Skip to content

„Biblia waginy” dr Jen Gunter, czyli przeczytaj koniecznie!

Uwaga: w tym poście używam słów: wagina, cipka, pochwa, łechtaczka, miesiączka, seks, życie płciowe, narządy reprodukcyjne, penis oraz jeszcze bardziej obraźliwych jak: fakty oraz nauka. Ostrzegam, jeśli komuś one się nie podobają, to jest dobre miejsce, żeby czytanie tego posta zakończyć.

„To nie pochwa czyni z ciebie kobietę, ale to, jak sama się czujesz”. [s. 423]

 

„Władza i zdrowie są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie możesz być świadomą swoich praw pacjentką i współdecydować o procesie leczenia, jeśli masz do dyspozycji tylko nieprawdziwe informacje i półprawdy. Podobnie dzieje się, kiedy owszem, dowiadujesz się prawdy, ale ludzie lub instytucje, którzy ci te informacje podają, wpędzają cię w poczucie winy albo nie słuchają, co masz do powiedzenia”. [s. 427]

To nie jest obiektywny post

Nie zaplanowałam w nim ani grama obiektywizmu i nawet nie próbowałam się na niego silić. To post, który powstał, bo mi się nazbierało wk…wu.

Najpierw więc będzie diatryba, później recenzja książki, o której wspominam w tytule. Ale jeśli nie macie siły na moje dissy, to krótkie podsumowanie jest takie: zachęcam wszystkich do przeczytania „Biblii waginy” dr. Jen Gunter. Sama mam zamiar sprezentować ją większości kobiet w mojej rodzinie oraz ich męskim drogim połówkom.


Dlaczego „wszystkich” zachęcam, nie tylko niewiasty, dziewczyny i panie? To przecież proste. Umówmy się, wagina…

OK, przepraszam Was wszystkich, ale będę używać słowa „cipka”. Lubię je i nie jest tak kliniczne jak „wagina”, którego to określenia używa dr Gunter. O ile lekarz-specjalista w książce, która jest pozycją popularno-naukową, innego słowa używać nie powinien, żeby nie strywializować tematyki, to ja, w mojej własnej filipice mogę używać „cipka”, sorki. Wróćmy więc do porzuconego zdania i rozpocznijmy je od nowa.

Umówmy się: cipka to temat, który powinien interesować nie tylko istoty inteligentne obdarzone chromosomem XX, czyż nie?

Niby tak, niby to prawda i piękne założenie, jednak

myślę, że kobiety interesuje ona najmniej…

I jest to w takich samych proporcjach konstatacja straszna jak i smutna. A przecież znajomość intymnej anatomii pomaga chronić nasze zdrowie, czasem życie, poprawia nasze doświadczenia seksualne i ich jakość, więc im więcej wiemy, tym dla nas lepiej.

Ale nie dlatego nasza nieznajomość tego skomplikowanego i fascynującego systemu jest przerażająca, nie.

Chodzi mi raczej o to, że wdrukowano nam, że cipka jest czymś, czego trzeba się wstydzić. Penis jest powodem dumy, a ona… najlepiej nie tylko jej nie dotykać (ratuj nas Entropio przed takim upadkiem!), ale i o niej nie myśleć, i nie mówić. Pamiętajmy, że „srom” to nie tylko określenie zewnętrznej części narządów płciowych, ale i staropolskie słowo oznaczające ni mniej, ni więcej, tylko WSTYD.

Why? Możemy o tym porozmawiać. Teorii jest kilka. Ale nie one są tematem mojego wpisu, tylko cipki i „Biblia waginy”  autorstwa dr Jen Gunter, do której to książki wrócę, jak tylko się przewentyluję.

Cipka jako „obraza uczuć religijnych”

Sięgnęłam po tę książkę niedługo po tym, kiedy na rzetelnie prowadzonym i wielce fachowym, instagramowym profilu Anety Puchniarz (aneta_zaczytana) miała miejsce ciekawa dyskusja o innej książce, o „Wielkiej księdze cipek”. Dyskusja dotyczyła paska z ostrzeżeniem, jakie wydawnictwo umieściło na okładce. Dyskutowane zdjęcie możecie zobaczyć i możecie się przekonać o co chodzi.

Zwróćcie uwagę na czerwony pasek na okładce…

 

Wiecie… czuję się, jakbym była jedną wielką obrazą uczuć religijnych!

Nawet najwięksi bluźniercy bywają jedynie bluźniercami, a ja – jak wszystkie kobiety oraz inne istoty obdarzone cipkami – jesteśmy wieczną i potencjalną „obrazą uczuć religijnych”, bo posiadamy waginę, o której niektórzy zwyrodnialcy piszą książki! Naukowe! Popularyzujące wiedzę! Dla dzieci!

Nie mam bladego pojęcia, dlaczego taki fajny narząd jak cipka jest traktowany na początku trzeciej dekady XXI wieku jak broń masowego rażenia, narzędzie szatana, największa pułapka dla dusz i nieskalanych myśleniem umysłów oraz rozsadnik zagrożenia sanitarnego w jednym. Oraz jak przy tym wszystkim można udawać, że się dba o wartości rodzinne? Nie ogarniam, ale chyba nie mogę, bo mam cipkę, w związku z tym nie dysponuję w pełni rozwiniętym mózgiem. Hormony, „wicie, rozumicie”, wypłaszczają mi zwoje mózgowe. Że nie mam hormonów, bom stara? Tym gorzej dla mnie. Nie istnieję.

Przypominam tylko przywiązanym do faktów, że – kurczaczek – testosteron hormonem jest! (Jest!)

Zabobony, alergia na naukę i zdrowy rozsądek oraz religijne zacietrzewienie zabijają w XXI w mnóstwo kobiet

Dlatego uważam, że jedynym ratunkiem dla nas jest rzetelna wiedza, są fakty. A tych nikt za nas, kobiet, sobie nie przyswoi. Jeśli ja, moje siostrzenice i bratanice, córki moich przyjaciół, przyjaciółki, kuzynki, siostry nie będziemy wiedzieć wszystkiego, co się da, o tym, jak funkcjonuje nasze ciało, to będziemy mogły być zastraszane i manipulowane.

Będzie nam można wmawiać, że nigdy nie jesteśmy wystarczająco czyste i… i po prostu wystarczająco dobre, bo przecież mamy JĄ: cipkę, waginę, miejsce ciemne, ciepłe, wilgotne, niebezpieczne jak jaskinia, w której czai się tygrys szablozębny. Kto wie, co się tam jeszcze kryje, jakie niebezpieczeństwo tam czyha, prawda?

No nie, nic nie czyha. Vagina dentata do mit. Trochę szkoda…

Wracając do „Biblii waginy” dr Jen Gunter

„Mówienie kobietom nieprawdy na temat ich ciał nie służy nikomu. Jestem tutaj, by położyć temu kres”. [ze wstępu]

„Biblia waginy” to bardzo dobra książka. Z kilku powodów.

1. Jest przystępnie napisaną pozycją popularno-naukową,

której tematem jest cześć ciała, o której zwykliśmy opowiadać dowcipy, ale nie dyskutować na poziomie faktów.

Z „Biblii waginy” dowiecie się czym jest wagina, czym pochwa, czym łechtaczka. Jaka jest ich budowa, funkcja w organizmie i tak dalej.

Wiecie?
Przeraziło mnie to, jak niewiele wiemy o cipkach z punktu widzenia naukowego. Dr Gunter w kilku miejscach podkreśla, że nie ma wystarczającej ilości badań, że wagina interesuje naukowców w mniejszym zakresie niż penis, że pewne rzeczy dopiero są badane. Dopiero… XXI wiek. Facepalm.

Posłuchajcie choćby szczegółów z historii badań nad łechtaczką: autorka pisze, że czytała artykuł naukowy, w których wszystkie konkluzje oparte były na badaniach anatomicznych (sekcjach zwłok), przeprowadzonych na ciałach kobiet w wieku 70-80 lat. Wiek nie pozostaje bez wpływu na budowę omawianego narządu. Czy to przeszkodziło w wyciągnięciu wniosków ogólnych? Nie. Fajnie, prawda?

„Długo trwało, zanim zebraliśmy wystarczającą wiedzę anatomiczną. Nie pamiętam oczywiście każdego wykładu na studiach medycznych ani podczas stażu, ale nadal nam stare podręczniki. Dwa wydano w 1984 roku, a jeden – cztery lata później. Dwa, przeznaczone specjalnie dla ginekologów położników, podają ścisłe informacje dotyczące budowy łechtaczki, ale ogólny atlas anatomiczny z 1984 roku zawiera trzy strony ilustracji (w tym dwie kolorowe) poświęcone penisowi, podczas gdy dla łechtaczki przeznaczono jeden mały obrazek w rogu strony – a do tego cały jest nieapetycznie fioletowy. Podpis głosi zresztą, że przedstawiona łechtaczka to, ni mniej, ni więcej, tylko „miniaturowy penis”. Taa, jasne”. [s. 18-19]

2. Dr Gunter pięknie pozytywnie wzmacnia kobiety

i obala przy okazji mity, które są dla nas ewidentnie szkodliwe. Poświęca temu nawet specjalny rozdział, o którym więcej na końcu recenzji.

Autorka napisała w dedykacji książki:

„Dla każdej kobiety, która kiedyś usłyszała – zwykle od faceta – że jej pochwa jest zbyt mokra, zbyt sucha, zbyt luźna, zbyt ciastka brzydka, źle pachnie albo za bardzo krwawi. Ta książka jest dla Was”.

Dr Jen Gunter pisze, co jest fizjologiczną normą dla kobiety, nie ukrywając się za słowami czy eufemizmami. Wydzielina? A proszę bardzo – tyle i tyle mililitrów dziennie jest normalne. Wielkość pochwy: „od – do” i wszystko pomiędzy. Menopauza bez ściemy i poezji o „zachodzie słońca kobiecości”. Poród? Yup. Bardzo konkretnie i fizjologicznie pokazany.

Dr Gunter pięknie przeczy także pogłoskom i mitom, jak o temu, że „zdrowe” są tylko białe, bawełniane majtki. Pokazuje także skąd wzięło się – ciągle obecne – przekonanie, że tampony są niebezpieczne dla zdrowia oraz bierze na tapetę wiele, wiele innych, szkodliwych przekonań i „wierzeń”.

Autorka pokazuje, jak bardzo żyjemy pojęciami powstałymi setki lat temu, które tylko przepisaliśmy i unowocześniliśmy, ale których nie zweryfikowaliśmy (irygacje, nasiadówki i płukanki, bo przecież cipki śmierdzą i trzeba je oczyszczać… serio, for Pete’s sake?!)

3. „Biblia waginy” jest pozbawiona new-age’owego sentymentalizmu

Musze przyznać, że słabo toleruję sentymentalizm. Wagina, łechtaczka i pochwa to kapitalnie ewolucyjne rozwinięte narządy, a nie „świątynie kobiecości”, „centra kobiecego jestestwa” czy coś tam. Fakty są wystarczająco niesamowite, nie trzeba ich ubierać w pseudoreligijne bla-bla.

A fakty dr Jen Gunter przytacza na każdej stronie jej książki.

4. „Biblia waginy” mówi o rzeczach elementarnych, czyli takich, o których albo zapominamy, albo nie wiemy

Przykłady? Jak i czym się myć? Jak bezpiecznie depilować okolice intymne? Jakie środki higieniczne są najlepsze? Co dzieje się w czasie porodu i połogu? Czym jest miesiączka? Jak bezpiecznie uprawiać seks analny?

Ok, to ostatnie może nie jest takie elementarne – ale dobrze pokazuje, że w zasadzie w „Biblii waginy” znajdziecie większość odpowiedzi na pytania, które chciałybyście/chcielibyście zadać, tylko nie macie komu.

5. Dr Jen Gunter bierze na tapetę trudne tematy

I nie mam tu na myśli miesiączki. Zadowolenie z życia seksualnego (nie zawsze tak wysokie, jak wszystkim się wydaje), choroby przenoszone drogą płciową, dolegliwości i sposób rozmowy o nich z lekarzem. Wszystko omówione szczegółowo, faktograficznie, ze zrozumieniem i empatią, bez moralizatorstwa i pouczania, jak ma się żyć i jakie wartości powinno się wyznawać. W czasach, gdy ginekologia stała się ideologią – bezcenne.

Wiedza jest w ogóle bezcenna, nie zapominajmy o tym, proszę, dlatego też kolejny punkt za

6. Rozdział o internetowym bhp

Czyli o tym jak i gdzie szukać dobrych, sprawdzonych informacji w sieci.

„Problem z wiedzą medyczną w internecie jest taki, że przemknęliśmy przez epokę informacyjną bez zatrzymywania się i dotarliśmy do epoki dezinformacyjnej. W jaki sposób kobiety mogą dowiedzieć się, co jest dla nich korzystne, i skąd mają wiedzieć, że to prawda, jeśli dezinformacja, kłamstwa i uprzedzenia rywalizują na równych zasadach z naukowymi faktami?” [s. 412]

Dobre pytanie, prawda? I w zasadzie dotyczy wszystkiego, nie tylko zdrowia kobiety i jej organów seksualno-reprodukcyjnych. Na to pytanie dr Jen Gunter odpowiada i to w szczegółach.

Owszem, jej odpowiedzi dotyczą internetu anglojęzycznego, ale Wydawnictwo Marginesy zrobiło bardzo dobrą robotę:

  • Po pierwsze uzupełniło bibliografię o polskie pozycje – sięgnijcie, zobaczcie.
  • Po drugie, dodało w przypisach, polskie site’y na których można znaleźć informacje, a które są serwisami analogicznymi do tych, które przywołuje autorka.

 

7. „Opowieści z mchu i paproci”

Genialne, przerażające, absolutnie fascynujące podsumowanie mitów i legend dotyczących zdrowia – nie tylko waginy i okolic – oraz ich piękne, rzetelne i naukowe rozbrojenie.

Wiedzieliście, że istnieje przesąd, że jeśli w czasie ciąży podnosi się ramiona ponad głowę, to pępowina owinie się dziecku wokół szyi? WTF???

Albo ten, który – motyla noga – przyda mi się lada moment. Uważajcie: Magnesy umieszczone w okolicach pochwy to środek na uderzenia gorąca… Serio? Mam namagnetyzować gacie i to wystarczy? Wow.

A jak to działa, chciałabym wiedzieć? Pole magnetyczne działa konkretnie na co? W jaki sposób?

O, ten też jest dobry: zielona natka pietruszki włożona do pochwy wywołuje miesiączkę.

Please, czy możemy nie wkładać takich rzeczy? Ani pietruszki, ani czosnku, niczego. Cipka to nie pstrąg.

Mogłabym tak długo. Ale poprzestanę na trzech ostatnich zdaniach. „Biblia waginy” dr. Jen Gunter to potrzebna książka. Nawet jeśli i ona obrazi czyjeś uczucia religijne, to zapewniam Was: rozumu nie obraża. Przeczytajcie i zachęćcie innych do czytania.

Published inInspiracje i dezinspiracje, nie tylko literackie

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *