Skip to content

„Akcja Apokalipsa” – fragment powieści

Last updated on 19 lutego 2020

„Akcja Apokalipsa” jest siódmą częścią sagi „Droga Smoka”

Zarys fabuły

„Akcja „Apokalipsa” to zdrady, zerwania, upiory, śmierć w rodzinie i rozpaczliwa próba posiadania życia. Udana? Sprawdźcie. To kolejny po „Dreawalkerze…” stand alone w serii.

Zerwanie dla dojrzałego mężczyzny nigdy nie jest prostą rzeczą, zwłaszcza, gdy kobieta, z którą trzeba zerwać jest inteligentna, zabawna, piękna i seksowna. Powiedzenie sobie w takim przypadku:”to nie to”, jest co najmniej trudne. Większość mężczyzn… nieważne, przecież Wojtek Kubicki zwykły nie jest.

  • Po pierwsze: jest Zmiennym, czyli istotą należącą do świata Nadnaturalnego.
  • Po drugie: jest Inkwizytorem Preternatural Bureau of Investigation.
  • Po trzecie: należy do Watahy Yi Hyeon Ju, a to już jest i błogosławieństwo, i spora odpowiedzialność.

Nawet taki dekiel jak on, to wie.

Na szczęście Wojtek nie ma czasu na rozważanie swojej domniemanej głupoty, bo musi się zająć śledztwem. Dostaje dwie sprawy, które się łączą, i Saszę Nogaiłowną, Nieśmiertelną Śledczą PBI, jako partnera. Wampirzyca bywa jego przyjaciółką, bywa takie jak papier ścierny i Wojtek nie wie, jak poradzi sobie z nią, śledztwami, zerwaniem i żałobą.

Sasza wie, że śledztwo w Kyoto będzie najtrudniejszą sprawą w jej życiu, to znaczy w karierze.

Jest tam bowiem i Cesarzowa, i znikający Nieśmiertelni, jest obsydianowe lustro, którego Sasza nie znosi, jest żałoba, jest w końcu i Wojtek, który jest przekleństwem jej życia.
Tak przynajmniej Sasza myśli, nim nie dowie się, że prawdziwe przekleństwo jej żywota wpadło na jej trop i zastawiło na nią śmiertelnie niebezpieczną pułapkę.
Czy upiory są silniejsze niż miłość? Co można zobaczyć w obsydianowym lustrze? Czy naprawdę trzeba się zakładać o  w s z y s t k o?

Fragment „Akcji Apokalipsa

Lachlan

Uwielbiam Kyoto. Uwielbiam w nim wszystko – od ludzi po architekturę. Kuchnia, przyroda, muzea, powietrze. Wszystko, ale to dosłownie wszystko sprawia, że często przychodzi mi do głowy, że to jest kapitalne miejsce na emeryturę. Z nią.

Często wyobrażam sobie, jak będzie wyglądać nasza emerytura. Rozmawiamy o tym i dyskutujemy coraz częściej. Przymierzamy siebie do różnych miejsc, jak przymierza się ubranie przed zakupem, czy sprawdza się kanapę, nim wymieni się meble w salonie.
Szkockie Highlands odpadły najszybciej. Jak twierdzi moja ukochana: „owce i ludzie muszą się od siebie różnić wyglądem”, a na wzgórzach się nie różnili. Przynajmniej jej zdaniem. Nie powiem o tym kuzynowi Fergussowi. Biedak myśli, że nie zdaję sobie sprawy z tego, że się w niej podkochuje, rudy idiota z wodogłowiem. Pastuch ubogi duchem. Wszyscy wiedzą, że kocha się w każdej kobiecie, która go przepije. Wątrobę ma coraz słabszą, więc niebawem przepije go licealistka.

Później odrzuciliśmy Paryż, bo banał musi mieć jakieś granice.

Na tej samej zasadzie odpadły Prowansja i Toskania. Ja odmówiłem zamieszkania w Moskwie lub ogólnie w Rosji. Na emeryturze będę ex-żołnierzem i chcę się pożegnać z bronią, a nie wyprowadzać czołg z garażu, kiedy idę na zakupy.
Od kilku lat tak dyskutujemy, wyobrażając sobie rozmaite scenariusze i scenerie. Na razie na czele listy są Sycylia, okolice Cefalu, i Japonia, ale tu nie wiemy czy Kyoto, czy Tokyo.
Celem mojej obecnej misji jest znalezienie wystarczającej ilości argumentów za Kyoto, żeby dama mojego serca nie miała innego wyjścia, jak tylko z gracją ugiąć się pod naporem mojej logiki, zgodzić się na to miasto, a następnie dać się zanieść do łóżka. Potem to już pójdzie z górki. W łóżku umiem przekonywać ją brajlem do swoich racji. Porwę ją i przywiozę tutaj już za trzy tygodnie. Pod warunkiem, że znajdę miejsce godne poważnej uroczystości, którą mam w planie.

Jestem zatem na rekonesansie.

Podszedłem do tego, jak do każdej misji wojskowej. Najpierw: rozpoznać teren. W Kyoto nie brakuje drogich hoteli, eleganckich zajazdów, przytulnych miejsc. Jest ich mnóstwo, ale ja szukam czegoś rzeczywiście wyjątkowego, z duszą i klimatem, intymnością i klasą. Już trzeci dzień łażę, pytam, sprawdzam, wkładam pysk wszędzie, gdzie mnie tylko wpuszczą. Dobra bez ściemy: wpuszczają mnie wszędzie, bo nie znam miejsca, w którym by nie lubiano pieniędzy.

Zwykle nie obchodzimy rocznic.

W naszym przypadku to raczej, no, lekki idiotyzm. Jednak ta rocznica jest i będzie wyjątkowa, bo jest okrąglusia jak szwajcarski ser i piękna jak ona, jak moja przyszła żona.
Dlatego już trzeci dzień noszę przy sobie mój amulet – pierścionek zaręczynowy.
Tak! Oświadczam się! Jestem poważnym gościem, nie mam zamiaru w nieskończoność czy bez sformalizowania naszej sytuacji, jedynie sypiać z kobietą, którą kocham. Chcę być mężem. Chcę być jej mężem. OK, poczekamy trochę ze ślubem, bo musimy zakończyć kilka rzeczy, które mamy na tapecie, ja i ona, ale ślub będzie. I będzie wesele. Chcę być pewny, że jest moja, chcę mieć milion procent pewności. Chcę usłyszeć jej „tak”.
Kupiłem jej wyjątkowy pierścionek. Czarny diament otoczony przez mniejsze, fiołkowe, osadzony w platynie. Wszystko pasuje do niej. Niezwykłość i tajemniczość czarnego kamienia, blask fioletowawych, przypominających mi kolor jej oczu, i platyna jak jej włosy. Tak, jestem zakochany. Nie, nie „zakochany”. Zakochany to byłem, kiedy ją zobaczyłem i kiedy udało mi się ją uwieść. Teraz kocham ją jak oddech, jak życie, jak światło. I wiem, co to znaczy „kochać”, z czym to się wiąże. Wiem, że to ani nie jest proste, ani cukierkowe. Że czasem się na siebie krzyczy, czasem się obraża, czasem się rzuca poduszkami, ale wiem, że piękno miłości jest ogłuszające. Wiem, że nie chcę niczego innego w życiu, niczego prócz tego, co trudne – z nią.

~~*~~

Zbiegłem po schodach, machnąłem ręką recepcjoniście, czterdziestolatkowi, połowę mniejszemu niż ja i zaśmiewającemu się do łez z mojego wzrostu i rudych włosów. Wczoraj mu opowiedziałem szkocką bajkę o złośliwych skrzatach. Nie obraził się, zaprosił mnie na sake. Nie wiem, czy żona wpuściła go do domu, bo sporo wypiliśmy. Odstawiłem go taksówką i patrzyłem, jak chwiejnie wspina się po schodach. Najgorsze, co mogło mu się przydarzyć, to noc na wycieraczce. Każdemu się przydaje takie doświadczenie. Zaczyna się po nim doceniać dom i własne łóżko.
Gdybym pojawił się na progu mojej przyszłej narzeczonej w takim stanie, w jakim był Akira, kiedy odstawiłem go do domu, to wylądowałbym na trawniku w ciągu sekundy. Kazałaby mi wytrzeźwieć, iść i kupić jej kwiaty i stawić się w ciagu godziny w formie, która nie urąga przyzwoitości.

Uwielbiałem to, że nie ma żadnych kłopotów z pokazaniem mi mojego miejsca. Uwielbiam to, że jest silna, nie udaje kogoś, kim nie jest, i wie, czego chce. Kochałem to, że jeśli czegoś nie chce, to nie robi minek, tylko mówi „nie”.
Wszystko w niej kochałem. Dobrze, że moja jedyna nie jest terrorystą. Na najmniejsze skinienie jej palca oddałbym jej tartan i koszulę, i co tylko by chciała, nawet pół królestwa, zwłaszcza gdyby tym królestwem miała być Anglia.

Głowa na zewnątrz, rozejrzeć się.

Było ciepło, za ciepło na to, jak się ubrałem. Na górę, zmienić koszulę na jasną i lżejszą, i buty na bardziej eleganckie. Będę dziś chodził po wyrafinowanych miejscach, nie mogę wyglądać jak amerykański turysta na urlopie z jego „missus”. Noblesse oblige, zwłaszcza jeśli jest prawdziwą noblesse.
Wychodziłem z ryokan, gotowy do rozpoczęcia kolejnego etapu szukania miejsca idealnego, kiedy zadzwoniła moja druga ukochana kobieta na świecie, Andy Niwiński.
– Lachie! Lachie! Jesteś tam, słonko?
Shit, coś się stało, bo miała bardzo przestraszony głos. Włączyłem więc mój legendarny szkocki czar na full volume. Zwykle umiałem ją przynajmniej rozśmieszyć.
– Hej Andy. Jestem, co…

Wojtek

Tego konkretnego dnia międzynarodowe lotnisko w San Francisco wydało mi się piekłem na ziemi. Byłem prawie pewien, że to wcale nie był najgorszy dzień na tym lotnisku. To był po prostu mój najgorszy dzień, najgorszy ever. Nie pamiętam, czy po śmierci mamy czułem się równie do dupy? Byłem wtedy chyba zbyt mały, żeby rozumieć taką stratę.
Wróć, mupecie, wróć. Łażenie po mentalnym cmentarzu nigdzie cię nie zaprowadzi. Będziesz tylko bardziej… zirytowany.

A byłem rozjebany, nie tylko zirytowany.

Przeszkadzało mi prawie wszystko. Zbyt wysokie głosy zapowiadające loty, zbyt uśmiechnięte hostessy. Za bardzo spieszący się biznesmeni, przeciskający się nazbyt blisko mnie. Zapach sosu sojowego i gorącego oleju, dochodzący zewsząd. Zauważalne miganie jednej ze świetlówek. Jedno, co mnie nie doprowadzało do szału, to wystawy lotniskowych sklepów, gdzie królowała „nu nostalgy”, czyli popkulturowy powrót wszystkiego, co wiąże się z ćwierćwieczem 1990-2015.

Zawsze mówiłem, że nie jestem amonitem, tylko trendseterem i, kurwa proszę, miałem rację. Nie ma się co wstydzić, że się tym jaram. Zrobiłem zdjęcie dla piekielnej baby, żeby przestała się ze mnie nabijać, kiedy śpiewam „Everything I do, I do it for you” przy niewolniczej pracy na budowie i/albo w kuchni. Może przestanie mój gust nazywać „kulturnym pochabstwem”, czyli kulturalną sprośnością, a mnie samego: „niewydarzonym muszkieterem”.
To była jedyna dobra myśl, jedyna rzecz, która sprawiała, że nie siadłem i nie zacząłem się kiwać w tył i w przód jak osierocone dziecko. Czasem możliwość utarcia nosa przyjaciołom jest jedyną rzeczą, która pozwala nam doczołgać się do celu.

Zaciskałem i rozluźniałem dłonie, kiedy wysoce irytujący głos nawoływał, po raz chyba osiemdziesiąty: „Miss Omi Nobunaga, please report to special security B1”. Kilkanaście minut później, tuż przed otwarciem mojego gate’u, podobny, wysoki głos zaćwierkał: „Miss Omi Nobunaga is requested immediately to gate A21”. Nie mogłem uniknąć miss Omi Nobunagi, bo najwyraźniej była VIP-em, który zaszczycił mój lot. Kiedy wpadła, cała w błękitach i kwiecistych apaszkach, zauważyłem tylko, że była niewysoka, drobna i miała twarz lali. Porcelanowej lali. Doskonale piękną, umiejętnie umalowaną i z niewielkim pieprzykiem z tyłu, za lewym uchem. Pachniała czymś kwiatowo-pudrowym, co prawie zatykało nos, bo było tak słodkie.

Pachniała też leciusieńko krwią, co w przypadku kobiet nie jest niezwykłe, ale na niej ten zapach jakoś dziwnie mi przeszkadzał.

Przypisałem to mojemu ogólnemu wkurwowi. Na wszelki wypadek – pomyślałem sobie – poproszę stewarda o przesadzenie mnie do klasy ekonomicznej. Siedzenie w business z tym pudrowym zapachem w zasięgu nosa, było poza granicami mojej wytrzymałości.

Widziałem większe lotniska. Byłem na bardziej zatłoczonych. To nie było jakieś wyjątkowe. Jednak tego dnia San Francisco było dla mnie koszmarem. Na tym lotnisku przekonałem się, ile się jeszcze muszę nauczyć o opanowaniu, o moich emocjach. A takim byłem cwanym misiem! Takim mupetem, któremu się wydawało, że wie, co to znaczy „trzymać się w kupie”. Gówno wiedziałem.
Przynajmniej tyle dobrze, że jestem tutaj sam i nikt nie widzi, jak były komisarz Wojciech Kubicki irytuje się zapachem mydła w kiblu i dywaguje o zapachu perfum, który mu zatyka zatoki, a robi wszystko to, żeby nie myśleć o rzeczach ważnych i zjebanych. W ogóle nie wiem, czy coś myślałem, przynajmniej na początku.

Wiem, że modliłem się bez przerwy: „Spraw, żeby to nie była prawda, spraw, żeby to nie była prawda”.

Tego dnia zrozumiałem sens śpiewania mantr. Doprowadziłem do tego, że odprawiłem się na autopilocie i na autopilocie posadziłem dupę w samolocie. W głowie nie miałem nic więcej, tylko: „Spraw, żeby to nie była prawda”. Potem było lepiej.
Mój mózg dalej kręcił się jak wirniki silnika, który miałem za plecami, to prawda, ale wziąłem się w garść i w pracy zacząłem szukać dystrakcji i czegoś, co mnie pochłonie, zmusi do wyjścia z mentalnego hadesu. Tak, znam trudne słowa. Mam doktorat z prawa. Ale jestem też prostym chłopakiem z krakowskiego Podgórza i lubię okazjonalnie rzucić kurwą.
Najgłupsze, lub najrozsądniejsze, z tego, co zrobiłem było stopniowe wyciszenie wszystkich moich zmysłów. Jeszcze niedawno nie wiedziałem, że to umiem, ale kiedyś, zupełnie przypadkiem, odkryłem, że mogę nie czuć nic i słyszeć niewiele. To było mniej więcej tak, jakbym był w stanie otoczyć się kopułą deprywacji sensorycznej. Mogłem w tę „strefę zero” wciągnąć innych, na razie jedną osobę, ale wiem, że jeśli poćwiczę, to tę umiejętność rozwinę. Może mi się przydać.

Może także okazać się samobójstwem. Mamy zmysły po coś. Mamy je, żeby nam pomagały, ostrzegały oraz informowały. Jednak na lotnisku w San Francisco nie byłem zainteresowany posiadaniem systemu informacyjnego. W tamtym, konkretnym momencie, nie chciałem używać żadnego ze zmysłów, a mózg chciałem mieć pusty jak student kieszenie.

Sasza

Z całej tej „wycieczki” do Władywostoku, to najlepsza była droga, chyba dlatego, że mi się nie śpieszyło jakoś specjalnie. Lubię podróże. Zwykle milczę, kiedy jestem w drodze i moi towarzysze zawsze to szanują. Znają mnie – to raz, dobrze ich dobieram – to dwa.
Słucham świata, kiedy jestem w drodze. Ja lubię dźwięki.

Moi mówią „tisze jediesz, dalsze staniesz”,

no sztosz, dla mnie jest mało ważne, że jak się siedzi cicho i nie zwraca się na siebie uwagi, to się zwykle i dociera dalej. Ja tam myślę, że „tisze jediesz, łutsze jediesz” jest bardziej prawdziwe. W ciszy się po prostu lepiej podróżuje. Na szto trzaskać pyskiem, zwłaszcza po próżnicy, kiedy tyle się dzieje dookoła?
Aleksandro Nogaiłowna, mniej rusycyzmów, proszę. Panujemy nad językiem. I po angielsku, po angielsku.

To nieprawda, że nic nie słychać, kiedy człowiek jedzie konno. Nieprawda, że nie słychać nic innego, tylko tętent. To bzdura, bo kopyta na każdym podłożu brzmią inaczej. Miękko, prawie czule, kiedy prowadzi się konia po mchu. Woda mlaśnie i plaśnie wtedy raz czy drugi, akompaniując kopytom. Na kamieniach to czasem nawet słychać, jak leci iskra. Koń raz ma dobry humor, a raz jest zirytowany i wrażliwy jak panna w czasie pierwszego balu i te jego humory, jak humory jeźdźca, słychać w tym, jak zwierzę chodzi, tańczy, rży, parska, jak świszcze jego ogon, którym bije się po bokach, kiedy obsiądą go meszki, słychać je nawet w tym, jak puszcza bąki.

Są momenty, kiedy echo niesie dźwięki daleko, są też takie, kiedy odgłos szybko umiera, zduszony przez mgłę lub drzewa. Jakby natura kneblowała niektóre tony, a innym pozwalała się nieść, hen, daleko. Jakby sama miała humorki i decydowała, że w moll jest OK, a w dur już niekoniecznie.

Ludzie mówią, meszki śpiewają, woda szemrze, a czasem gulgocze, las szumi, zwierzęta są wszędzie i wszystko szeleści. Ty, człowiecze, sam masz w głowie melodie, które grają jak playback do rzeczywistości. Taka podróż jest w ogóle jak fotoplastykon, lub lepiej jeszcze, jak stare kino, w którym jesteś taperem, przygrywającym Flipowi i Flapowi do ich przygód.

Na pierwszym postoju napisałam list.

Jak należy, odręcznie, piórem ze stalówką. Nie miałam sztucznego światła, bo jechaliśmy lekko. Pisząc przy ognisku, czułam się, jakbym grała w „Michel Strogoff” Julesa Verne. Teraz już się tego nie czyta, a to jedna z lepszych książek Verne’a i taka, która się nie zestarzała. Piękna miłość, piękna przygoda. Tatarscy rebelianci, zdrada carskiego pułkownika, piękna Nadia jadąca do swego ojca-zesłańca i sam carski kurier, Michał Strogoff, śpieszący się, żeby przestrzec carskiego brata przed zdradzieckim atakiem na Irkuck. Pamiętam, jak to czytałam pierwszy raz, z wypiekami na twarzy. Nawet teraz czułam się, jakbym była w środku jakiejś książki, jak dziewczynka ciesząca się na przygodę, która zaraz się zacznie. Kagda ja była riebionak? Kiedy byłam dzieckiem?

Nigdy. Nu eta nie ważno, Aleksandro Nogaiłowna.

Eto nisztożnyje. Błahostka.
Z Irkucka do Władywostoku jest ze trzy i pół tysiąca wiorst, czyli daleko, ale komu to przeszkadza, że ja jestem dalej niż carski kurier się kiedykolwiek zapuścił? Jestem tak z cztery tysiące kilometrów na wschód, licząc po ludzku, nie według starych miar.

Siedziałam i pisałam list, bo tak trzeba, tak każe zwyczaj, a zresztą ja sama pisać lubię. Jestem staroświecka. Potrafię pisać, kciuk mnie od tego nie boli. Nieraz słyszałam, że „pismo jest zwierciadłem duszy”, więc piszę tak, żeby nikomu do głowy nie przyszło krytykowanie stanu mojej duszy. Niektóre ptaki są do tego zdolne.
„Szacowny mój Artiomie Wiktoryczu…

Pisałam z takim formalnym zadęciem do osoby, z którą utrzymywałam sporadycznie stosunki o charakterze męsko-damskim. Kręciłam głową, pisząc to i śmiejąc się z siebie, i był to bardzo nowoczesny gest w dekoracjach i roli, w której sama się obsadziłam.

„… Kiedy wracam myślą do samych początków naszej znajomości, to w głowie mam jedno, to tylko, że spotkaliśmy się w złym czasie i w złym miejscu, że Los naszej znajomości nie błogosławił, Artiomie Wiktoryczu.
Mnie liczne obowiązki, zarówno te wobec mojej Matki jak i te wobec mojej Władczyni, trzymają w permanencji z dala od Ciebie, Artiomie Wiktoryczu, nie dając mi nawet czasu na spokojną z Tobą rozmowę i objaśnienie Ci stanu duszy mojej.
Jednakowoż i ten czas, i oddalenie posłużyły mi ku większemu w uczuciach moich rozeznaniu i uzyskaniu pewności, że są rzeczy, które trzeba wypowiedzieć.
Dlatego też piszę mój list, Artiomie Wiktoryczu, dokonawszy takiego rozeznania i zobaczywszy prawdę w całym jej nagim splendorze”.

Nu ładna, to już wystarczy chyba tego objaśniania? Nawet durny by pojął, że dalej dobrze nie będzie, niet?

„Z bólem i żalem muszę Cię poinformować, żem podjęła decyzję o stałym i definitywnym zakończeniu jakiejkolwiek naszej prywatnej, a czasem nawet intymnej, znajomości.
Zgodnie z naszymi Zwyczajami informuję Cię, Artiomie Wiktoryczu, o tym pisemnie i pozostaję w wierze, że oboje przebolejemy stratę tego, co się może i zapowiadało na większe i ciekawsze, ale nigdy nie mogło się ziścić, z racji na nasze niedopasowanie na poziomie wartości i postrzegania świata oraz zważywszy na nieprzystawalność naszych temperamentów”.

No, to wiadomość przekazana.

Trzeba mu teraz rozmasować duszę. Koniecznie szerokimi ruchami. Tutaj subtelność jest zbędna i byłaby uznana za okrucieństwo.

„Jesteś artystą o głębokiej duszy, o talencie niezmierzonym i niezwykłym. Moje światło jest jak płomień świecy przy tej pochodni, jaką płonie Twój geniusz muzyczny.
Pozostaję z szacunkiem, uspokojona pewnością, że człowiek o Twoim formacie, wielki artysta i patron sztuki, długo samotnością nękany nie będzie. Wiem, że niebawem będziesz cieszył się towarzystwem kogoś, kto będzie przy Tobie stale i wiernie, kto będzie Ci muzą, Artiomie Wiktoryczu, kto będzie Ci przyjaciółką, kto będzie Ci czułą towarzyszką Twego pełnego i twórczego życia. Wiem, że szczęście postawi na Twojej drodze kogoś, z kim połączą Cię wartości i wspólny cel.
Ze smutkiem zrodzonym z rozumu rozpoznaję, że niczym tym ja, istota o innej konstytucji duchowej, być dla Ciebie, Artiomie Wiktoryczu, nie mogłam”.

Teraz czas się elegancko otrząsnąć i patrzeć w przyszłość. Osobną przyszłość, bo o innej, tylko słaby na umyśle może sobie roić.
Jakby to napisać?
O mam.

„Nie pora jednakowoż płakać nad przeszłością i żałować tego, co się nie wydarzyło, bo i wydarzyć się żadnym sposobem nie mogło. Oboje jesteśmy na tak próżne żale, Artiomie Wiktoryczu, za starzy i zbyt mądrzy.
Wszystkie prezenty, którymi w przyjaźni swojej i afekcie raczyłeś mnie obdarować w czasie naszej znajomości, prześlę specjalnym posłańcem, razem z pełnym ich inwentarzem, do akceptacji dla Twego majordoma”.
I zakończenie.
Definitywne, ale romantyczne i poetyckie.

„Życzę Ci tedy, Artiomie Wiktoryczu, częstych wzlotów duszy w krainę, gdzie łaskawie geniuszami rządzi Polihymnia i jej pozostałe siostry, Muzy.
Sasza N.R… etc…”

– Czort by to wziął, czuję się, jakbym grała w marnym szkolnym przedstawieniu rolę szlachcianki z prowincji – powiedziałam na głos, a moi dwaj porucznicy zaczęli się po prostu śmiać.
Wot żyzń. Jakich masz poruczników, takie masz wsparcie, człowiecze.

„Akcja Apokalipsa” dostępna w Google Books, na Legimi.pl, Smashwords.com oraz na Amazon.com!

Published in"AKCJA 'APOKALIPSA'", część 7

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *