Skip to content

„Akcja Apokalipsa” – kolejny fragment powieści!

Last updated on 19 lutego 2020

„Akcja Apokalipsa” jest siódmą częścią sagi „Droga Smoka”

Zarys fabuły

„Akcja „Apokalipsa” to zdrady, zerwania, upiory, śmierć w rodzinie i rozpaczliwa próba posiadania życia. Udana? Sprawdźcie. To kolejny po „Dreawalkerze…” stand alone w serii.

Pewnego dnia świat po prostu się zatrzymał. Tragedia uderzyła w rodzinę Wojtka, jego przyjaciółka okazała się… Zdał sobie także sprawę, że jego związek to pomyłka.
Na szczęście Nadnaturalni tak łatwo się nie łamią, a były komisarz Kubicki jest równie uparty, jak wszyscy członkowie Watahy Yi Hyeon Ju, w tym Sasza Nogaiłowna, na która poluje jej „dawny znajomy”.
Unikną śmierci? Da się uciec upiorom?

 

Fragment powieści „Akcja Apokalipsa”

Wojtek

Siedziałem u siebie, czysty, bo po prysznicu, ale w żadnym wypadku nie gotowy jeszcze do snu. Nie wiedziałem, czy zasnę. Trzeci dzień nie spałem, ale mogę nie spać dłużej. Mogłem jako Człowiek, mogę jako Zmienny.
Nosiło mnie.
Mocne pukanie do drzwi nie przyspieszyło mi pulsu.
– Wejść! – ryknąłem.

Nie chciało mi się ruszać tyłka z krzesła, więc tylko przekręciłem się w stronę drzwi.

Obcych tu nie było, Saszka na pewno nie stała u moich drzwi, całej reszcie dam radę.
Borys otworzył drzwi, Paweł stał za nim. Blondzia i czarnulka, patrzcie państwo, dziewczyny przyszły zobaczyć prawdziwego mężczyznę. No, chodźcie, chłopcy, zachoditie.
Nie wiedziałem, co moja Bestia knuje, ale aż się zjeżyła na ich widok, jakby jej przeszkadzali. Lubiła ich przecież. Jak na wampiry to byli fajni goście, tylko że zawsze się, kurwa, kręcili koło Saszki.
A tobie to, deklu jeden, szkodzi, bo? Gdzie mają się kręcić jej porucznicy? Na karuzeli? Mnie to nie przeszkadza, tylko jestem zmęczony i ogólnie poirytowany.
– Ty, Polaczek delikatny – zaczął Borys, jak to on, zawsze uprzejmie.
Kozak miał fryzurę jak Oleg, tylko nasz Uzdrowiciel nosi włosy długie do pasa i w warkoczu a łysą do połowy łba czaszkę ma wytatuowaną. W jego tatuażach siedzi magia.
Ten tu, Kozak w plecy drapany, był wygolony wysoko, czarnowłosy, niebieskooki, a kucyk nosił tak, że opadał mu do karku.
Ładna z niego dziewczyna.

– Idziesz lulu, czy idziesz się bić? – Borys oparł się ramieniem o futrynę.

Zastanawiałem się czy wywalić go z futryną, czy bez niej?
– Z kim niby mam się bić? – rozejrzałem się dookoła, obraźliwie.
– Ze mną – przeciągnął się i pokazał mięśnie, których nie nabył nosząc lutnię za Wernyhorą.
Przekrzywiłem głowę.
– Spóźniłeś się na balet? Czy ci Saszka skakankę zabrała?
Kozak odwrócił się do Wikinga i uśmiechnął się jak wariat. Jakby był Kotem.
– Widzisz, Pasza? Mówiłem ci, że nasz Polaczek durny jest. I co? I rację miałem – odwrócił się do mnie – Idziesz się bić, czy będziesz tu siedział jak smęt jakiś i czekał, aż ci wątroba zgnije od myślenia? – zapytał, znowu uśmiechnięty.
Wstałem. Nie ubierałem butów, nie wkładałem koszuli. Musieli znaleźć dojo, więc daleko nie będę wędrować. Obaj zresztą byli boso, obaj z mokrymi włosami.

Dojo było na najwyższym piętrze, zajmowało połowę budynku, druga połowa to wellness. Nie mówcie Miśkowi, że znam to słowo, bo kupi mi depilator na święta.
Nasza jedyna, młodzieńcza próba depilacji skończyła się łzami, mocnym zaczerwienieniem okolic intymnych i podziwem dla kobiet, które się depilują woskiem.
Weszliśmy i od razu rzuciliśmy się na siebie, jakbyśmy nie mogli pięści trzymać z daleka od swoich twarzy ani sekundy dłużej.

Borys był wyższy. Jakieś pięć, sześć centymetrów wyższy ode mnie.

Był potężniejszy, miał ramiona takie, że mógłby na nich świat podnosić. I potrafił walczyć.
Ale ja też nie wyleciałem Wronie spod ogona. Andrea, od kiedy mogła ujawnić, co robiła i ile sama umie, zaczęła mnie tresować na poważnie, podobnie jak na poważnie uczył mnie Lachie, Andrew i Yoshitsune. Nie jestem wojownikiem jednego stylu, po prostu uwielbiam walczyć, uwielbiam się bić. Zwłaszcza z dobrym przeciwnikiem. Zwłaszcza z takim, który mnie wkurza, bo zawsze, ale to zawsze jest przy Saszce.
Ten był dobry.
Był jak jaszczurka. Tu, tam, wszędzie i w każdym miejscu jednocześnie. Nerkę wyplułem już po minucie, na szczęście jego kucyk pomógł mi zrobić nim śmigiełko na matach. Potem nie myślałem i nie widziałem kompletnie nic.

Podobno tak się czasem dzieje, podobno lepsi ode mnie tak mają. Wyłączają mózg i ich ciało działa samo, na autopilocie. Ja zawsze myślałem w czasie walki. Zawsze. Kombinowałem, obserwowałem i reagowałem. Świadomie. Andrea nieraz mi mówiła, że tracę przez to czas, te cenne mikrosekundy, które dzielą wygraną od śmierci,

ale nie umiałem się puścić na żywioł. Nie umiałem, albo nie miałem odwagi.

A teraz nie miałem innego wyjścia. Borys, Kozak z Bożej łaski, był wszędzie, gdziekolwiek się nie odwróciłem i nie popatrzyłem. No, to przestałem patrzeć i pozwoliłem mojemu Jaguarowi podejmować decyzje. Bestie są lepsze niż my, jeśli chodzi o przeżycie.
Kilka razy dostałem tak, że myślałem, że zębów będę szukał pod matami. Kilka razy wysoki wykop odebrał mi dech i wbił mnie w ścianę. Kilka razy walczyłem tylko nogami, bo nie mogłem ruszyć ręką. Ani jedną. Wszędzie czułem zapach krwi. Swojej i wampira. Jego pachniała ostro, mchem i palonym bursztynem. Proszę, okazuje się, że walka tworzy związek, który pozwala mi czuć Nieśmiertelnych.
Kiedy zacząłem drania czuć, od razu walczyło mi się lepiej.
Ale i tak, ile razy moja pięść uderzała w jego ciało, to jego pięta lub łokieć uderzały w moje.

Nie wiem, ile to trwało.

W czasie walki czas jest, delikatnie ujmując, rozmyty i niepewny, względny w sposób absolutny. Tym bardziej w czasie takiej walki, kiedy w ruch poszły tylko pięści i inne części ciała, nie broń. Z bronią jest inaczej. Ona zapośrednicza, stawia barierę między tobą a przeciwnikiem. Tu tego nie było. Było moje ciało, jego ciało, oba uderzające w siebie, były krzyki, były przekleństwa, była czysta fizyczność, którą można porównać tylko z seksem.
– Dość!
Wysoki i donośny głos Pawła doszedł mnie, kiedy opadałem na podłogę na Borysa z jego głową w zgięciu mojego łokcia. Wampir z kolei miał pięść zaciśniętą, na szczęście nie za mocno, na moich jądrach. Ja go nie uduszę, bo nie musi oddychać, ale on mógłby mnie czasowo uszkodzić. Jądra odrastają, ale bez ich towarzystwa między nogami wojtuś czułby się bardzo samotny. Saszka miałaby ze mnie używanie, ale ja – wręcz przeciwnie – używania bym nie miał.

Opadliśmy obaj na maty, jakby nam ktoś wyciągnął z tyłków baterie.

Leżałem na plecach, ale przewróciłem się na bok, żeby go widzieć. Na twarzy miałem uśmiech, albo tak mi dziwnie spuchła twarz.
Borys też się śmiał jak wariat. Byłby dobrym Kotem, gdyby był Zmiennym. Mamy opinię masochistów, którzy śmieją się, ile razy im ktoś przetrzepie skórę. Takie plotki rozpowszechniają Wilki, zwykle mające zbyt poważny stosunek do walki i nie umiejące się cieszyć z faktu przeżycia.
Klękaliśmy obaj, podpierając jeden drugiego, jakbyśmy byli pijani. Nie byliśmy. Nie wiem jak on, ale byłem obolały. Wszystko czułem. Jakbym był kotletem, starannie ubitym przez panią Basię. Nawet pięta mnie bolała, serio, jakbym nią walił w coś wiele razy.
– Kopałeś mnie w głowę. Z naciskiem na powtarzalność czynności w czasowniku „kopać” – mówił mi Borys, kiedy patrzyłem zdziwiony na część ciała, która zwykle wychodzi z dojo bez szwanku.
– Filolog się znalazł – mruknąłem.
Miałem ochotę splunąć krwią, ale dojo było zbyt czyste.
Poprawka.
Było czyste, nim się do niego z Kozakiem nie wtoczyliśmy i nie zostawiliśmy siebie dosłownie wszędzie. Dałbym głowę, że krew, jej drobinki, były nawet na suficie.
Kozak miał czerwonawe oczy i kły na wierzchu. Uspakajał się i oczy mu gasły, a kły chowały się bezszelestnie.

Stałem opierając ręce na udach i patrząc na blondzię.

– A ty co, Svenie Gunnarsonie, nie chcesz się bić?
– On jest poetą, nie wojownikiem – mówił poturbowany krwiopijca.
Borys ściągał gacie, wycierał się nimi i smarkał w podarty dres.
– Pasza nie schodzi do naszego poziomu, jeśli chodzi o…
Gapiłem się na Borysa. Jedno trzeba przyznać: Saszka ma dobry gust. Kozak jest… kozak, jeśli chodzi o wyposażenie.
Mój Jaguar poczuł się obrażony samą tą myślą, a ja chciałem Borysowi urwać, przeszkadzającą mi nagle, część ciała innego samca.

– No, pewnie, że nie schodzi! Co wyście tu zrobili, duraki? Nu szto eto? Wy s uma sowsjem saszli? Zgłupieli, i to obaj! Obce terytorium, nie wiadomo, co się dzieje, a dwaj z trzech najlepszych wojowników, których tu mam biją się jak dzieci. Jak riebionki!

Saszka stała w drzwiach, z rękami na biodrach, bez tych jej spódnic, które nosiła prawie zawsze i które ukrywały jej nogi i pupę.

Na budowie nosiła obszerne, workowate ogrodniczki. A teraz miała na sobie skórzane legginsy, które czułem na niej od kiedy przyjechała.
Lubię zapach skóry, zwłaszcza kiedy noszą ją kobiety. Dwa naturalne zapachy: wyprawionej skóry i kobiecości mieszają się w potężną i uderzającą do głowy miksturę.
Sasza miała też najlepszą parę nóg, jakie widziałem kiedykolwiek. Gdyby się odwróciła, może zobaczyłbym…

Kubicki, musisz mieć uszkodzenie mózgu. Może to Kozak ciebie kopał po głowie, nie ty jego? To jest Saszka, twoja Saszka. Ona nie ma ani nóg, ani pupy.
Moje oczy powoli wspinały się po ciele Saszy w górę. Moja Bestia zauważyła, że blondzia, Paweł, stanął zaraz za Saszki plecami i stwierdziła, że wampir stoi za blisko.
„Zwariowałeś?” – powiedziałem Jaguarowi, którego ogon walił w furią w boki – „to jej porucznik, wejże i wyluzuj, Kocie”.

– Mamy z Polaczkiem nierozwiązany spór o wojny kozacko-polskie. Ta polityka międzynarodowa, Saszeńka, to strasznie zatruwa mężczyznom mózgi.
Borys mówił prawie wyraźnie i usiłował stać na obu nogach, ale lewa nie do końca mu działała. Podparłem go. Nie lubię dziada, zwłaszcza jak macha Saszce swoim sprzętem przed oczami. Pewnie to nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy Sasza jego narzędzie widzi, ale nie chciałem o tym myśleć. Ciężki był, śliski od potu i krwi, jak ja.
Źle się takiego podpiera.
Staliśmy jak idioci, pokrwawieni i posiniaczeni. Zadowoleni z siebie i mniej napięci.
Czułem, jak mi warga pulsuje bólem i jak oko puchnie. Nerka chyba mi pękła, ale kręgosłup mam cały.

Czuję, że żyję.

Sasza tylko kręciła głową.
– Polityka międzynarodowa? Mózgi?
Obaj potwierdziliśmy, chociaż kiwanie głową bolało.
Podniosła ręce do góry, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko machnęła ręką, odwróciła się na pięcie i wyszła.
Tak. Ma piękny, zgrabny tyłek.
Głowa mnie boli.
– Ma erekcję – powiedział Borys i od razu popatrzyłem na wojtusia, który mógł się obudzić.

No wiecie, reakcja na „fight”, to „feed” lub „fuck”. Jestem samcem, nie kodeksem rodzinnym i opiekuńczym, prosty bywam.

Kozak parsknął, widząc, na co się gapię.
– Saszka ma erekcję, nie ty. Kły jej wylazły. Dobra robota, Polaczku mięciusi, dobra robota – walnął mnie w plecy, na szczęście trzymał mnie przy tym za ramię – Chodźcie, chłopaki, na szklaneczkę. Szklaneczka, kąpiel potem, może nawet nam się uda dziś kimnąć?

Paweł pilnował, żebyśmy nie narobili sobie dalszych szkód na życiu i zdrowiu. Poszliśmy. Wypiliśmy szklaneczkę albo kilka, a ja dodatkowo dostałem łyk krwi od Paszki. Po niej szybciej mi się wszystko wygoi. Tak nas magia stworzyła. Nieśmiertelni pomagają się goić Zmiennym. Tak samo jest w drugą stronę. Magiczna symbioza. Parvaneh kiedyś opowiadała o naszej historii i o tym, że nasze dwa gatunki są spięte ze sobą. Zmienni i Nieśmiertelne, match made by magic.
Spaliśmy może godzinę, ale obudziłem się bardziej jak ja i bez siniaków. Blondynka miała rację.
Nim wyczołgałem się z wyra zajrzałem do raportów. Kuba przysłał mi trzy przypomnienia, każde z większą ilością wykrzykników. Przy czterech – poddałem się i przeczytałem. Jak mówi Andrea: „są komary, od których się odganiać nie możesz”.

Sasza

Jej Bohu…
Czy wyście go widzieli, jak walczy? Widzieliście, jak był opanowany? Widzieliście to ciało? Tę koordynację? Tę siłę? Tę dzikość, która obudziła się w nim i na której jechał jak na dzikiej klaczy, tłukąc Borię niemiłosiernie? Stałam z boku, koło Paszy, milcząc, prawie cały czas, kiedy walczyli. Godzinę. Tyle się tłukli, odbijając się od ścian, podłogi, mat, od siebie. Klnąc i wrzeszcząc, wyklinając siebie i swoje rodziny.

Borys jest mistrzem w walce wręcz.

Żył z pracy własnych pięści i dalej uważa walkę nimi za rodzaj sztuki. On lubi walczyć i trudno go pokonać.
Wojtkowi się to nie udało, ale gdyby walczyli dłużej – mogłoby.
Była w nim siła, była koordynacja i była zaskakująca wredność, nieprzewidywalność i skłonność do stosowania sztuczek, które działały, ale nie były do końca „czyste”. To był mężczyzna, który chciał i umiał przeżyć. Tacy zazwyczaj są dobrzy w pomaganiu innym w przeżyciu.

Jakby mi było mało miłości, to musiałam to widzieć.

Tę brudną, fizyczną walkę, w którą obaj rzucili wszystko, co mieli. Zachowywali się, jakby się chcieli zabić, ale zatrzymywali się o milimetr przed tą nieprzekraczalną granicą, jakby hamowali, nim mieli szansę zrobić sobie coś naprawdę złego.
Boria miał rację. Kły mi stanęły. Ale wyszłam dopiero, kiedy oczy mi zaczęły błyszczeć czerwienią, bo to, to już zauważyliby wszyscy. Wciórności.
U nas, u Nieśmiertelnych, jest jak u mężczyzn. Jak się podniecisz, to widać. Kły ci stoją jak wachmistrz na paradzie, a w skrajnych przypadkach oczy płoną czerwienią.

Weszłam do pokoju, rozebrałam się. Zanim poszłam do łazienki, wyciągnęłam z juków, z dobrze ukrytej kieszonki, mój ulubiony wibrator. Nazywam go „antyWojtek „. Nikt o nim nie wie, o imieniu wibratora. Jak mi życie dokopie, to go używam, rojąc sobie, że to, co robi wibrator, zrobi kiedyś Wojtek. Dobrze mieć zamknięte oczy w takich chwilach. Dobrze.
Oj, Aleksandro Nogaiłowna. Oj, Aleksandro Nogaiłowna, ty durna, aż strach.
Szkoda, że on spodni nie zdjął.

Te jego pośladki znowu zobaczyć…

 

„Akcja Apokalipsa” dostępna w Google Books, na Legimi.pl, Smashwords.com oraz na Amazon.com!

Published in"AKCJA 'APOKALIPSA'", część 7

Be First to Comment

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *