem na siedzących w milczeniu mężczyzn, jego doradców. Kiedy wypowiedział te słowa, nasyciwszy je taką pogardą dla jej sentymentalizmu, jaką tylko był w stanie tam umieścić, zdał sobie sprawę, że oto wpadł w pułapkę, którą na niego zastawiła. 

Powiedział to. 

Te słowa.

Przyznał się do prawdziwego kosztu podbojów.

No i co?

Teraz dopiero rozparł się w swoim krześle, jak powinien był od początku, jako władca.

– W ciągu dziewiętnastu lat, nie jakichś tam „ostatnich lat”. Umysł cię zawodzi, siostro – popatrzył na nią, chcąc sprawdzić, jak przyjmie to, że ją poprawia, że ją obraża, kwestionując jej inteligencję. 

Jej twarz nawet nie drgnęła, kiedy po raz kolejny powiedział na głos coś, czego nikt nie mógł mówić otwarcie.

Lat wojny się nie sumowało.

Nigdy.

Nie mówiło się o „wojnie”, były „kampanie”. Była „pierwsza kampania kitajska”, „druga kampania czeska”, „pierwsza kampania frankijska” i tak dalej i tak dalej. Żadna z nich nie trwała dłużej niż rok. Żadna! 

Nie ma wojen, które ciągną się prawie dwa dziesięciolecia! On, Claudius Junius Appius takich nie toczy. Jego kampanie są zawsze szybkie i zawsze zwycięskie. Jeden sezon, podpisanie układu kończącego wojnę i powrót na zimowe leża, gdzie armia szkoli uzupełnienia, leczy rannych, ćwiczy. O resztę martwią się wyzwoleńcy i inni, ci, którzy nie nadają się do legionów. I kobiety, bo te pizdy są wszędzie! Nie ufał im. Roma stała na męskich virtus, nie na niewieścim sentymentalizmie. 

„Niestety, na tym etapie nie możemy się ich pozbyć” – mówili mu jego najbliżsi i najbardziej zaufani cywilni doradcy – „to sparaliżowałoby administrację, rolnictwo i rzemiosło. Pojawiłyby się także kłopoty z logistyką”.

„Sparaliżowałoby”. Sraty-pierdaty.

Musieliby sami robić więcej, a to im się nie uśmiecha. Jeśli kiedykolwiek w przeszłości byłeś niewolnikiem, to zawsze to w tobie zostaje. Ta chęć oszukania twojego właściciela, twojego pana, ta potrzeba okradzenia go z tego, do czego ma niezbywalne i święte prawo: z twojego czasu, twojej pracy i twojej atencji, która winna być nakierowana wyłącznie na niego.

Jego przodkowie mieli rację ustanawiając prawa w Romie i ustalając w niej niewolnictwo. Szczęśliwie także, jego ród rozpostarł mądrą materię praw, które spisano na Forum, na resztę Imperium Romanum.

Nie wszyscy, którzy zostali Ściągnięci mieli duszę wolnych ludzi. 

– Straciliśmy prawie dwa miliony żołnierzy. Straty wśród ludności cywilnej w naszym królestwie były nawet dwa razy większe – powiedział wyzywająco, obserwując ich reakcje.

Dalej żaden z nich nie powiedział nic.

No, ale co mieli powiedzieć?

Co?

„O, jaka szkoda”?

Była wojna, to były i ofiary, ale każdy z tych trupów był konieczny! Na kościach poległych i na krwi żołnierzy Romy stanęły podwaliny świata, jaki dziś wszyscy znają, w jakim żyją. 

Zresztą… Każdy z nich kogoś stracił. Każdy. Nawet on, ich król! Takie zwyczajne straty, tu żona, tam syn, tu znowu niemowlę, są przewidywalne, wliczane w koszty konfliktu. Dlatego też, nie zatrzymując się i nie epatując ich jego osobistymi nieszczęściami, mówił dalej. 

– Nasze imperium powiększyło terytorium. Cztery razy. Mamy prawie cały Kontynent na własność. Imperium Romanum jest faktem – umilkł, pozwalając im przełknąć te słowa i to przypomnienie – Ludności jest sześć razy więcej, niż kiedy zaczęliśmy budowanie naszej przyszłości, w wielu miejscach gęstość zaludnienia wzrosła trzykrotnie. Wiedzielibyście to, gdybyście sprawdzili dane z ostatniego spisu powszechnego! – znowu uderzył dłonią w stół, zniecierpliwiony i zły, że musi się tłumaczyć. 

Musi? Czy rzeczywiście… Oczywiście, że nie! 

Coś go jednak pchało, żeby mówić dalej. 

– Boleję nad każdą z tych dusz, które odeszły.

Kłamał.

Nie bolał. Nie był sentymentalny. Obchodzili go ci, których znał. Jako król nie mógł pochylać się nad każdym żołnierzem gnijącym w ziemi. Rządzenie i podejmowanie decyzji, taka właśnie jest powinność władcy. Wypełnianie rozkazów i śmierć, jeśli trzeba, to obowiązek żołnierza. Zbawienie leży w należytym dopełnieniu swego fatum, nawet dzieci to wiedzą.

– Jednak w przeciwieństwie do ciebie, siostro… – powiedział to ostatnie słowo z taką słodyczą, że powinny ją rozboleć zęby. 

„Te, które jeszcze ma” – pomyślał złośliwie, przypominając sobie moment, kiedy w czasie bitwy, dawno temu, jeden z nieprzyjaciół uderzył ją jelcem w usta, a ona, przebijając go sztychem, wypluwała z krwią trzy zęby. Te, które miała teraz w ustach, zrobione z kości słoniowej i równiutkie, wyglądały nawet nieźle, ale były niewygodne i ich noszenie bolało.

Nie powinien czerpać tyle radości z faktu, że została oszpecona, ale jednak cieszyło go to. On sam był niebywale dumny, bo w wieku lat czterdziestu dwóch posiadał wszystkie zęby. Wszystkie i własne. Bo to on wybija zęby, nie daje je wybijać sobie. 

Zaczął od nowa, z udanym współczuciem dla swojej siostry.

– W przeciwieństwie do ciebie, czerpię pociechę nie z ubolewania nad nieuniknionym, tylko z obserwacji tego, jak Imperium Romanum rośnie w siłę. Jak niesie cywilizację w miejsca, gdzie jej nie było od Ściągnięcia! Jak świat staje się lepszy dzięki nam!

Wstał i zaczął się przechadzać po pokoju, zupełnie jak to robił, kiedy przemawiał do ludu, stojąc na rostrach, ubrany, jak powinien być odziany władca, w purpurową togę.

– Myślisz – stanął za nią i nachylił się do jej ucha – że ja nie chcę pokoju? Spokoju? Że nie wolałbym tarzać się po miękkich materacach, zamiast spać w namiocie? Że nie mam ochoty cieszyć się bogactwem, biblioteką? Jeść wykwintne dania? Mieć wreszcie rodzinę???? 

Złość na nią i straszliwe rozżalenie, że ona nie docenia, że nikt nie docenia jego wysiłków i poświęcenia, że nikt nie wie, ile on poświęcił, że nikt, ale to nikt, nie jest w stanie towarzyszyć mu w jego misji, pochłonęły go całkowicie. Sam już nie wiedział, co jest prawdą, a co grą na ich emocjach. Nienawidził aktorów, uznając ich za niewiele lepszą profesję, niż kurwy, ale lubił grać na emocjach słuchaczy, zarówno senatorów, jak i plebsu Latium. Emocje oznaczały zwycięstwo.

Nie obawiał się oszukiwać innych i mijać się z prawdą w czasie swoich wystąpień.

Czasem, przez chwilę, nawet sam wierzył w to, co mówił. Musiał w to wierzyć, żeby brzmieć przekonująco! Ludzie nie lubią kłamców, ale za to szczerze nienawidzą tych, którzy mówią im prawdę. Tę naukę przyswoił sobie od ojca. Dawno, dawno temu. Nienawidził go, jak nikogo innego.

Teraz wisiał nad swoją siostrą, o wiele od niej wyższy, ale ona, córka Juniuszy nawet nie drgnęła. 

– Masz rodzinę… – głos, który się odezwał, był nieco zduszony, ale mocny. A on zamarł, bo na śmierć o tym zapomniał – … ojcze mój i panie. 

– Wiem, synu – powiedział, jakby chwilę wcześniej jego ust nie opuściło zaprzeczenie tego, co powiedział teraz.

Swojego jedynego syna, teraz osiemnastoletniego i już od trzech lat oficjalnie dorosłego, traktował jak żołnierza, oficera, podwładnego. A niby jak ma traktować kogoś, kto jest dorosły? Rodzina to żona, małe dzieci bawiące się koło fontanny i szczebiocące. Osiemnastolatek jest jego następcą, nie dzieckiem. Potencjalnym rywalem, nie dzieckiem.

Położył jednak rękę na ramieniu młodego mężczyzny i uścisnął je mocno. Bardziej po to, żeby ten zamilkł, niż po coś innego, ale dla reszty nie miało to znaczenia. Widzieli zmęczonego, ale dumnego władcę, który patrzy z zaufaniem na swojego następcę. 

Jest sztuka w tkaniu rzeczywistości, w układaniu naprzemiennie nici kłamstwa, pozorów i prawdy. Obietnic i oskarżeń. Ciemności i cienia. Sztukę tę znają władcy, niektórzy, jak on, są w niej mistrzami. 

 

Więcej w „Mikropowieści. Dwie” Moniki Lech

Również na Amazon.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *