„Armagedon wygląda mniej więcej tak, jak cała reszta”

Z „Distortion” Cezarego Zbierzchowskiego jest jak z bolącym zębem.

Ząb rwie i ćmi, człowiek (a przynajmniej niektórzy) bada go językiem i dłubie w nim, więc boli jeszcze bardziej, no to bada się go i dźga jeszcze mocniej. Nie jest to przyjemne, ale ciężko wyjść ze sprzężenia zwrotnego „ból – dotyk”.

Z „Distortion” jest tak samo.

Nie ma się już ochoty czytać, a jednak nie da się jej odłożyć. Nie można po prostu zapomnieć o tej książce.

Zacznę jednak od prostej rzeczy, od przyznania, że dawno nie czytała tak dobrej i tak wżerającej się w duszę książki. Co gorsza wiem, że to jedna z tych książek, które będą we mnie rosły i rozwijały się, zmuszając mnie do powrotu do nich, niepokojąc i skłaniając do zadawania kolejnych pytań.

„Distortion” Cezarego Zbierzchowskiego to twarda, militarystyczna SF.

Towarzyszymy w niej starszemu kapralowi Markusowi Trentowi od pierwszych dni jego służby w rozrywanym terroryzmem i wojną domową Remarku. Trent jest żołnierzem sił stabilizacyjnych Republiki Rammy, które wysłane do Remarku usiłują utrzymywać porządek i coś, co może uchodzić za pokój. Marcus stara się być jak najlepszym dowódcą, stara się też być człowiekiem.

Jak mu to wychodzi? Nie będę opowiadać akcji „Distortion” Zbierzchowskiego, bo w tej książce chodzi właśnie o to, jak Marcus Trent zrealizuje swoje człowieczeństwo. Czy jego wybory będą miały sens? Dla kogo będą go miały?

Zresztą „Distortion” to jedna z tych książek, które ciężko jest streścić w ramach dialogu w typie: „Ty, fajny film wczoraj widziałem”. Powiem tylko tyle, że nie jest to książka o dzielnych pilotach walczących z obcymi, ani o fantastycznych partyzantach usiłujących nieść wolność uciśnionej ojczyźnie, ani nie podnosi morale, ani nie uczy patriotyzmu, ani nic równie… dwuwymiarowego.
Kiedy czyta się książkę Zbierzchowskiego piach zgrzyta w zębach, a wszelkie pochodzące z kina i telewizji złudzenia o romantyzmie konfliktów zbrojnych idą się zgwizdać, pardon my French.
Ten bolesny, wykręcający ręce i zgniatający żołądek realizm to pierwsza z wielu zalet tej książki. Wojna śmierdzi, boli i ogłusza. Pozbawia złudzeń, prywatności i wyzwala najgorsze instynkty.

„Jesteśmy jak rzeźnik-weganin, Jak dziwka, która zakochuje się w każdym kliencie. Jak poeta, który nabrał wstrętu do słów i deklamuje ciszę. Jesteśmy pozbawieni sensu jak słomkowa wycieraczka przed wejściem do chlewu”. [s. 365]

Drugą z wielu zalet jest konstrukcja bohaterów,

a szczególnie głównego: Marcusa Trenta. Trent ma 33 lata i niewiele z bohatera. Stara się żyć i być człowiekiem, ale ma tak mało złudzeń, jak to tylko możliwe, a te, które ma, przyjdzie mu jeszcze stracić. Mimo wszystko jest zdolny do lojalności, przyjaźni, poświęcenia, czyli tych wszystkich cech, które cenimy u porządnie napisanych bohaterów. Jest przy tym pęknięty wewnętrznie, niespokojny i poplątany, a wyjazd „na misję” jest próbą ucieczki od samego siebie.

Drugoplanowi bohaterowie, koledzy i zwierzchnicy Marcusa, także są warci uwagi. Nie stanowią zwartej masy trudnych do rozróżnienia typów, tylko są osobowościami, które widać, które wyskakują ze stronic.

Kolejną zaletą jest akcja związana z elementem SF. Militaria militariami, a hard SF ma swoje prawa. I zapewniam was, Zbierzchowski dowozi! I to jak! W wielkim stylu.
Tytułowa „Distortion” nie tylko jest alegorią poplątanego życia Trenta, sytuacji politycznej w Remarku, skomplikowanych stosunków międzyludzkich , ale i określeniem realnego, aczkolwiek trudnego do wyobrażenia zagrożenia technologicznego, które może stać się końcem wszystkiego. Wszystkiego, począwszy od Wysuniętej Placówki Distortion na pustyni Saladh, po nasz Wszechświat.

Jakim cudem? Przeczytajcie książkę. Nie spoileruję.

A może tytułowe zagrożenie nie jest największym, jakie czyha na bohaterów? Może wojna, która nie jest nawet wojną, tylko bezustanną obecnością we wrogo nastawionym miejscu, przebywaniem w u ciągłym zagrożeniu, bez szans i nadziei na „lepsze jutro”, może to jest „distortion” większym, niż technologia, która może anihilować wszystko, łącznie z czasem? Jakie znaczenie ma „wszystko” w kontekście indywidualnego doświadczenia umierania? Przecież to całe „wszystko” kończy się w momencie śmierci konkretnej jednostki, a śmierć w Remarku jest tania, powszechnie dostępna i nie na receptę?
„Otaczają mnie zwykli mężczyźni, którzy trafili tutaj na rozkaz dowództwa i chcieliby wrócić do domów. Nie wierz w opowieści, że byliśmy potworami. W tym kraju nawet uśmiech przypomina grymas bólu”. [s. 359]

Filozofuję, już wracam do książki.

„Distortion” Cezarego Zbierzchowskiego jest doskonała językowo.

Sceny przemykają jak w kalejdoskopie, narracja jest oszczędna, ale wciąga jak wir. Ascetyczny język narratora nie rozprasza, nie pozwala jednak na chwilę odpoczynku. A to trudna książka, którą chciałoby się odłożyć, przyrzucić innymi książkami i już jej nie odkopywać. Niestety/na szczęście wraca się do niej, po kolejny nokaut.

Czytając „Distortion” Cezarego Zbierzchowskiego, zwłaszcza jej ostatnich rozdziałów, miałam wrażenie, jakbym kolejny raz czytała prozę, która powstała w czasie lub tuż po II Wojnie Światowej. To jest komplement, bo wtedy, świeżo po tragedii, której nie dało się opisać, twórcy pisali krystalicznie czystym językiem, starając się uchwycić nieludzkie dylematy, okrucieństwo, wybory, o których nie mamy pojęcia. To samo robi Zbierzchowski, przed podobnymi niemożliwymi wyborami stawiając swoich bohaterów. Opisując je z podobnej, niesentymentalnej perspektywy.

Na koniec cytat, tym razem króciutki, ale dla mnie najważniejszy w całej „Distortion” Cezarego Zbierzchowskiego:
„Armagedon wygląda mniej więcej tak, jak cała reszta” [s. 45].

Kiedy dotarłam do końca książki, przekonałam się, że to prawda. Armagedon faktycznie wygląda, jak cała reszta.

www.veryurbanfantasy.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *