Skip to content

Harry Oliver „Czarne koty i prima aprilis”, czyli niedosyt i raz jeszcze – niedosyt

Last updated on 28 sierpnia 2022

„Chociaż mało której parze noc poślubna kojarzy się ze spaniem, nowożeńcy powinni mieć się na baczności, kiedy już zacznie morzyć ich sen. Dość makabryczny przesąd głosi bowiem, że to z nich, które uśnie później, będzie żyć dłużej”. [s.126]

Harry Oliver „Czarne koty i prima aprilis” to – w założeniu – książka o tym, skąd się wzięły przesądy w naszym życiu. Jak sami zobaczycie na okładce – stoi to jak byk i nie da się tego nie widzieć. 

Jednak widzieć to jedno, a dać się książce do siebie przekonać – to coś zupełnie innego. 

Książka Olivera jest przyjemnym kompendium wiedzy o anglosaskich przesądach, w której zadziwiająco często pokazują się także i przesądy polskie. To miłe, bo wiadomo, że „słoń a sprawa polska”, czyli że lubimy, kiedy autorzy nie piszący w naszym języku nas zauważają. Nasze przesądy – w tym przypadku. 

„Odpukiwanie w niemalowane drewno (czy też zwykłe wypowiedzenie wyrażenia „odpukać w niemalowane”) ma neutralizować zagrożenie wynikające z czyichś przechwałek lub słów wyrażających życzenie – robi się to po to, żeby „nie zapeszyć”. Dziś najczęściej po prostu mówimy: „odpukać w niemalowane drewno” – albo jedynie „odpukać” – lecz w przeszłości należało jakiegoś drewna dotknąć. […] Amerykanie, podobnie jak Polacy, mówią o „odpukiwaniu” w drewno, Brytyjczycy zaś wolą drewna „dotykać”.” [s.36-37]

Jest to solidny zbiór dziwactw, to prawda, ale niewiarygodnie płytki.

Owszem, Autor pisze na przykład, że przesąd XXX pojawił się w XVI wieku, a YYY zawdzięczamy szacownym obywatelom ery wiktoriańskiej. Ale to wszystko. Tyle z naukowości. Może jestem ślepa (z wiekiem wzrok zwykł się pogarszać), ale nie zauważyłam, żeby Oliver szarpnął się na dodanie przypisu, czy informacji skąd dany kawałek wiedzy zaczerpnął, jakie dokumenty o tym mówią itp, itd. 

Sam zobaczcie na ten przykład hasło: „Strzeż się dużych czarnych psów”:

„Widmowa postać wielkiego czarnego psa nawiedza ponoć miejsca morderstw i śmierci w ogóle. Już w XVII wieku opowiadano mrożące krew w żyłach historie o Barheście, czyli złowrogim czarnym psie o czerwonych ślepiach, a według niektórych opisów – bezgłowym. Legenda głosi, że nie jest to zwykły pies, a sam diabeł wcielony”. [s.74-75]

Gdzie o tym opowiadano? Kto to zapisał? Gdzie opowiadano o tym psie? Nic. Zero. Zilch. Domyśl się i poszukaj, człowiecze zagubiony, masz neta przecież, nie? 

No właśnie. 

Jestem na siebie zła! Zła za to, że jestem tą książką rozczarowana!

Bo wiecie, „na oko” to ta pozycja zapowiadała się doskonałe. Wydawnictwo zacne, tematyka ciekawa, co może pójść nie tak? – pytałam sama siebie. I odpowiedziałam sobie po kilku godzinach: No właśnie nieznośna płycizna potraktowania tematu, wzmocniona brakiem bibliografii! Nie ma ani jej, ani przypisów, innych niż te od Tłumacza (jest nim Jakub Góralczyk), które nadają tej pozycji nieco polskiego kontekstu. 

„Pecha ma przynosić odwiedzenie kogoś w nowym domu z pustymi rękami. Przesądy zalecają tutaj podarowanie drobiazgu, który będzie na pewno użyteczny dla gospodarzy, lub czegoś żywego – na przykład kwitnącej rośliny doniczkowej”. [s.217]

A irytuje mnie owa płytkość to nie dlatego, że nie rozumiem idei książek pop-naukowych, tylko dlatego, że wkurza mnie taki tumiwisizm! Przepraszam, ale taką książkę, to można napisać korzystając z Wikipedii (przy całym szacunku dla tej instytucji, oczywiście) i poświęcając na to kilka tygodni.

W dodatku, kiedy pisze się o czymś tak pierwotnym i mocno zakorzenionym jak przesądy, to aż się prosi, żeby napisać coś o tym, skąd mogły się owe przesądy ludzkości przyplątać? Skąd się wzięły? Wiemy, jaki jest najstarszy, najgłębiej zakorzeniony?  A potem część z tego pogłębić. Przynajmniej we wstępie czy w posłowiu. Albo w bibliografii. 

Takim kotom, bez których przesądów i magii w naszym obszarze kulturowym nie ma, poświęcono parę stron (dosłownie 3 i pół), ale i to opisano po łebkach i byle jak. 

„Niezależnie od tego, czy upatrywano w czarnym kocie zwiastuna szczęścia czy pecha, z dawien dawna kojarzono go z nadzwyczajnymi mocami. W starożytnym Egipcie czczono Bastet, boginię przedstawianą w postaci czarnego kota, w Europie zaś koty tradycyjnie kojarzone z czarną magią. Czarny kot w roli domownika wiedźmy często pojawia się w podaniach ludowych i bajkach; wiele źródeł ukazuje również powszechność mniemania, że bywa on tak naprawdę samą wiedźmą, ukrywającą się w zwierzęcej postaci”. [s. 65-66]

Jest „wiele źródeł”, ale jakie one mają być te źródła, tego nie podano. Zupełnie jakby autor po prostu zebrał przesądy i powiedział: „patrzta, ludziska, jakie te ludzie głupie są! Patrzą i się dziwta!”. No  i mamy taki socjologiczno-historyczno-antropologiczny wojeryzm, tylko nic z niego nie wynika. 

No i zupełnie nie rozumiem,

po co udawać, że się poświęca czas innym kręgom kulturowym niż anglosaski (i polski w kilku miejscach)? Rozdział 22, zatytułowany dumnie „Dookoła świata” zawiera 8 haseł. Słownie: osiem haseł. Wydaje mi się, że Fineas Fogg z „W 80 dni dookoła świata” odwiedził więcej krajów niż Harry Oliver w jego książce, ale nie jestem pewna. Poprawcie mnie, jeśli się mylę. 

„Tureccy rodzice wierzą, że nie wolno przekroczyć dziecka, gdyż nigdy nie urośnie”. [s.290]

No dobrze – plusy jakieś ta książka ma. 

Autor ma poczucie humoru – subtelne i ironiczne i to jest fajne w tej książce. Powiem także, że ok, można zapamiętać kilka faktoidów i potem zabłysnąć na grillu albo firmowej imprezie. Jeśli szukacie takiego przewodnika po przesądach – celujcie w „Czarne koty i prima aprilis” Harrego Olivera. 

Książka jest porządnie wydana, bez błędów redakcyjnych, estetyczna, zabawna okładka – to wszystko na plus. Język, wydanie i szata graficzna Was nie zawiodą. Co do reszty – każdy z nas jest inny i każdy pewnie tę książkę oceni inaczej. 

Ja zostałam ofiarą moich własnych przerośniętych oczekiwań oraz paskudnego zwyczaju oceniania książki po okładce i blurbach. Moja wina, ale dzięki rozczarowaniu  merytoryczną zawartością „Czarnych kotów i prima aprilis” – tę opinię napisałam w pięć minut, no, może w piętnaście. Irytacja dodaje skrzydeł moim palcom. 

Podsumowując – kurczę, jest w materiale takie morze zmarnowanego potencjału! Tyle fajnego można było zrobić, a wyszła książczyna na plażę, albo do Flixbusa. Ręce mi opadają. Ale i tak zachęcam do czytania i niezgody z tą opinią. 

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.