„Andyjski dysk”, czyli kłopot z teoriami spiskowymi i „niemainstreamową nauką

Fabuła powieści „Andyjski dysk” Czesława Kierzka wydaje się prosta,

ale nie da się jej opowiedzieć dobrze. Nie, inaczej: nie jestem w stanie dobrze jej opowiedzieć. Macie jednak wszystko na okładce i w opisie książki. Słowa wydawnictwa lub samego Autora nieźle wprowadzają w tematykę, a nawet w atmosferę powieści. Dodam tylko coś, co może będzie spoilerem, ale podkręci apetyty:

„Niesamowita, megalityczna cywilizacja istniała przed powstaniem Andów i została zniszczona wówczas, gdy rodziły się te góry!” [s. 114]

Dokładnie o to chodzi;)!

„Andyjski dysk” Czesława Kierzka to powieść idealna dla:

– wielbicieli „alternatywnej” bądź „zakazanej” archeologii;
– admiratorów Dänikena i jego pogrobowców;
– sympatyków teorii spiskowych;
– wyznawców Roswell i okolic;
– przeciwników ewolucji i tak zwanej „mainstreamowej” nauki;
– fanów zimnowojennych filmów szpiegowskich, powstałych po obu stronach Żelaznej Kurtyny;
– dorosłych już admiratorów powieści ciągle młodzieżowych.

Jeśli zaliczacie się do którejś z kategorii – nie czytajcie dalszego ciągu mojej recenzji

i po prostu sięgnijcie po „Andyjski dysk” Czesława Kierzka. Prawdopodobnie nie zawiedziecie się. Dostaniecie ekspedycję naukową w Andy, wojnę wywiadów, miłość, bójki, rany, ruiny i skarby, złowrogie siły i wiele więcej. Będziecie przewracać kartki w oczekiwaniu na kolejne odkrycie polskiego archeologa i jego ukochanej Julii. Dostaniecie także obietnicę kolejnego tomu przygód Tadeusza Nowaka.

Jeśli natomiast nie jesteście wyznawcami przekonania, że złowrogie siły czyhają na nasz świat (niewiara w to może być wyrazem naiwności, oczywiście), to zachęcam do przeczytania dalszego ciągu recenzji.

Wiecie co? Uwielbiam historię, biologię, nauki o Ziemi. Cenię „mainstreamową” naukę i nawet szczepię się przeciwko grypie. Przyznaję się do tego bez bicia ( a tego jest sporo w powieści Kierzka) żeby „uniknąć zarzutu całkowitego braku obiektywizmu.

Przyznaję się także do tego, że czytałam wiele pozycji Dänikena

i pisarzy z nurtu, który ten reprezentuje. Były nawet czasy, kiedy jego teorie mnie fascynowały. Miałam wtedy jakieś 17 lat.

Oczywiście osoba, która piszę o wilkołakach, wampirach, wiedźmach, bożkach z różnych panteonów i czasami o Ziemianach zagubionych na obcych planetach, nie ma najmniejszego prawa rzucać kamykami w pisarzy eksploatujących inne wątki szerokiego nurtu fantastyki naukowej.
Dlatego też nie rzucam kamieniami z pozycji „racjonalizmu”, tylko z pozycji języka i konstrukcji świata przedstawionego i bohaterów go zasiedlających.

Irytowałam się czytając „Andyjski dysk” Czesława Kierzka.

Wiecie dlaczego? Bo ta powieść mogłaby być czymś w rodzaju „Przygód Tomka Wilmowskiego” dla wielbicieli wizji historii i biologii innych, niż głoszone na uniwersytetach. Mogłaby, gdyby była dobrze napisana. Ale niestety – nie jest. Język jest wymuszony, ciężki i bez lekkości, bez której pewnych rzeczy przyjmować się nie da.

Dlaczego przywołałam serię o Tomku Wilmowskim?

Bo „Andyjski dysk” Czesława Kierzka jest w wielu elementach podobny do tych powieści.

  1.  „Andyjski dysk” jest dla wyrośniętych dzieci, dla wielbicieli przygód, w których psychologia jest ograniczona do minimum.
  2. Przekazuje wiedzę o geografii i szacie roślinnej Andów, jak Szklarski zwykł robić w swoich powieściach opisując Syberię, australijski outback czy Arizonę.
  3. „Andyjski dysk” przekazuje przekonanie, że Polacy są najlepszą nacją na świecie i są sprytniejsi od innych.
  4.  Nawet bohaterowie mają swoje analogie. Bob przecież jest niczym dzielny bosman Nowicki, a Julia jest jak Sally.
  5. Powieść Kierzka i cykl o przygodach Wilmowskiego łączy doskonale widoczne potępienie dla działań podejmowanych z pobudek materialnych.
  6. Podobnie niezachwiana jest w „Andyjskim dysku” kwestia moralności: to, co robimy my, jest dobre, bo robione w dobrej wierze, z dobrych pobudek. Inni, robiący to samo, ale z innych pobudek, są źli.

Tyle, że wykonanie jest o wiele, wiele gorsze niż u Szklarskiego. Tego ostatniego czyta się z zapartym tchem! Nawet teraz, kiedy wróciłam do niego po dziesiątkach lat, przeczytałam dwa tomy z wypiekami na twarzy, wdzięczna mu za umożliwienie mi powrotu do czasów, kiedy rzeczy były proste, a wybory – jasne.

„Andyjski dysk” Czesława Kierzka jest napisany bardzo słabo. Książkę zabija ilość szczegółów i nieudolność językowa autora.
Wszystko w powieści jest w stopniu najwyższym: supercywilizacja, niesamowite dopasowanie kamieni, trudna do pojęcia precyzja, niewiarygodnie obrobione bloki, zadziwiające artefakty supercywilizacji, nadzwyczajne ślady – to tylko kilka określeń ze stron 71-72. Bob ma dwa metry wzrostu, a główny bohater, Tadeusz, metr dziewięćdziesiąt. Dodatkowo każdy przeciwnik to albo superagent, albo as wywiadu. A wszyscy oni dają się pokonać Tadeuszowi Nowakowi, dzielnemu polskiemu archeologowi.

No właśnie, Tadeusz. Irytujący jak jasny gwint.

Wszystko wie, wszystko od razu rozumie, ma teorię obalającą teorię ewolucji (tak, zna się na biologii ewolucyjnej, na fizyce, na geologii. Geniusz, nie archeolog). Są sytuacje, gdy nikt nierozumie, co się dzieje, prócz Tadeusza. Bo on rozumie i wie wszystko. Ma także czystą duszę i jest wrażliwy. Zakochuje się, ale nie wie, czy może to zrobić, bo obiecał swojej zmarłej żonie, kiedy ta była na łożu śmierci, że będzie kochał tylko ją. Szczęśliwie kobieta zna swojego męża, śni mu się i daje mu zezwolenie na miłość.
Tadeusz od razu rozpoznaje androida. Nie widział takowego w życiu, ale jak coś wygląda jak hominid zbudowany z jakiegoś sztucznego tworzywa i leży koło latającego spodka, napędzanego światłe, to musi być android, prawda? Skąd wie, że napęd był na światło?

Cóż to za pytanie!

„Kim ty jesteś, Ted, że z taką lekkością poruszasz się po niezmiernie zawiłych obszarach wiedzy?” [s. 114]

O wątku romantycznym nie będę pisać.

Nie ma o czym. Emocje w „Andyjskim dysku” Czesława Kierzka są opisane tak, jak powinny być w powieści dla młodszej młodzieży, a Julia jest jak bohaterka z kreskówek dla sześciolatek. Ta kobieta to archeolog, a zadaje pytania, jakby skończyła podstawówkę! W dodatku Tadeusz, myśląc o przyszłości z nią, zastanawia się, co też ona, biedna, będzie robić w domu, kiedy on będzie na wyprawie naukowej? Do głowy mu nie przyszło, że oboje są archeologami? Akcja dzieje się w latach 80. XX wieku, nie w 80. XIX wieku, dodam tylko dla jasności.

Najbardziej obraźliwe nie są sceny akcji.

Nie. Lubię Indianę Jonesa i śmiałam się, kiedy chwytał się relingu łodzi podwodnej i zanurzał się z nią pod powierzchnię, a potem cały, zdrowy i przystojny ruszał dalej do akcji. Wszystko zniosę w tej dziedzinie. Nawet slalomy między kulami, nawet i to:

„..podbiegł do Amerykanina, kopnął go w tyłek i uderzył pięścią w podbródek.” [s. 261]

Zresztą – Jamesów Bondów też lubię, a tam, zwłaszcza w starszych filmach, mordobicia były tak nierealistyczne, że aż piękne. Dlatego tu nie powiem nic więcej, tylko wzniosę oczy ku niebu.

Najbardziej uwłaczające jest to, jak „Andyjski dysk” Czesława Kierzka traktuje naukowców.

Ja wiem, naukowcy są różni. Ale jasny gwint!

„Typowy archeolog postarałby się udzielić ci odpowiedzi w miarę szybko – roześmiał się Foreman – Powiedziałby na przykład, że ta platforma na prawo od nas, pełniła funkcję ceremonialną, a widoczne przed nami terasy wykorzystywano do uprawy roli.

– Archeolodzy pewnie tak to widzieliby, mnie natomiast interesuje prawda – odparł rozbawiony takim poglądem Bronson.” [s. 63-64]

No właśnie. Nie wiem od czego zacząć? Od tego, że żaden archeolog (pytałam) nie odpowie od razu!? Zbierze fakty i dane! Po drugie, widzicie założenie, że nauka kłamie? No właśnie.
Tadeusz i jego ekipa, a raczej ekipa, w której się znalazł, niby na dokonywać prace archeologiczne w Andach i coś badać, ale to, co robią, to archeologia, jaką pewnie uprawiali amatorzy, nim zbudowano rzetelne podstawy tej nauki. Schliemann tak pracował, ryjąc na rympał i niszcząc wiele śladów, byle się do Troi dokopać.

Ekipa z „Andyjskiego dysku” Czesława Kierzka karczuję dżunglę, tu coś zgarnie, tu zabierze, tu sfotografuje, tu znajdzie mapę, tu mapę zniszczy. Zęby mnie bolały od takiego uprawiania nauki, które ma „mainstreamową” naukę poprawiać i korygować.
W skrócie – to powieść dla tych, którzy nie będą się irytować brakiem logiki, którzy pójdą tropem teorii spiskowych i spisków oraz tych, którzy szukają przygody. „Andyjski dysk” Czesława Kierzka jest dla nich.
#novaeres #wydawnictwonovaeres #zaczytani

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *