Skip to content

„Alert” Piotra Głuchowskiego, czyli czegóż to jeszcze nasze oczy nie widzą?

„Wie pan, czego mnie nauczyło wiele lat dochodzeń? Najprostsze rozwiązania często prowadzą do celu, lecz potem się okazuje, że było zupełnie inaczej. Można postawić zarzuty, oskarżyć, uzyskać skazanie i nadal nic nie rozumieć. Najczęściej właśnie tak bywa”. [s.89]

Jak zwykle będzie bez suspensów: przeczytałam „Alert” za jednym posiedzeniem, z nogami podciągniętymi pod brodę, wtłoczona w fotel. Gdyby nie fizjologia, nawet bym się z tego fotela nie ruszyła. Ale powiem też, że za Chiny ludowe nie wiem, co mnie podkusiło, żeby akurat po tę książkę sięgnąć w dniu, gdy temperatura sięgała 35 stopni… 

Warunki zewnętrzne sprawiały, że duszna, gęsta atmosfera, jaką stworzył Głuchowski prawie mnie dławiła, a poczucie osaczenia narastało i narastało. 

Nie, to nie jest przyjemna książka.

Jest dobra, ale nie jest przyjemną, lekką lekturką, którą się czyta i o której się zapomina. 

Powiecie – powinnaś była o tym wiedzieć, w końcu poprzednie części również nie były jak tęcze i motylki. Może. Ale poprzednich części cyklu nie czytałam, co zresztą nie miało najmniejszego wpływu na odbiór i zrozumienie „Alertu”. 

Zapraszam zatem do świata wykreowanego przez Głuchowskiego. 

Dziennikarz i właściciel lokalnego portalu internetowego Robert Pruski tym razem pakuje się w solidne tarapaty. Tak, wiem – w poprzedniej części ledwie uszedł był z życiem. Rozumiem, że to sytuacja ekstremalna, ale czasem… jakby to powiedzieć… łatwiej znosi się niebezpieczeństwo fizyczne niż perspektywę psychologicznej anihilacji. 

No, ależ mocne słowa mi się wyrwały! Chcecie sprawdzić, czy nie przesadziłam? Proszę bardzo – sięgnijcie po „Alert” Piotra Głuchowskiego, sami się przekonacie. 

Przede mną zaś trudne zadanie – chcę opisać Wam książkę i nie zdradzić nazbyt wielu szczegółów akcji. Suspens jest ważny, bo zaskoczenia i zwroty akcji, które zawdzięczamy Głuchowskiemu, zasługują na szacunek – czyli na brak spoilerów. 

Ale trochę jednak muszę opowiedzieć, z czym mamy do czynienia. 

Ginie piętnastoletnia Pranka Polak, Romka, córka zamożnej i – jak się okazuje – bardzo dobrze skoligaconej romskiej rodziny. Jej zaginięcie wiąże się z klubem, w którym lokalni znani, bogaci i wpływowi wykorzystują nieletnie dziewczyny. To, że są bogaci i wpływowi, plus fakt, że dziewczynka jest Romką, sprawiają, że tzw. organom jakoś nie spieszy się, by sprawę doprowadzić do jakiejkolwiek pozytywnej konkluzji. Owszem, odpowiednie gesty są wykonywane, są media, nawet jasnowidze policji pomagają, itp. itd, ale sprawa i tak w końcu ląduje w archiwum. Nie, nie do końca. W archiwum ich nie ma – akta się jakoś „zawieruszają”. 

W proteście przeciw niemocy organów ścigania podpala się ojciec dziewczyny Plamen Polak. Przy okazji podpala komisariat. Coś takiego musi zwrócić uwagę na sprawę, prawda?

Dziennikarze portalu Pruskiego rozmawiają z umierającym Romem i Roberta sprawa zaginionej Romki wciąga. Idzie jej tropem, a jednocześnie jego portal publikuje wybuchowy materiał o wykorzystywaniu nieletnich. Kiedy szambo wybucha, robi się naprawdę gorąco. Naciski, szantaże, groźby – cały ten sztafaż współczesnego życia polityczno-gospodarczo-społecznego, który znamy z mediów.

Ale policja i miejscowi bossowie nie są największym kłopotem Pruskiego. Jego śledztwo w sprawie zaginionej dziewczynki i śmierci jej ojca okazuje się być początkiem akcji odsłaniania koszmaru, którego – uwierzcie mi – nikt nie chciałby oglądać. 

Wystarczy? No mam nadzieję, że tak! 

Co mnie uwiodło w książce Głuchowskiego?

Jej język. Niby chłodny i analityczny, wulgarny do granic wytrzymałości, niesentymentalny, ale jak dobrze sobie radzi, gdy autor opisuje emocje! Nie da się chyba pisać o takich koszmarach, o jakich mówi Głuchowski, inaczej niż tak: prostymi dniami, bez ozdobników i pierdolinek. To taki reporterski styl, który znajdziecie u dobrych pisarzy z backgroundem dziennikarskim. Słowa płyną, nie zalewając i nie przysłaniając bohaterów. Wszystko zasadza się na „współpracy” autora z czytelnikiem. Czytelnik sięga do swoich doświadczeń, uruchamia empatię, wyobraźnię. Piękna sprawa, takie pisanie. 

Głuchowski nie szaleje z opisami. Owszem, jest ich kilka, ale to głównie dialogi, słowa, gesty, zachowania posuwają akcję do przodu i kreślą historię. Bo wszystko u Głuchowskiego dzieje się w konkretnych miejscach, z konkretną historią, dzieje się, bo robią to ludzie, którzy podejmują takie, a nie inne decyzje, świadomie lub nie. Nie ma nic „z dupy”, wszystko jest solidnie zawieszone. Ja – czytelniczka, mogę to sobie spokojnie zrekonstruować w trakcie czytania, nie tracąc kontaktu z akcją, z wydarzeniami. 

„Oceniali się wzajemnie przez chwilę. Robert zauważył, że ubrany w wojskowe spodnie i rozpiętą koszulę podinspektor jest chorobliwie chudy, ma wory pod oczami, spieczone słońcem czoło, przerzedzone blond włosy tak siwe, że aż białe, a jego glock siedemnastka, broń kontrterrorystyczna nie jest odbezpieczoną. Wrangel dostrzegł w Robercie problemy. Słyszał już o pożarze w Toruniu, wie, że to sprawka Plamena, spodziewa się wizyty, ale nie kogoś takiego. Nie cywila w dżinsach, bystrzaka z gotową odpowiedzią na każde pytanie, co od razy zdradza pracownika mediów. Generalnie uważa, że dziennikarze to pizdy, chociaż, oczywiście, bywają użyteczni”. [s.81]

Bohater! 

O tak, to znany trop w literaturze – powiecie mi może. Złamanych życiem, zmechaconych, niepięknych i nie do końca trzeźwych bohaterów już widzieliśmy. No pewnie, że tak. Ale ja ich lubię. Takich nieidealnych, niepięknych, pięćdziesięcioletnich, którzy stracili już tyle, że chwytają się kurczowo tego, co im jeszcze zostało. W dodatku Robert Pruski (muszę to napisać, muszę! Cały czas o nim myślałam „dziedzic Pruski”. Kurczę, kwestia pokoleniowa chyba, prawda :)?) jest wiarygodny jako dziennikarz! Głuchowski, który sam jest dziennikarzem, wie, o czym pisze, wie, jakiego bohatera tworzy. 

Akcja – doskonała, na granicy strawności, ale naprawdę dobrze skonstruowana!

No i te drobinki wiedzy, ta możliwość zajrzenia za zasłonę dość hermetycznej kultury Romów i ich pobratymców, ich mitologii. W dodatku autor, za co mu chwała, podaje źródła, więc jeśli ktoś jest ciekawy – może doczytać. 

Ale najciekawsze jest to, że czytając ma się wrażenie (tzn: ja miałam wrażenie), że rzeczywistość (niby wiecie, praca czasu) przechodzi płynnie w narrację („prawdę ekranu”). Łapałam się na tym, że myślałam: „moment, to było w Gdańsku”, „o, to się wydarzyło naprawdę”, „tak, o tym już czytałam, kiedy to było?”. I kiedy tak mi mózg wiązał wymyśloną fabułę w rzeczywistymi wydarzeniami z naszego, boleśnie prawdziwego świata, dotarło do mnie, jak to zostało pięknie pomyślane! 

Tu prawda, tu fikcja, tu udokumentowana historia, jedno włazi w drugie, przeplata się z trzecim i ja, jako czytelnik, mam ciarki na plecach! Głuchowski sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, co jest prawdą. Nie! Zastanawiałam się, co wymyślił! Wiecie, o co mi chodzi? O taką mieszankę, która sprawia, że odkładając książkę, myślimy sobie: „to wszystko mogło było się wydarzyć. Ba, może nawet się wydarzyło, tylko komuś zależy na tym, byśmy się o tym nigdy nie dowiedzieli”. 

„… nie ma przypadków, pajtaszi, są wyłącznie znaki. Przypadek, jak go nazywasz, to określenie tego, czego nie rozumiesz. Usprawiedliwienie własnego niepojęcia”. [s.307]

Coś mnie irytowało? 

No ba! Jestem z tych, którzy się łatwo i często irytują.

Wkurzały mnie aliteracje. To zaczynanie imion i nazwisk większości bohaterów od tej samej litery. Plamen Polak, Pranka Polak, Gelerda Gast, Tamarą Tatarska, Natalia Nitka, Anna Allora, Tadeusz Tuciek, Jan Jacul, Waldemar Wrangel pseudo „Wiedźmin” i tak dalej!

Ciekawe, czy Piotr Głuchowski dobrze się przy tym bawił? 

 Ale też to była jedyna rzecz, której się trzymałam, te aliteracje. Sprawiały wrażenie niezwykłej sztuczności, pracowitego wymyślania. Nierzeczywistości. W całej tej mieszance faktów i fabuły one mówiły mi najwyraźniej – „patrz, to tylko książka, fikcja, nie daj się pochłonąć i ponieść”. 

No, jeśli tym Was nie przekonałam, to nie wiem, czym mogę. „Alert” Piotra Głuchowskiego przeczytałam dzięki Klubowi Recenzenta portalu nakanapie.pl 

Published inFajną książkę wczoraj czytałam!

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.